Codziennik siedemnasty – Miasto wspaniałe, tylko ludzie kurwy

miasto

Lubię to miasto. Ostatnio wyłączyłem się świadomie i rozmysłem z uczestniczenia w jego publicznym nurcie. W rynku byłem ostatnio chyba w lutym. Nie znam tych wszystkich nowych knajp i restauracji. Zaczęło mnie bardziej fascynować jego zaplecze – podwórka i klatki starych kamienic, w których śmierdzi kiszoną kapustą, małe ławki między blokami w centrum, na których latem przesiadują głuche staruszki, stare, drewniane domy na osiedlu Przydworcowe, ślady po dawnych sadach i ziemiankach na Dziesięcinach, zgliszcza po zlikwidowanych ogródkach działkowych przy Ciołkowskiego, piękne, dzikie ogrody na Bojarach, pełne malw obrastających płoty. Lubię klimat giełdy rolnej przy Andersa i podniecony tłum młodzieży z szalikami, maszerujący na stadion przy Słonecznej. Cokolwiek poddawane jest „modernizacji” lub „rewitalizacji” budzi mój wewnętrzny wstręt i obrzydzenie.

Przez wiele miesięcy wymyślałem i proponowałem przeróżne atrakcje dla mojego syna, które mogłyby urozmaicić jego monotonne, nudne życie gdzieś w lesie, bez przyjaciół, znajomych, towarzyszy zabaw, wśród czterech sfrustrowanych, przepełnionych nienawiścią do wszystkiego co związane ze mną i w ogóle z mężczyznami, kobiet.

Zwykła przejażdżka starym gruchotem ojca to była dla niego straszna radość. W niedzielę przyjeżdża do Białegostoku prawdziwy Mikołaj z Laponii. Jest nowy basen na Stromej. Jest Muzeum Motoryzacji, o którym marzył i które mu obiecałem. Co tydzień jest tak wiele rzeczy, które mógłby zobaczyć, które ja mógłbym mu pokazać. Są to starania bezskuteczne, przez co czuję, jak przecieka nam między palcami jego dzieciństwo, które wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Ta bezsilność to bardzo trudne uczucie.

Reklamy

Codziennik dwunasty – nastawianie wina

DSC04031.jpg

W piwnicy bloku na Palmowej stał przez wiele lat dwudziestolitrowy gąsior z pomarańczową, plastikową siatką ochronną. Od kiedy pamiętam, ojciec nigdy go do niczego nie używał. Dopiero kilka dni temu dowiedziałem się od mamy, że w latach 80-tych Heniek nastawiał w tym gąsiorze wino z jabłek, które Teresa z sąsiadką podpijały, kiedy stary był w pracy a one spotykały się w naszej kuchni na pogaduchy. Jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności, ten gąsior znowu do mnie trafił, już na Piłsudskiego, wzbudziwszy dużo nostalgii, tęsknoty za ojcem i rozmyślań o tym, czy będę mógł być w końcu ojcem dla swojego syna, gdy nikt już nie będzie nam tego uniemożliwiał.

Od kilku dni przygotowuję się do pierwszych prób z winem własnej roboty. Kilka tygodni temu zrobiłem całkiem przyjemny cydr z antonówek przyniesionych z działki pani Gieni. To był wstęp do inauguracji mojej kariery winiarskiej.

Tej jesieni zrobię co najmniej cztery nastawy: z jabłek (na które poluję jeżdżąc po okolicach i wyszukując fajnych sadów), z dzikiej róży (którą dzisiaj obrobiłem i wsadziłem do zamrażarki), z mahonii (którą wczoraj zrywałem na działce) i z dzikiego bzu (po który jadę jutro do Kruszewa). Dzisiaj kupiłem drożdże i dodatkowe rurki fermentacyjne, ale jutro w wolnej chwili pewnie skoczę jeszcze raz do sklepu winiarskiego.

W bardzo mądrej książce, którą teraz kolejnymi rozdziałami codziennie tłumaczę z angielskiego jest napisane, że trzeba czerpać radość z tego, co jest teraz i być uważnym badaczem codzienności, a to zbuduje naturalną drogę łączącą przeszłość z tym, co będzie. Oczywiście to wszystko jest tam napisane dużo mądrzej i mniej trywialnie, niż tutaj.

Te wszystkie przetwory, nalewki z wielomiesięcznymi terminami kolejnych czynności, te gąsiory, z których wina pić się będzie za trzy albo cztery lata, a najlepiej za pięć, przynoszą wielką satysfakcję nie obietnicą nagrody teraz albo za dziesięć lat, ale przynoszą czystą, codzienną, niewinną przyjemność zbierania, czyszczenia, przygotowywania, kupowania akcesoriów, zalewania, obserwowania tych różnych fascynujących procesów chemicznych, patrzenia na zmianę. Przyjemność tego co dzieje się teraz.

Dzisiaj na przykład, po zrobieniu wszystkiego, co miałem wcześniej w obowiązku zrobić, przesiedziałem dwie godziny nad wiadrem dzikiej róży na wino, owoców zebranych przez mamę i przeze mnie w Narwi ostatniej niedzieli. Przebieranie, oczyszczanie, wyrywanie korzonków. Brudna na pozór robota, ale w swej istocie – bardzo oczyszczająca.

Codziennik jedenasty – przygotowania

DSC03903.jpg

Za każdym razem, kiedy idę do lasu i oglądam drzewa, kolekcjonuję liście, obserwuję wzrastanie mchu i grzybów, nasłuchuję ptactwa, badam tropy zwierząt, robię zdjęcia a potem – już w domu – czytam wszystko, co mi się nawinie pod rękę o roślinach, analizuję zdjęcia, robię notatki – myślę tylko o tym, że gdy następnego lata będziemy już mogli normalnie i w spokoju pójść wędrówkę do puszczy, to na pytanie:

– Tato, co to takiego?

Nie będę musiał odpowiedzieć:

– To tam? To jest drzewo, synku.

Codziennik piąty – żaba

DSC_2845.jpg

Spotkałem wczoraj w lesie wielką żabę. Była przerażona i zamarła w bezruchu, kiedy pochyliłem się nad nią, aby zrobić zdjęcie. Nie mogłem się powstrzymać przed sprawieniem jej odrobiny stresu aparatem fotograficznym i lampą błyskową, bo żaba była piękna. Po chwili zniknąłem z jej oczu, zapomniawszy ją ucałować i pomyśleć życzenie.

Zrobiła to za mnie w tym moja mama, kiedy wracaliśmy dzisiaj po południu ze średnio udanego grzybobrania w Puszczy Knyszyńskiej. Siedząc za kierownicą, mówiłem jej o tym, jak bardzo czekam i jednocześnie jak bardzo boję się tych sądowych koszmarów, które najpewniej niewiele zmienią w przebijaniu się przez pustkę egoizmu, zazdrości i nienawiści, nieuwzględniających dobra i potrzeb takiego jednego małego faceta.

Gdzieś w okolicach miejsca, gdzie trasa na Augustów przecina rzekę Supraśl, moja mama powiedziała mi coś takiego:

A wiesz, że wczoraj nie mogłam zasnąć. Myślałam o tej całej Twojej sytuacji, ale przede wszystkim myślałam o moim wnuku. Zastanawiałam się, jak wygląda, co mówi, jak się uśmiecha i jak cieszy. Wyobrażałam to sobie, ale trudno to sobie wyobrażać po tylu miesiącach rozłąki. Przecież widziałam go tylko raz, dawno temu, jak miał 2 miesiące. Teraz to już duży chłopak! Marzę o tym, żeby go zobaczyć.

Podziwiam moją mamę, babcię mojego syna.

“Racing is the only time I feel whole.”

ignaś111

Któregoś letniego dnia przełomu czerwca i lipca ubiegłego roku wybraliśmy się w obowiązkowej „obstawie” wrednych i zazdrosnych ludzi na przejażdżkę po okolicach. Auto-party w Tykocinie, a potem gokarty w Fastach. Kilka sekund, kiedy mogliśmy pobyć ze sobą w spokoju i oddać się jego pasji bez obecności złych emocji. Na giełdzie zachodziło słońce. Mały patrzył na wyścigi, a potem graliśmy w piłkę jakimś zagubionym kartoflem na nieczynnej giełdzie warzywnej w Fastach obok miasta, żywo przypominającej jakieś amerykańskie filmy z lat pięćdziesiątych, świeżo po deszczu, w takich kolorach.

Codziennik drugi – bobry

DSC_2021

Wybrałem się dziś znowu do lasu. Nigdy się jakoś szczególnie nie interesowałem przyrodą dopóki, dopóty nie zwróciłem uwagi jak Ola, a potem mój syn, przeżywają i chłoną te wszystkie rodzenia się, wzrastania i umierania roślin i zwierząt, by potem na nowo, z dziecięcą euforią podziwiać, odradzanie się. Dziecko jest częścią przyrody bardziej niż każdy dorosły i najbardziej chce się z przyrodą zaprzyjaźniać. Nie udało mi się niestety przekonać kogo trzeba, aby Mały chodził do Leśnego Przedszkola. Szkoda. Widziałem parę razy, jak te brzdące w pelerynach maszerują przez las, taplają się w kałużach, dłubią palcem w sosnowej żywicy, poznają gatunki leśnych zwierząt i roślin. Widok absolutnie fenomenalny, a przedszkola leśne to świetny pomysł.

Więc dzisiaj pojechałem do lasu. Oficjalnie po grzyby, bo wysypały, ale w rzeczywistości pojechałem po wyciszenie. Mój perypatetyczny umysł myśli tylko wtedy, gdy pracują nogi albo silnik samochodu. Nogi mam słabe, ale chciałem zobaczyć dokładnie jedno miejsce w Puszczy Knyszyńskiej, które kilka razy omijałem.

Znajduje się ono kawałek drogi od szosy łączącej Białystok z Augustowem. Najpierw odkryłem dwa mostki w środku lasu, pod którymi przepływa niepozorny strumyk. Przepływa nie prostym nurtem, ale meandruje, zamienia się co chwila w bagno, potem w małe bajorko, nagle znika pod ziemią, by wypłynąć na powierzchnię kilka metrów dalej. Co chwilę na strumyku leży powalone drzewo, gdzieniegdzie widać przejrzystą toń wody, a za chwilę – samo błoto.

Wokół tych bagien i tego strumyka moja mama zbiera od wielu lat grzyby, a ja jej czasami towarzyszę. Wczoraj zobaczyłem metrową tamę, zbudowaną przez bobry, której tam nie było poprzedniej jesieni.

Cały wczorajszy wolny wieczór spędziłem na czytaniu o bobrach. To niezwykle inteligentne, pracowite i wytrwałe zwierzęta. Budują te swoje często kilkusetmetrowe systemy tam i żeremi z fachowością przewyższającą najlepszych techników melioracji. Zabezpieczają się przed niespodziewanymi spadkami lub wzrostami poziomu wody. Potrafią budować systemu tam o przewyższeniach nawet kilkumetrowych. I najważniejsze – w razie, gdy człowiek lub inny naturalny wróg im ten system zniszczy, potrafią w ekspresowym tempie, pieczołowicie go odbudować. Bobry to wspaniałe zwierzęta.

Chłonę i uczę się takich rzeczy, aby zabrać  kiedyś mojego Małego na długą wycieczkę po tym lesie i opowiadać mu o bobrach. Pokazywać mu te tamy i żeremie, które dzisiaj oglądałem, tłumaczyć wszystko na tyle, na ile będę potrafił mu to wszystko wytłumaczyć. Zobaczyć bobra, połazić po tych kałużach w gumowych butach, pozbierać szyszki, dotykać dłońmi miękkiego mchu, zjeść wspólnie soljankę albo grochową w pobliskim barze prowadzonym przez opryskliwą Rosjankę, liczyć tiry śmigające po szosie i notować nazwy ich marek. Tyle fajnych rzeczy można by porobić.

Szósta rano. Budzi mnie telefon.

20180308_084737

Szósta rano. Budzi mnie telefon. Syn dzwoni. Odbieram

– No co tam synku? – pytam zaspany.

– Cze stary, nie przeszkadzam? Sprawa jest.

– No co tam trzeba?

– Bo dzisiaj jest chyba ten, jak to się nazywa, Dzień tych, no Kobiet.

– No jest, chcesz mi złożyć życzenia?

– Nie, he he. Bo ja uziemiony jestem, mam szlaban w domu, potem przedszkole muszę ogarnąć, ogólnie rozgardiasz. Możesz kupić babci Terce z Białegostoku jakieś kwiatki i życzenia jej byś złożył od wnuka, wiesz jak jest.

– Ok, nie ma sprawy, synu, a jakie kwiaty?

– No nie pamiętam nazwy, te co za twoich czasów, znaczy przed wojną, he he, dawali. I wszystkim babkom, które znasz złóż ode mnie życzenia. Tym, które znasz dobrze, tym, które słabo i tym, których w ogóle. Wszystkim, ogarniasz, cepie?

– No ok.

– Dzięki. Nara.