Suszone pomidory z ziołami i w oliwie

Lato! Jesteś aresztowane! Zostaniesz tu z nami w tym słoiku.

Zacząłem od cukinii, a teraz przyszła pora na pomidory. Słyszałem od wielu osób, że w polskich warunkach nie da się ususzyć dobrze pomidora. Że musi być na słońcu, którego u nas jest za mało. Że polskie pomidory się nie nadają.

Więc spróbowałem. Wybrałem podłużną odmianę lima, bo ponoć najlepiej się na to nadają, ze względu na swoją mięsistość, a po drugie – są teraz jakoś śmiesznie tanie (2 złote za kilogram). Pokroiłem je wzdłuż i niezbyt dokładnie wydrążyłem gniazda nasienne. Posypałem solą i poukładałem w piekarniku w temperaturze około 70 stopni, z uchylonymi drzwiczkami.

I tak się one suszyły, może 10, może 15 godzin, aż znacznie zmniejszyły swoją objętość, ale nie wyschły na wiór. Trochę pomidorowego mięska musi zostać.

Potem zapomniałem o nich na kilka dni, i tak sobie leżały w zimnymi piekarniku.

Następnie wrzuciłem je do miski, wlałem odrobinę octu z białego wina, dorzuciłem świeże zioła (oregano, tymianek i bazylia) i – dodatkowo – uzupełniłem wszystko mieszanką suszonych ziół sycylijskich z torebki. Wszystko to zapakowałem do słoików na 2/3 objętości.

Podgrzałem oliwę (tylko oliwa jest z oliwek, wszystko inne to oleje) do dość wysokiej temperatury, ale nie do takiej, w której kropla wody będzie skwierczeć. Zalałem do możliwie maksymalnej wysokości słoika moją mieszankę, zakręciłem i odwróciłem do góry dnem, aby ewentualne bakterie zginęły marnie przepływając przez oliwę z wieczka do dna. I już.

Spotkajmy się pod koniec sierpnia. W Bieszczadach.

Ta piosenka jest jak Last Christmas The Wham! w listopadzie. Ta piosenka jest jak pozostający sam w domu Kevin w pierwszy dzień Świąt. Ta piosenka jest jak  Voo Voo śpiewające o wielkiej flocie zjednoczonych sił w styczniu. Ta piosenka jest hymnem pożegnalnym kończących się wakacji.

Przypomina mi o raz mniej, raz bardziej samotnych wyjazdach w Bieszczady moją starą Toyotą. Najbardziej lubiłem jeździć sam. Włączyć głośno tych swoich wschodnich, ulubionych. Alinę Orlovą, Okean Elzy, The Ukrainians, białoruski etno-folk, starych Bumpersów albo po prostu The Pogues. Patrzeć na nejtiwów z podlaskich, lubelskich i podkrapackich wiosek, bez koszul, w garniturowych spodniach i rozpadających się butach, kucających w cieniu pokrytych białym wapnem sklepów, popijających Łomżę Mocną z tych małych buteleczek. Zabierać na stopa, z przystanków autobusowych i cepeenów, spalonych słońcem, objuczonych plecakami, studentów pędzących również na Południe.

Ten teledysk, w którym widzimy bieszczadzki, czarno-biały, rajd po dziurawych drogach zaraz po deszczu, jest tym, co z Bieszczadów pamiętam najlepiej. Znam tę drogę, którą jechałem samotnie któregoś kończącego się sierpnia, przez Sanok, Zagórz i Lesko, skręcając potem w prawo w centrum Ustrzyk Dolnych, przez Czarną, Lutowiska, Dwernik. Potem już tylko las i serpentyny. Przez Brzegi Górne, aż do Wetliny. Tam namiot, ognisko nad Hurną Solinką, niebieski Leżajsk z puszki, sen. Następnego dnia Połonina Wetlińska i powrót do domu. To były moje spotkania z Bieszczadami. Pod koniec sierpnia.

Ciemność

Dwudziesta i już ciemno

Jak we otchłani.

Za chwilę ciepłe kurtki.

I Boże Narodzenie.

Upał jak fiut

Starcy duszą się w ukropie.
Dziewczęta pokazują swoje nagie ciała.
Chłodnice aut gotują wodę na pierogi.
Rośliny usychają.
Termometry wybuchają od nadmiaru rtęci.
W Żabkach zabrakło Muszynianki Mocno Gazowanej.
Lodówki świecą tam pustkami.
Asfalt się smaży.

Jak śpiewał dawny Poeta:
„Co za wakacje, upał jak fiut, (…) nie ma ciekawych audycji”.
Nie uratuje nas żaden Bóg.
Uratuje nas mrożona woda z miętą.