Andżelina

angela

Każde lato ma swoją piosenkę. Letnie piosenki przypominają o sobie dopiero wtedy, kiedy nadchodzi jesień. Od czerwca do września są skromnymi towarzyszkami tych wszystkich zajęć, które można wykonywać tylko o tej porze roku.

Latem władzę nad rzeczywistością przejmują dwudziestolatkowie. Z bezpiecznego dystansu obserwuję letnie przejęcie władzy nad światem przez chłopaków i dziewczęta poczętych w tych czasach, gdy my z kolegami i koleżankami z liceum wchodziliśmy w dorosłość. 

Latem nie rządzi policja, Kościół, politycy ani straż pożarna. Latem rządzą dwudziestolatkowie. Kiedy zaczyna się druga połowa czerwca, przestaję oglądać wiadomości, zawieszam czytanie gazet, rezygnuję z przejmowania się głodującymi w Afryce, powstrzymuję się przed kontaktami z osobami w moim wieku.

Im jestem starszy, tym bardziej doceniam młodzież. Nie tę, którą byłem dawno temu, z ubiegłego wieku, ale tę współczesną. Tę, która właśnie zakończyła kolejny letni sezon władzy nad światem.

To było najcieplejsze lato, jakie pamiętam. Nie spędziłem go tak, jak byśmy obaj chcieli z moim trzyipółletnim najwspanialszym mężczyzną na świecie, ale każdego gorącego wieczora patrzyłem na słońce zachodzące nad nieczynną fabryką włókienniczą, myślałem o tym, jak to będzie za kilkanaście lat, kiedy Mały będzie już duży i gdy będę mógł nadrobić to wszystko, co teraz jest nam zabierane.

Jakim będzie facetem, gdy już dorośnie? Tego nie wiem. Chciałbym, by był uśmiechniętym, otwartym i ciekawym świata facetem, odpornym na zło. Chciałbym, aby w obliczu zła zachowywał dystans. Nie walczył ze złem bez potrzeby, bo zazwyczaj walka ze złem skutkuje tylko zapaskudzeniem duszy. A wywabić plamy na duszy jest bardzo trudno. Już wiem, że złu lepiej ustąpić miejsca i pójść własną drogą.

Chciałbym, aby wypielęgnował w sobie i zachował jak najdłużej tę młodzieńczą radość cieszenia się prostymi rzeczami, która mi gdzieś uciekła i której próbuję się uczyć na nowo. Na przykład przyjemność smaku soku z pomarańczy ściekającego po brodzie i skapującego po nagiej klatce piersiowej kiedy będzie siedział na pomoście plaży miejskiej w Olecku po dniu spędzonym na pływaniu, graniu w siatkówkę na piasku i poznawaniu jakichś Hanek, Ig, Andżelin albo Zosiek. Siedział i patrzył na zachód słońca.

angela3Przyjemność ekscytującego drżenia w sercu, kiedy w jednej ręce będzie trzymał tę skapującą sokiem po łokciach ćwiartkę pomarańczy, a lewą przysuwał ku opierającej się rękami o drewniany pomost, siedzącej obok brunetki o imieniu Zosia, patrzącej na zachodzące słońce, ale tak naprawdę niecierpliwie czekającej, aż ten wysoki niebieskooki blondyn dotknie opuszkiem palca jej spalonej od słońca skóry pokrytej delikatnym meszkiem oświetlanym ostatnimi promieniami tego kończącego się dnia.

Przez ostatnie cztery miesiące mój balkon był przez cały czas otwarty, więc całą dobę słyszałem gwar miasta wziętego pod władanie dwudziestolatków. Słyszałem te wszystkie samochody z otwartymi na oścież oknami i szyberdachami, śmigające sto dwadzieścia przez centrum z głowami dziewcząt krzyczącymi niezrozumiałe słowa przeciwko gorącemu wiatrowi. Widziałem poranne powroty do domów dzieciaków zmęczonych całonocnymi przygodami po tym, jak wraz ze świtem zamykano ostatnie ogródki na Lipowej, a oni szli z radością na buziach ku swoim mieszkaniach w brudnych  wieżowcach przy Rzemieślniczej. Widziałem też pierwsze wrześniowe randki licealistów i licealistek, spacerujących po szkole, z plecakami, po zbombardowanych przez kasztany chodnikach Alei Piłsudskiego.

Te wszystkie drobne wrażenia, te delikatne przebłyski nieodległych zdarzeń i obrazów, te nie dające się opisać zapachy są cenniejsze niż wszystkie napisane i przeczytane książki, wszystkie nakręcone i obejrzane filmy, wszystkie nagrane i wysłuchane piosenki. Cała literatura, kinematografia, cała muzyka, to tylko nieudolne próby opisania tego wszystkiego, próby z z góry skazane na klęskę.

angelina2Zapach jeziora na chwilę po zmierzchu wdychany z wilgotnego pomostu, kiedy obok siedzi dziewczyna, którą bardzo chcesz poznać, ale się wstydzisz. Smak pierwszego pocałunku z tą dziewczyną kilka dni później, kiedy siedzisz na ławce w Parku Zwierzynieckim, ona siedzi ci okrakiem na kolanach, a w buzi ma poza twoim językiem gumę do życia Huba-buba. Zapach włosów tej dziewczyny, kiedy stoicie razem na urwanym moście, a dokoła szaleje burza z piorunami.

Nic z tego nie da się opowiedzieć, opisać, zagrać na scenie ani na gitarze. Te rzeczy można tylko przeżywać jak się ma dwadzieścia lat i krótkotrwałą władzę nad światem.

Reklamy

“Racing is the only time I feel whole.”

ignaś111

Któregoś letniego dnia przełomu czerwca i lipca ubiegłego roku wybraliśmy się w obowiązkowej „obstawie” wrednych i zazdrosnych ludzi na przejażdżkę po okolicach. Auto-party w Tykocinie, a potem gokarty w Fastach. Kilka sekund, kiedy mogliśmy pobyć ze sobą w spokoju i oddać się jego pasji bez obecności złych emocji. Na giełdzie zachodziło słońce. Mały patrzył na wyścigi, a potem graliśmy w piłkę jakimś zagubionym kartoflem na nieczynnej giełdzie warzywnej w Fastach obok miasta, żywo przypominającej jakieś amerykańskie filmy z lat pięćdziesiątych, świeżo po deszczu, w takich kolorach.

Suszcie miętę – nadciąga piekło

SONY DSC

Zakończony kwiecień i maj 2018 roku były najcieplejszym kwietniem i majem w historii oficjalnych pomiarów temperatury w Polsce, czyli od co najmniej około 250 lat. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ostrzega, że czeka nas rekordowo upalne lato. Potwierdziła to pani Zinaida Owsijuk. z Orli, która udziela szerokiego zakresu usług zdrowotnych i predykcyjnych osobiście, ale od tego roku również telefonicznie.

Zadzwoniłem więc pod numer +48700244777 (5,99 zł za min. + VAT), podany na jej oficjalnym fanpejdżu na FB. Zapomniałem, że akurat w telewizji leci Elif, a pani Zinaida wtedy nie pracuje, bo ogląda, choć oczywiście wie, jak się skończy.

W końcu jednak się dodzwoniłem i pytam o to rzekomo upalne lato.

– Ziemiankie na kartofli ma?
– Nie, w bloku mieszkam.
– A piwnice ma?
– Mam, ale tam szczury.
– Na szczury hubę obgotować, przywjeźdź jom do mnie, ja jom w wodzie święconej ze Grabarki zanurze, szczury z piwnicy pouciekajo. Tam wtedy zanieść siana do tej piwnicy i tam mieszkać do października.

– A w domu nie da się?
– Nie da się, upały bedą szatanskie, piekło, żeńszczyna, wszystkie zboża wyschnom, ofiary bedom wśród prawosławnych i katolików. Ksiendze i batiuszki smalić się będom.
– To co robić, pani Zinaido?
– Na okna dywany ze świentymi pozawieszać, żeby żar nie wpadał do domu, bo popali wszystko.Z domu nie wychodzić, mienty nasuszyć, parzyć, studzić, pić i czekać października.
– Dziękuję, zdrowia i z Bogiem.

Natychmiast po tym, jak dostałem smsa z informacją o kosztach porady szeptuchy, wsiadłem w samochód, pojechałem na działkę mamy szwagra, przywiozłem mięty i rozpocząłem suszenie. Do czego i Państwa namawiam bardzo gorąco.

Schabowy dla ubogich i rosyjska ruletka w jednym, czyli czubajka kania

SONY DSC

Zbierane ze skrajów pól i z lasów, kanie są największym leśnym przysmakiem granicznego czasu między latem a jesienią. Nie są to grzyby, które kamuflują się udając liście, jak podgrzybki. Nie są to grzyby, które wstydliwie ukrywają swoją obecność chowając się pod mchem, jak te bezwstydnie żółte kurki. Kanie wyrastają dumnie i bezczelnie na wzniesieniach i polanach, odbijają swoimi wielkimi brązowawymi kapeluszami promienie słońca, zapraszając do swoistej rosyjskiej ruletki.

Wybierz prawidłową odpowiedź:

a. Jestem przepyszną kanią. Smakuję, jak schabowy. Zjedz mnie w piątek, a przechytrzysz Post.

b. Jestem przepysznym muchomorem sromotnikowym. Zjedz mnie, a do niedzieli Twoja wątroba będzie jak zmywak do naczyń po półrocznym użytkowaniu, a najpóźniej do następnej niedzieli umrzesz w nieprawdopodobnych męczarniach.

Jeśli prawidłowa okaże się odpowiedź A, czeka nas prawdziwa, bezpretensjonalna i pożywna uczta nie wymagająca wiele zachodu. Kanie mają to do siebie, że – choć niektórzy je suszą – najlepiej zjeść je od razu po przyniesieniu z grzybobrania. Oszczędza to przy okazji wątpliwości, czy aby prawdziwa nie była odpowiedź B. Zakładając, że jednak trafiliśmy na kanię, przynieśmy ją do domu, umyjmy pod bieżącą wodą i wysuszmy. Następnie wystarczy grzyba przyprawić solą, obtoczyć w rozbełtanym jajku i bułce tartej, a następnie smażyć na patelni z rozgrzanym olejem roślinnym 2-3 minuty z każdej strony. Powstaje w rezultacie coś, co przypomina w smaku kotlet schabowy o miękkim, soczystym mięsie z długimi, białymi włóknami o smaku późnego lata.

Jeśli prawidłowa okaże się odpowiedź B, czeka nas również podobno całkiem smaczna uczta. Sromotnika przygotowuje się najczęściej dokładnie tak samo, jak kanię, bo mało kto zjada sromotnika nie będąc przekonanym, że zjada czubajkę kanię. Z szybko spisywanych relacji nieszczęśników, na godziny przed śmiercią, wynika, że sromotnikowy schabowy jest nieco słodszy od kani, ale również smaczny.

Życzę Państwu, aby zawsze w swoich życiowych wyborach nie pomylili Państwo metaforycznej czubajki kani z metaforycznym muchomorem sromotnikowym.

 

Całe moje dzieciństwo

SONY DSC

– A po co to robić zdjęcia tej bidzie, Radku? Stodoła, chlew, stary traktor, kurze gówno.

– Babciu, to wszystkie moje wakacje u Ciebie, całe moje dzieciństwo.

 

Lemoniada i lody własnej roboty

SONY DSCW latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych z okna mojego pokoju w bloku przy ulicy Palmowej 6 w Białymstoku widać było rząd garaży i łąkę, na której pasły się krowy. Jak poszło się dalej i przekroczyło obwodnicę, wtedy były już Zawady. Zwykła podmiejska wieś, gdzie rosły ziemniaki, zboże, gdzie pasły się krowy i owce.

Moi rodzice zawsze starali się, abyśmy nie spędzali całych letnich dni na podwórku pod blokiem. Stąd się wzięły coroczne wyjazdy nad morze, do Poddębia organizowane przez moją mamę, na które jeździliśmy, jak Cyganie, taborem na trzy miesiące. A jak był czerwiec i jeszcze nie było wakacji, a słońce przygrzało, szliśmy albo jechaliśmy na rowerach przez te Zawady do Sielachowskich. Przez Sielachowskie przepływa rzeka Supraśl, a w jednej z tych drewnianych chat, których już tam nie ma, urodziła się sława przedwojennego kina, Nora Ney.

Miałem zawsze takie marzenie, aby ze swoim synem wybrać się nad taką rzekę, rozłożyć na trawie koc, leżeć w skwarze słońca i rozmawiać o męskich sprawach. Narzekać na niewdzięczne kobiety i o tym, ilu fajnych facetów zostało zmarnowanych przez te baby.

Kiedyś zabrałem w to miejsce nad rzeką moją wieloletnią dziewczynę. Chłodziliśmy się wtedy gaspacho, hiszpańskim chłodnikiem z pomidorów, oliwy i ziół.

Teraz straciłem zainteresowanie wywożeniem dziewczyn nad rzekę. Bardziej interesuje mnie spędzenie spokojnie choćby kilku chwil z synem. Zawsze staram się do tego solidnie przygotować. Mój syn uwielbia lemoniadę, którą przygotowuję mu zawsze, kiedy jest upał, a on ma ochotę na plażę w Dojlidach. Ostatnio spróbował też po raz pierwszy w życiu lodów, ale jak zobaczyłem, ile syfu się do nich ładuje, postanowiłem, że zawiozę mu pyszną lemoniadę i sorbet własnej roboty.

Jak zrobić pyszną lemoniadę na upał?

Co jest potrzebne:

  • 1,5 litra wody
  • 1 grejpfrut
  • 1 pomarańcza
  • 1 cytryna
  • Garść świeżej mięty
  • Pół szklanki cukru (ja nie daję, mój syn lubi kwaśne)

Używam takiej najprostszej wyciskarki do cytrusów z Ikei. Przecinam nożem grejpfrut, pomarańczę i cytrynę na połówki i wyciskam z nich sok, pozbywając się nasion.

Moździerzem rozcieram miętę. Biorę dużą butelkę z takim odskakującym kapslem z gumką i wlewam powstały sok z miąższem z pomarańczy i grejpfruta oraz miętę. Dolewam do pełna wodę. Wstawiam do lodówki i czekam, aż lemoniada będzie zimna. Mój Mały lubi kwaśne, więc nie dodaję cukru, ale inni pewnie by dosłodzili do smaku.

SONY DSCJak zrobić pyszny sorbet na upał?

Co będzie potrzebne:

  • Kilka opakowań po serkach Danone lub aluminiowe foremki do muffinek
  • Jednorazowe, plastikowe lub drewniane łyżeczki do mieszania kawy
  • Maliny, poziomki, jagody lub inne leśne owoce
  • Cukier (ja nie daję, syn woli kwaśne od słodkiego)

Owoce z lasu myję i wrzucam do miksera, ewentualnie dosładzam. Powstały mus wlewam do opakowań po Danonkach i wstawiam do zamrażarki. Jak już sorbet trochę stężeje, wkładam doń łyżeczkę, zakrywam folią i pozwalam się zamrozić. Jak mój Mały ma ochotę na lody, po prostu wkładam je na chwilę do ciepłej wody i w ten sposób powstaje przysmak do oblizywania.

SONY DSC

Konfitura z poziomek, czyli o wszechstronnych korzyściach z bycia cierpliwym

Wspomnienia słodsze od wszystkiego

Pierwsze skojarzenie, jakie mam z poziomkami to upalne lato w Boćkach. Boćki są już za Bielskiem Podlaskim, ale jeszcze przed Siemiatyczami. Nieważne, i tak nie wiecie, gdzie są Boćki.

W Boćkach do tej pory mieszka moja babcia. Obok domu dziadków był duży plac. Rolnicy co roku zwozili tam buraki cukrowe. Poza okresem skupu buraków plac stał pusty, więc jeździliśmy po nich rowerami. Ci więksi – Ukrainami z ramą, ci mniejsi – Rometami albo Jubilatami. Po drugiej stronie placu był CPN, a za nim – mały lasek, gdzie zawsze rosły poziomki i maliny.

Z wypraw na poziomki wracaliśmy zawsze z nogami podrapanymi przez kłujące krzaki malin i ostów, poparzeni boleśnie pokrzywami, no i cali usmarowani poziomkami. Jedliśmy je łapczywie, prosto z krzaka. Te leśne poziomki były maleńkie jak jagody i słodsze od wszystkiego, co można znaleźć w lesie.

SONY DSC

Poziomki to esencja polskiego lasu. Ich kolor to wzorzec z Sèvres czystej czerwieni. Ich zapach to jedyny zapach, którego żaden producent syntetycznych zapachów nie potrafił dotąd podrobić. Poziomki to dzikie rośliny, które są arystokracją wśród dzikich roślin, bo choć skromne, niewielkie, skryte gdzieś pod liściem paproci, to zawsze emanujące nieskazitelną czerwienią, wyrazistym aromatem. Poziomki to skromne, nienachalne piękno, pojawiające się na ten niecały miesiąc, gdzieś między czerwcem a lipcem, a potem przez cały rok nieobecne i niecierpliwie wyczekiwane.

Polowanie na poziomki

Jeśli chcesz się wybrać na poziomki, koniecznie zabierz ze sobą jakiegoś grzybiarza. Na poziomki poluje się podobnie, jak na grzyby. Może być długo, długo nic. Może być niekończące się, nudne, zniechęcające łażenie od polany do polany, skutkujące pustym pojemnikiem po lodach. Grzybiarze są do tego przyzwyczajeni. Oni to lubią.

Kunszt grzybiarski przydaje się również wtedy, gdy już napotkamy na mieniący się słodką czerwienią niepozorny krzaczek poziomki, przytulony gdzieś tam pod liśćmi paproci. Wtedy działa się tak samo, jak z grzybami.

SONY DSC

Jeśli znaleźliśmy jeden grzyb lub krzaczek poziomki, to gdzieś w promieniu kilku metrów musi być drugi i trzeci. Poziomki, tak jak grzyby, kochają życie w małych stadach, ale w dyskretnym oddaleniu od innych poziomkowych skupisk. To tacy leśni Amisze.

Aby dostrzec sąsiadów upolowanej poziomki lub grzyba, należy zejść do jej, jego poziomu. W tym celu poszukiwacz powinien położyć się na poszyciu tak, aby jego oczy znajdowały się na poziomie kilkunastu centymetrów nad poziomem mchu.

Poziomek szukamy tam, gdzie jest słońce: na polanach, wśród upadłych drzew, na skraju leśnych traktów, przy szkółkach leśnych. Tam, gdzie ziemia jest dość ciepła i sucha, a słońce pozwala owocowi się rozwinąć.

Poziomki mają taki zapach, że równie dobrze możemy je wywąchać, jeśli się mocno postaramy.

Psychopoziomki

Poziomki z trudnych do zrozumienia powodów nie znajdują popularności w popkulturze. Na pewno można je znaleźć w opisach przyrody Elizy Orzeszkowej, ale nie znam nikogo, kto by czytał opisy przyrody Elizy Orzeszkowej.

Niewiele jest też osób, które pamiętają jeszcze niegdysiejszą gwiazdę tzw. „piosenki nylonowej”, nieżyjącą już panią Agatę Budzyńską. Zanim piosenkarka ta zatruła się na śmierć czadem na łódce w Giżycku, była w latach 90-tych gwiazdą festiwali piosenki poetyckiej, uwielbianą przez studentów w wyciągniętych swetrach i przetłuszczonych włosach.

Jednym z przebojów Agaty Budzyńskiej była piosenka „Na drugą stronę lasu” o miejscu, gdzie zawsze kwitną poziomki. Z zamierzeniu delikatny, sentymentalny tekst opowiadający o nieobecnych przyjaciołach, nabrał psychodeliczno-biesiadnego wymiaru po nagraniu go przez grupę Milano. W wykonaniu prekursorów polskiego disco-polu staje się ta oniryczna, sentymentalna, naiwna piosenka o poziomkach zapisem szalonej, biesiadno-narkotycznej wizji. Jest relacją amatora leśnych substancji, który po zjedzeniu nadmiernej ilości (poziomek?) doznaje odlotu, w których „mała Wiola tańczy na dłoni”, a „zielona Agnieszka maluje świat na zielono”. Podmiot liryczny zaprasza przyjaciół to tego świata, w którym (i tu już pojawia się fragment autentycznie piękny):

Jabłkowy poeta gubi swoje wiersze

A wiatr listonosz nieproszony

Roznosi je ludziom zamiast złych nowin”

Smak rozpływającej się w ustach poziomki jest krótkotrwałą, intensywną przyjemnością. Chwilowym wzmocnieniem przywołującym wspomnienia jak w głębokim, realistycznym śnie. Jest zapowiedzią dobrych nowin. Dlatego postanowiłem zachować cząstkę tych przyjemności na jesień i podarować ich trochę dla mojego syna, za którym teraz bardzo i cierpliwie tęsknię. Dlatego z tęsknoty za Małym, zabrałem mamę (jego babcia, która jeszcze bardziej za nim tęskni) do lasu. Przez kilka godzin, cierpliwie, zbieraliśmy najpiękniejsze, najbardziej pachnące poziomki, rosnące w najkorzystniejszych wizualnie miejscach Podlasia. A potem cierpliwie robiłem z nich przez trzy dni konfiturę.

SONY DSC

Jak robiłem trzydniową konfiturę z poziomek

Składniki na dwa średnie słoiki (albo trzy małe i jeden średni):

  • 0,6 kg leśnych poziomek
  • 0,6 kg cukru (ale to zależy od gustów)
  • cierpliwość

Od razu po przyjściu z lasu umyłem poziomki i odrzuciłem te niedojrzałe oraz te, które nieopatrznie zgniotły moje niezdarne łapska (konfitura ma składać się z w większości całych poziomek, aby zachować rozkosz przegryzania się przez delikatną powłokę do słodkiego wnętrza owocu). Poziomki cierpliwie osuszyłem na sicie, po czym zasypałem je połową cukru. Jako, że był wieczór, zmęczony łażeniem po lesie, poszedłem spać.

Drugiego dnia poziomki ładnie puściły sok, zachowując poziomkową integralność. Sycąc się tym widokiem, z pozostałego cukru i szklanki wrzątku zrobiłem syrop, wsypując pozostały cukier do gorącej wody i mieszając w garnku do rozpuszczenia. Odparowałem nieco wody i dodałem poziomki razem z sokiem. Gotowałem je na małym ogniu przez około 45 minut, co jakiś czas potrząsając rondlem (konfitury nie należy mieszać łyżką, bo owoce mogą się porozwalać). Zbierającą się na powierzchni pianę (im mniejszy ogień, tym będzie jej mniej), delikatnie zbierałem łyżką.

Po tym czasie konfiturę odstawiłem i odstawiłem na noc w spokoju.

Trzeciego dnia znowu podpalam ogień pod konfiturą i na bardzo małym ogniu powoli ją smażę. Substancja ma po pewnym czasie się zeszklić i zgęstnieć. Od czasu do czasu potrząsam garnkiem, żeby owoce i cukier nie przyklejały się do dna garnka. Kiedy woda odparuje na tyle, że konfitura stanie się ciemna i spodoba się jej przylepianie do dna garnka, gaszę ogień.

Na koniec gorące owoce ostrożne wkładam do czystych słoików, zakręcam szczelnie i odstawiam do góry dnem do ostygnięcia.

Teraz stoją sobie na dnie szafki z przetworami, czekają cierpliwie na Małego i na chłodniejsze dni.

SONY DSC