Omacnice spichrzanki

Moją kuchnię zamieszkały mole spożywcze, czyli tak zwane omacnice spichrzanki. Motyle zjadły już zapasy suszonych grzybów z ubiegłego roku. Zastanawiałem się, jak – w zgodzie z naturą – wyprosić je z mieszkania. Co do zasady jestem zwolennikiem metod tradycyjnych. Na przykład zapach liści laurowych skutecznie zniechęca je do zakładania domostw w ich pobliżu. Nie chcę jednak, aby opuszczały moje gościnne mieszkanie z opinią, że „strasznie tu śmierdzi”. Dlatego zdecydowałem się na rozwiązanie komercyjne – pułapki nasączone feromonami. Moje omacnice będą umierały w erotycznym uniesieniu, a nie odchodziły stąd z poczuciem absmaku.

Czernidlak kołpakowaty

Obraz może zawierać: jedzenie i w budynku

Panierowany w jajku i tartej bułce, a następnie smażony, czernidlak kołpakowaty okazał się jednym z najsmaczniejszych grzybów, jakie kiedykolwiek jadłem. Mleczny, maślany, rybny, delikatnie rozpływający się w ustach.

Lecz gdybym się pomylił i przez dłuższy czas tutaj nie odzywał, publicznie proszę, aby na moim nagrobku napisać „Jaki skarb kryje ten grób, wie tylko Mama Tata i Bóg… Śpij słodko, aniołku”.

Umrzeć z przeprzetworowania

Poniedziałek bez auta, więc poświęciłem ten dzień pracom domowym. Nastawiona nalewka aroniowa, wino z aronii, kiszona mieszanka: papryka słodka, papryka chilli, kalafior, następnie sam kalafior kiszony z burakiem oraz kiszona samodzielnie papryka. Zaraz zabieram się za marynowaną paprykę w ilościach hurtowych, nalewkę cytrynową oraz kapustę kiszoną po gruzińsku (czyli tak jak nasza, tyle, że z burakiem). Jak zostaną buraki, to nastawię znowu zakwas, bo to jest jeden z najlepszych płynów, jaki piłem. Jeśli nic tu już nie napiszę, to znaczy że umarłem z przeprzetworowania.

Przetworyszczyszyn – reaktywacja

Robienie przetworów w tych czasach jest w zasadzie pozbawione sensu. Jest to zajęcie, które ludzie wymyślili wtedy, gdy dostęp do świeżych warzyw i owoców był ograniczony do dwóch-trzech miesięcy w roku. Odkrycie konserwujących właściwości soli dało początki kiszonkom. Odkrycie konserwujących właściwości octu dało początek marynatom. Odkrycie konserwujących właściwości cukru dało początek dżemom, marmoladom i innym kandyzacjom.

Mama często opowiada, a nie jest starą osobą, że w jej domu przez całą zimę nie było owoców i świeżych warzyw. Jedynym źródłem witaminy C była wtedy kapusta ukiszona w wielkiej, kamiennej beczce.

Wiadomo, że ani sól, ani ocet, ani cukier nie są zbyt zdrowe. Jedynym pocieszeniem jest to, że – według niektórych – ukiszone warzywa lub owoce zyskują niektórych drogocennych właściwości. Są jednak wokół tego sprzeczne opinie.

Po co więc solę, zalewam octem albo cukrem te wszystkie rośliny, które przez cały właściwie rok mogę sobie kupić w sklepie i zjeść świeże, bez tej soli, octu czy cukru?

Powód najbardziej oczywisty: bo ludzie lubią solone, octowe, przesłodzone. Oczywiście lubią, bo się do soli czy cukru przyzwyczaili. Notorycznie jemy przesolone potrawy, woląc smak soli, niż prawdziwy smak mięsa, ziemniaków, warzyw. Aby się o tym przekonać, wystarczy na 2 tygodnie odstawić sól ze sklepu, polegając tylko na tej, która występuje naturalnie w pożywieniu. Odkryjemy wtedy prawdziwe feerie smaków. Kartofel będzie smakował jak kartofel, a szynka – jak szynka.

Powód „bo lubię” można łatwo zamordować argumentem: ale prawie wszystkie te przetwory można przecież kupić w sklepie. Po co to męczenie się z przygotowywaniem kiszonek i marynat, skoro wystarczy pójść do sklepu?

W jakim więc celu tysiące osób co roku taszczą do domów te słoiki i torby wypchane warzywami? Po co się trudzą? Po co to wszystko?

Odpowiem za siebie. Wiem, że może to zabrzmieć śmiesznie w Polsce, gdzie gotowanie i pracę w kuchni traktuje się jakąś formę dobrowolnego niewolnictwa, upokarzające zajęcie przynależne kobietom, zajęcie trywialne, niegodne głębszej refleksji, niewymagające żadnej „filozofii”.

Ludzie w Polsce w znakomitej większości chcą się po prostu najeść. Czerpanie przyjemności z jedzenia jest raczej pomijane. Liczy się pełny żołądek.

Dla mnie, mieszkającego – z krótkimi zazwyczaj przerwami – samotnie, gotowanie jest przede wszystkim tworzeniem namiastki domu. Kuchnia jest centrum każdego domu i staram się, aby jak najczęściej coś się w niej gotowało. Nie po to, aby ktoś konkretny się miał najeść, ale po to, aby wypełnić dom zapachem bulgotającego rosołu, zapachem octowej zalewy, wonią kiszących się ogórków. Kuchnia musi żyć. Musi być w niej radio i względny nieporządek. Kuchnia musi odgrywać rolę centrum mieszkania, choćby to była rola w nieistniejącym filmie.

Lubię robić przetwory, bo z jednej strony zamykają one w słoikach wspomnienie lata, za którym za chwilę będę tęsknił. Z drugiej strony, są obietnicą przyszłości. Wiem, że kiedyś w końcu, po długim czekaniu, kiedyś, ktoś te słoiki otworzy i przypomni sobie to lato. A że oczekiwanie na Syna to moje najważniejsze zajęcie, rozumiem też oczekiwanie zamkniętych w słoikach warzyw.

W tym roku zacząłem od cukinii, którą eksperymentalnie ukisiłem z papryką, marchewką i cebulą, z liściem chrzanu i czosnkiem. Pozostałe kabaczki zamarynowałem. Również na kolorowo. Wymyśliłem też – bo zostało mi trochę zalewy – marynowaną marchewkę z papryczkami chilli. Chcę sprawdzić, jak wyjdzie połączenie słodkości i ostrością.

Dzisiaj suszę w piekarniku pomidory, które potem wylądują w słoikach zalane olejem i świeżymi ziołami. Rozmarynem, bazylią i tymiankiem.

Kończą mi się słoiki. Muszę jechać do sklepu…

Kuchnia

Kuchnia. Wchodzi się w nią pod pawlaczem z boazerią z lat osiemdziesiątych. Egzotyczne kwiaty pnące się po ścianach. Na podłodze linoleum i gąsiory na wino. Ogromny, granitowy parapet. To na nim toczy się życie tego mieszkania. Termometr za oknem. Lodówka z przyczepionymi do niej fotografiami syna. Korkowa tablica, na którą przyczepia się głupie myśli. Na kaloryferze suszący się koper. Stół, przy którym je się codziennie jajecznicę. Miejsce, w którym codziennie myśli się o dziecku.