To chyba wreszcie dojrzałość

To pierwsza duszna noc po pierwszym gorącym dniu. Pod oknem żywiołowe rozmowy o życiu, dziewczętach i o muzyce. Wysiadasz z taksówki. Stoję w drzwiach. Pięć długich dni spędzonych w oczekiwaniu. Ja – uciekam w pracę, aby niecierpliwość nie mierziła. Ty – siedem godzin w pociągu – z podkurczonymi nogami, tymi najśliczniejszymi nogami na świecie. Ja – łykam tabletki na sen, aby przespać to czekanie, jednak sen nie przychodzi, więc znęcam się nad jakimś strategicznym dokumentem samorządowym. Ku chwale małej ojczyzny.

Tobie, gdzieś między Tłuszczem a Małkinią, znowu śni się praca.

Budzi Cię dźwięk dzwonka. W słuchawce słyszysz mój głos. Wszystko jest uporządkowane, proste i porządne. Wymieniamy się nazwami zespołów, których słuchaliśmy poprzedniej nocy na Spontify. W Tychach i w Białymstoku.

Zostawiamy nasze dziwne przeszłości za sobą. Wiemy, że to, co się wydarza, jest wyjątkowe w swojej normalności, w dojrzałości, w zaufaniu i przywiązaniu. Oboje zmarnowaliśmy kawałek naszych żyć przez coś, co nie miało prawa się wydarzyć. Wyszliśmy z tego poharatani, ale wolni. Wykorzystajmy tę wolność jak najlepiej, dzielmy się nią. Smakujmy każdy kęs, celebrujmy każdą chwilę spędzoną razem. Przytulajmy się, całujmy, kochajmy do omdlenia. Wykorzystajmy tę wolność seksualnie.

A teraz śpisz na łóżku obok, pod wykrochmaloną kołdrą słyszę Twój miarowy, spokojny oddech. Wiem, że jesteś bezpieczna, więc i ja odpoczywam.

Doczekałem się. Jesteś. Nie chcę niczego więcej

Reklamy

Runnin’ up

Szósta rano. Wysypiam się tu nadzwyczaj dobrze, bo przed ciszą nocną do sali numer jeden mojego oddziału na czwartym piętrze z widokiem na lądowisko helikopterów i pięknym skajlajnem puszczy wkracza siostra z naręczem przeciwbólowych i nasennych narkotyków. I zachęca, by wybierać.

Oto czas na bezbolesny sen, na głębokie, realistyczne marzenia senne, na poranki z dobrym nastrojem.

I nie przeszkadzają już obce zapachy starszych współtowarzyszy, jęki pooperacyjne, parsknięcia salowej z białoruską chustką na głowie. Po obudzeniu bez lęków i z wypoczętą głową czytam z uważnością, pozwalam, aby Kurt Vile – choć słucham tej płyty już po raz tysięczny – mościł się i sadowił swoim spokojem i przestrzenią i tą fruwającą gitarą i tym wyluzowanym głosem w całej mojej głowie.

Święta, czyli nadchodzi hiszpańska inkwizycja

Ze świętami jest jak z hiszpańską inkwizycją ze skeczu Monty Pythona. Z tą może różnicą, że co prawda każdy się ich spodziewa, ale nie sposób przed nimi uciec. Dopadną cię prędzej czy później, nawet jeśli ta urocza tradycja dla ciebie urocza nie jest, nawet jeśli ten piękny czas twoim zdaniem wcale nie jest piękny, nawet jeżeli ten czas wzajemnej miłości dla ciebie jest okresem ogólnego poddenerwowania, spiny i stresu.

Kardynałowie hiszpańskiej inkwizycji raczą niewiernych pluszowymi poduszkami i wygodnym fotelem. Proszę mi wierzyć, że podobnie czuje się ktoś, kto tak jak ja, świąt obchodzić nie ma ochoty i z niestety marnym rezultatem próbuje co roku bezskutecznie wcielić ten plan w życie. Szanując przekonania religijne, a raczej przywiązanie do wielowiekowej tradycji większości mieszkańców naszego kraju, staram się przeżyć ten okres we względnym spokoju, poświęcając się pracy i szeregowi innych rutynowych, codziennych czynności.

Niestety, ciepła, grudniowa atmosfera kolejnej rocznicy przyjścia na świat – według jednych proroka, według innych Syna Bożego – rocznicy, w której tradycje chrześcijańskie mieszają się z lokalnymi, ludowymi, najczęściej przedchrześcijańskimi elementami – musi udzielić się każdemu, kto tego grudnia nie chce spędzić niczym Proust, zamknięty w pokoju z zabitymi na gwoździe oknami. Dotyczy to zarówno ateistów, jak i wyznawców wszystkich niechrześcijańskich religii.

Pojechałem wczoraj do dużego sklepu spożywczego. Chciałem kupić łososia, ale przy ogromnej wannie, pełnej zdychających z braku wody karpi kłębił się taki tłum, że szybko zrezygnowałem z tego pomysłu. Postanowiłem, że w ten piątek przygotuję krwistego wołowego stejka. Przy wyjściu z kasy zaczepiło mnie nastoletnie dziewczę ozdobione przytroczonymi papierowymi skrzydłami z bibuły, reprezentujące jedną z katolickich organizacji pozarządowych.

– Dzień dobry, kupi pan sianko? – Nie, dziękuję, nie obchodzę świąt – A, to wesołych świąt. Aniołek zwyciężył. Ja poległem.

Zgwałcony mentalnie ruszam do domu. W aucie włączam radio. „Last Christmas” w wykonaniu faceta, który ostatnio zasłynął tym, że nakryto go w publicznej toalecie klęczącego przed innym mężczyzną, szukam dalej, Krajewski śpiewa o ciepłym, choć grudniowym dniu, w którym gasną (sic!) wszystkie spory, dalej, Radio Maryja nadaje już kolędy, ale oni zawsze byli w awangardzie i gdzieś na krawędzi katolickiej ortodoksji, szukaj dalej, Mariah Carey wyje, że wszystkiego, czego chce na święta, to ja, dziękuję, postoję, Chris Rea is driving home for Christmas, może i słusznie, jeśli porusza się po polskich drogach, to ma pewne szanse, aby zdążyć, nawet John Lennon, marzący o świecie bez religii, naiwnie – jak to hipis – zakłada, że święta sprawią, że wojny się zakończą. Drogi Johnie, wiesz, jak bardzo cię lubię – myślę przełączając stację – ale wiara w niepokalane poczęcie, narodziny, śmierć i zmartwychwstanie chrześcijańskiego Boga, spowodowała miliony ofiar i setki wojen.

W końcu docieram na częstotliwość mojej ulubionej rozgłośni z naiwnością dziecka wierząc, że zaznam tam ukojenia w laickiej muzyce o spełnionej lub niespełnionej miłości, imprezach od rana do wieczora, piciu i narkotyzowaniu się, o piwie, winie wódce, o tym, że sklep już nieczynny, o straconym życiu, czyli o wszystkim, o czym marzą prawdziwi ateiści. Kuba Strzyczkowski nie wrócił przecież jeszcze zza Atlantyku – myślę – Wojciech Mann jest zajęty Anną Gacek, Piotr Kaczkowski zamilkł, a i o Andrusie Arturze mniej słychać. Krok po kroczku moje złudzenia uciekają jak powietrze z materaca. Bożonarodzeniowa piosenka Trójki była może zabawna dziesięć lat temu. Dzisiaj to odgrzewany po dziesięciokroć mielony kotlet. Chce mi się wymiotować.

Docieram do domu. Wyłączam z kontaktu radio i telewizję. Jako stronę startową w przeglądarce ustawiam http://richarddawkins.net/ i z nadzieją czekam końca świata. Przed wyłączeniem komórki na dwa tygodnie dostaję od G. smsa, że powodzenie świąt liczy się ilością zjedzonej czekolady i wypitego wina. Mój ulubiony dyskont jest chyba jeszcze otwarty.

Krzywe zęby Bena Bridwella

Ci faceci z Band of Horses grają naprawdę świetną muzykę, chociaż wyglądają okropnie z tymi tłustymi włosami, brodami i niemodnymi koszulami w kratę. No, ale jak się jest z Seattle, to ma się pewne obowiązki. A ten Ben Bridwell nie dość, że ma fajny, nienachalny głos, to od razu przypadł mi do gustu bo ma krzywe zęby podobne do moich. W tym sezonie Kurt Vile, I am Oak i Band of Horses stanowią słodko-gorzką trójcę piosenek poruszających te dobre emocje, dostarczających czegoś w rodzaju spokoju.

W supermarketach i windach puszczają muzykę, która ma pomóc w zakupach albo przezwyciężyć klaustrofobiczną furię. Na czym polega ta fenomenalna zdolność muzyki do wpływania na nastroje, przywoływania dobrych i złych wspomnień, wzruszania, kojenia, irytacji, złości i wszystkich innych emocji, których są przecież miliony? Dlaczego jakiś facet z krzywym zgryzem siedzący na drugim końcu świata z gitarą i brzdąkający jakieś melodie oparte na powtarzanych setki razy harmoniach potrafi tak precyzyjnie towarzyszyć ci tym, co czujesz, o co ci chodzi? Na te i szereg innych pytań będziesz mi musiał kiedyś odpowiedzieć panie Benie Bridwellu.

Do widzenia, dzień dobry, au revoir, Simone

Wszyscy mówią bardzo słusznie, że nie znam się na muzyce. Prawdopodobnie tłumaczy to fakt, że nie znam nikogo, kto by tak kochał te trzy hipsterki z Nowego Yorku. Nikt nie przyznał mi się nigdy, że spędził z nimi kilka intymnych godzin w nocnym samochodzie, pędząc sto sześćdziesiąt na godzinę po autostradzie, gdzieś między Poznaniem a Berlinem, pewnego gorącego lipca trzy lata temu.

Gdy jedzie się nocą po autostradzie, wszystko określają jasne plamy mijanych słupków i znaków drogowych i białe pasy linii namalowanych na asfalcie. Monotonia tych świateł zmienia kierowcę w automat: piątka, redukcja do czwórki, kierunkowskaz, zjazd na lewy pas, krótkie, mijanie kolejnego tira, długie, kierunkowskaz, prawy pas, piątka, gaz do dechy, redukcja, czwórka, kierunkowskaz….

Wtedy dźwięki i muzyka są wszystkim. Lubię jadąc latem otwierać okna w aucie i słuchać, jak powietrze wdziera się do środka i tak pięknie dudni, z trudem próbując opuścić pędzące wnętrze. Samochodowe odtwarzacze mp3 to wspaniały wynalazek. Mam te dziewczyny z Au Revoir Simone na co trzeciej płycie walającej się po aucie i kiedy zdarzało mi się jeździć nocą gdzieś po Polsce albo Europie, zawsze mi śpiewały te trzy dreampopowe, nieśmiałe amerykańskie dziewczęta.

Najbardziej lubię Annie Hart, najwyższą z ich trojga, śliczną blondynkę o delikatnych rysach twarzy i słowiańskich kościach policzkowych. Odważyłem się nawet którejś bezsennej nocy porozmawiać z nią przez internet. Zdaje się, że rozmawialiśmy o tym, w jaki sposób ich „The Lucky One” znalazło się w „Greysach”, ale potem gadaliśmy też o Nowym Yorku, o książkach i najlepszych fryzurach dla wysokich kobiet.

Być jak Julian Casablancas

Kiedy nie wyobrażałem sobie jeszcze, że można grać fajne piosenki na gitarze bez przesterów, gdzieś na MTV zobaczyłem, jak The Strokes grają „Last Nite” i od tej pory nic już nie było takie samo. Nie zdążyłem zobaczyć nazwy zespołu ani piosenki, ale determinacja, aby zdobyć te nagrania, była wielka. Nie było internetów, był sklep muzyczny na pierwszym piętrze tej lekko orientalnej kamienicy na przeciwko Księgarni Technicznej. Nie wiem, jak to zdołałem wytłumaczyć sprzedawcy, że w końcu wyjął z regału płytę z nagim tyłkiem smaganym dłonią w lateksowej rękawiczce. -Is this it? – zapytał – Yes, that’s it – odpowiedziałem.

W tym zespole twórczo niedopracowane jest wszystko. Podarte dżinsy, wygniecione marynarki i kurtki, podkrążone oczy i w nieładzie ułożone włosy. Wysoko zawieszona gitara Nicka Valensiego, zamknięte oczy Alberta Hammonda. Być może to wszystko wielki rock’n’rollowy szwindel, ale co w popkulturze nie jest oszustwem?

Wolę dobrze podrobioną prostotę niż nadmuchany jak balon artyzm. Wolę, gdy muzycy nazywają siebie piosenkarzami, niż artystami. Wolę źle brzmiący zespół grający piosenki, które da się zagrać przy ognisku na sprzęcie za 1000 złotych niż kolesi, dla których długość i cena kabla łączącego gitarę ze wzmacniaczem ma podstawowe znaczenie.

Nienawidzę Pink Floydów, wolę The Libertines

Duszne majowo-czerwcowe powietrze. W nozdrzach bzowe perfumy. W powietrzu pyłki wszystkich kwiatów. Zapowiadali burzę, ale nic z tego – jak zwykle – nie będzie. Na pewno jest duszność niby jeszcze niedojrzałej, ale już świadomej swojej siły wiosny. Z hangaru zakładu mechanicznego mieszczącego się w okolicach torów, pełnego dźwięków świerszczy i bzykania komarów wydobywa się dudnienie bębnów, basów i gitar. Wszędzie dookoła jest ciemno, tylko siedzący w oddali w krzakach ukryty obserwator widzi sylwetki dziewczyny za perkusją i dziewczyny przy gitarze basowej.