Łomża

Zapominam powoli miejsca, do których tyle razy przyprowadzał mnie ten szwędaczy instynkt – kapryśny, intuicyjny, zmienny. Trasy, które znałem jak swoją własną kieszeń, zostały wyremontowane, przerobione na autostrady, a wokół nich postawiono domy, sklepy i fabryki, których wcześniej nigdy nie mijałem. Znałem na pamięć każdy kilometr ósemki – każdy bar, każdą stację benzynową, każdy jej zjazd i rozjazd. Brzydki kościół w Jeżewie, dziwny przejazd przez tory za Mężeninem, dyskotekę w Zambrowie, bar dla tirowców gdzieś w okolicach Szumowa, most w Wyszkowie i niekończący się pochód świateł od Marek aż do Wileńskiej.

Zawsze lubiłem też jeździć do Łomży. To miejsce jest kwintesencją mazowieckości, ze swoją drobnoszlachecką dumą przemieszaną z wulkanem kompleksów. Piękna skarpa nad Narwią, a potem przejazd przez miasto, które dosłownie odwraca się od swojej miejskości. Rynek i starówka straszą pustką, a życie toczy się w okolicach molochowatego dworca autobusowego z cały, dworcowym arsenałem budek z hot-dogami, kiosków i ogólnego syfu, McDonaldsa i stacji benzynowej. A tuż obok jest właściwie już wiejski targ, na którym handluje się kapustą, jajkami i mlekiem prosto od krowy.

Uwielbiam Łomżę i jest to uczucie niepopularne, bo Łomży nie lubi nikt. Nie lubią jej łomżynianie, zapatrzeni w Warszawę, wzgardzają warszawiacy, nienawidzą białostoczanie. Wyobrażam sobie to miasto właśnie teraz, o tej porze roku, kiedy w parku Ludowym uczniowie pobliskiego liceum rzucają w siebie kasztanami. Ze szkoły muzycznej dobiegają gamy grane na średnio nastrojonym pianinie, a chłopcy w beemkach zagłuszają te fałsze jakąś bezpretensjonalną łupanką z podbitymi basami. Z dworca autobusowego rozklekotane autobusy pospiesznie rozwożą ludzi do pobliskich wiosek. Jest popołudnie, Łomża, tak samo jak zwykle.

DSCF1945

Najlepsza jesień życia

…to była definitywnie najlepsza jesień życia. Pamiętam doskonale jej chłód i jej ciepło. Pamiętam uśmiechy i uczynność staruszek-sąsiadek, zaangażowanie sprzedawcy w warzywniaku pod jednym z bloków na Wesołej, gdzie kupowałęm pomidory, papryki i pieczarki. Zimno łazienki o szóstej rano i nienagrzane  auto w te listopadowe ranki ubiegłego roku. Zaskoczenie nową płytą Cool Kids of Death i Jackiem Penatem, których słuchałem w drodze do pracy, obok akademików Uniwersytetu Medycznego, pasażem przy Żelaznej, Legionową i Rynkiem Siennym. Dziesiątki butów i marynarek, kupowanych maniakalnie na Allegro, bo buty i marynarki to jedna z najważniejszych spraw mężczyzny. Odkrywanie fantastycznego świata kuchni, eksplorowanie świata włoskiego, hiszpańskiego i orientalnego żarcia. Brushetty, carpaccia, tatary, kurczaki po seczuańsku. Całe przedpołudnia poświęcone czytaniu, zapomnienie o całej tej depresji, o całej popieprzonej przeszłości. Pewność, że to miejsce jest dla mnie i ta sytuacja jest bezpieczna, że sobie z nią radzę, że jestem silny i odpowiedzialny. Tamtej jesieni nie potrzebowałem planu awaryjnego, strategii alternatywnej. W tych dobrych snach śniło mi się to, co było minionego dnia, nic więcej .

Czwarta piosenka, czyli o tym, jak pachnie jesień

Książki, które pachną to: „Sklepy cynamonowe” Schultza (książka o zapachu prowincjonalnej ulicy w skwarne południe), dzieła wszystkie Krzysztofa Vargi (pachnące ulicą, dworcami kolejowymi, barami szybkiej obsługi) i „W poszukiwaniu straconego czasu” (zapach, który pamiętam, ale którego nie potrafię opisać). Teraz, w tym momencie, wszystko pachnie tak, jak w książkach, wszystko pachnie wspomnieniami, a jesień to taka pora roku, w której wszystko, co ważne, się dla mnie zaczynało.

Pewien wrzesień, gdy rytm dnia wyznaczało: późne wstawanie w pustym mieszkaniu obskurnego betonowego bloku na Dziesięcinach, podróż autobusem numer dziewiętnaście aż pod Akademię Medyczną, wielogodzinne przesiadywanie na ławce w parku i czytanie wypożyczonej z Książnicy „W poszukiwaniu straconego czasu”, aż zbliżał się wieczór, więc powrót tą samą dziewiętnastką, i siedzenie do trzeciej w nocy przed telewizorem, z „Polityką”, obłożony ze wzszystkich stron papierem, zasypiałem. Żadnych ludzi, żadnych przyjaciół, żadnych rozmów o rzeczach ważnych jak i głupotach, żadnych narkotyków poza cukrem w miodzie.

I tego września był taki słoneczny dzień, pamiętam, że starcy przesiadujący na ławkach przy fontannie machali przed swoimi pomarszczonymi twarzami prasą katolicką, i nic nie zapowiadało, że spadnie deszcz. Kiedy zaczęło padać, a właściwie ściana wody lała się z nieba tak, że trudno było oddychać, ja szedłem tą alejką w stronę budki z lodami włoskimi, gdzie zawsze są kolejki, szedłem powoli nie tylko dlatego, że lubię deszcz, ale dlatego, że zakochałem się w zapachu tej wody, podmywającej asfaltowe ścieżki pokryte kurzem, brudem, syfem kończącego się lata. Zapach czystej, nieskazitelnie przejrzystej wody pomieszanej ze zgnilizną liści i smrodem spalinam.

Zapach końca i początku, zapach rozkładu i narodzin, zapach trupa i nowo narodzonego dziecka.

Szukałem potem długo tego zapachu, tropiłem go niecierpliwie, a gdy zbliżała się jesień, stawałem się jeszcze bardziej czujny. Znalazłem go w tym szczególnym momencie, kiedy pociąg linii Białystok-Warszawa Zachodnia mija już Wołomin, potem w Kobyłce skręca w lewo i jedzie się ostatnią prostą przed Rembertowem wydeptanym przez spacerowiczów lasem, obok poligonu. Wtedy wychodzę na korytarz, otwieram okno i czekam na ten moment, kiedy pociąg dojedzie do ulicy Cyrulików przejeżdżając przez tę ulicę obok ostatniego przystanku linii 505. Wjeżdża się z lasu do miasta. Ten moment jest wyjątkowy, przede wszystkim ze względu na przedziwną miksturę zapachów: lasów, którymi jechałeś przez dwie godziny, miasta, które śmierdzi w absorbujący i uzależniający sposób, a wszystko to łączy woń polskich kolei państwowych, suchy zapach nasypów, przesiąkniętych ludzkim potem siedzeń, zapach toalet, mytych od czasu do czasu środkiem cuchnącym bardziej niż ludzkie ekskrementy. To wszystko łączy się w całość, jest kompletne, niepowtarzalne i nieopisywalne.

Zawsze uważałem, że wszystko, co ma jakąkolwiek niezniszczalną wartość, musi łączyć w sobie to brudne z tym czystym, to piękne z tym obrzydliwym, to prawdziwym z tym fałszywym. Dlatego liście pachną najładniej, kiedy zbliża się ich koniec, płodne kobiety pachną zapachem przyciągającym i drażniącym zarazem, tak samo jak wspaniały jest zapach benzyny, choć innym razem to okropny smród.

I zapach pustego domu, w którym spędziłeś z kimś setki pięknych, a czasami niepięknych chwil, zapach który trzymasz mimo smutku, bo przynosi ciągle dużo szczęścia.

Trzecia piosenka o jesieni

Osiedla Dziesięciny i Białostoczek dzieli linia kolejowa biegnąca do Sokółki, Dąbrowy Grodzieńskiej, Augustowa, a potem aż do Suwałk. Po lewej stronie torów roztacza się widok na gąszcz ogródków działkowych z tymi karłowatymi domkami ręcznej roboty otoczonymi zielenią. Po prawej stronie – bloki przy Sokólskiej, garaże, domy jednorodzinne. Rankiem i aż do popołudnia jest tu pusto. Dopiero potem ścieżką wzdłuż torów ludzie wyprowadzają psy, dzieciaki uciekają z domu na papierosa, nordic-walkerzy zapieprzają w tę i z powrotem.

Spotkałem się tam z M., żeby porozmawiać o Bogu. Było ciepłe, wrześniowe południe, środek tygodnia. Usiedliśmy na betonowym moście, to zawsze było ulubione miejsce naszych spotkań. M. rzucał kamienie z nasypu kolejowego w stojącą przy rzece butelkę po winie.

Chciał mi za wszelką cenę udowodnić, że jego życie ma sens, choć wcale tego od niego nie oczekiwałem. Chciałem przeżywać z uważnością to południowe, wczesnojesienne światło, tę wrześniową zieleń ogródków działkowych, ten betonowy most i płynącą pod nim rzekę. Wolałem zakładać się z samym sobą, czy M. trafi w końcu kamieniem w stojącą kilka metrów niżej butelkę po bułgarskim winie. Nie chciałem myśleć o tym, co będzie jutro, za tydzień, za rok, nie interesowało mnie, co się stanie po mojej śmierci. A tak naprawdę wiedziałem, że nie zdarzy się nic.

Powiedziałem mu wtedy, i pamiętam że chwilę wcześniej na holenderskiej damce przejechała obok nas śliczna ruda dziewczyna, a jak już była kilkanaście metrów dalej, odwróciła się i pomachała do nas ręką, powiedziałem M., że moje życie jest smutne, na pewno smutniejsze od jego życia. Ale wolę moje smutne życie, w którym nigdy już nie spotkam tej rudej na rowerze, nigdy nie przeżyję jeszcze raz tego lata, życie, które kiedyś się skończy, a potem nie wydarzy się już nic. Moja pewność jest smutna, jego nadzieja daje mu szczęście – tak mu powiedziałem.

Dziwne, że to on mówił wtedy więcej, ale z tego spotkania pamiętam tylko moje słowa. Różniło nas wtedy prawie wszystko, łączył nas tylko strach przed nadchodzącą jesienią.

W końcu trafił kamieniem w butelkę po winie, która roztrzaskała się na milion części. Spotkanie się kończyło. Wracaliśmy wąską, zarośniętą po pas ścieżką, między ogródkami działkowymi a rzeką. Nic się nie zmieniło, nadchodziła kolejna, taka sama jesień.

Druga piosenka o jesieni, czyli o tym, jak wchodziłem do Gryfu i usłyszałem U2.

Piątek wieczór. Jesteśmy po zajęciach. Znudzeni tymi studiami, tym miastem, wszystkim. Opodal Uniwersytetu jest park. Gorzka żołądkowa albo krupnik uderza w tętnicę. Bo studia są nudne i łatwe, więc co mamy robić w te październikowe weekendy?

Stać nas na jedno, dwa piwa w knajpie, więc upijamy się na ławkach w parku, pilnując naszych dziewcząt przed bandytami z Młynowej. Dzisiaj będą przymrozki, ale krew pulsuje już bardziej, jest ciepło. Wódka stoi na ławce, a my wokół niej, przestępując z nogi na nogę, zerkając na siebie nawzajem, myślimy o tym, aby ten wieczór tym razem się udał.

Ta chwila ma niespokojny, urywany rytm. Ten wieczór jeszcze się nie skończył. To wszystko wydaje nam się bardzo ważne, choć w gruncie rzeczy jest śmieszne, małe i gówno warte.

A potem schodzimy po schodach do tej knajpy, w której zazwyczaj przepisujemy notatki, rozmawiamy o miłości, klniemy na wrogów, a wieczorami się upijamy. I kiedy otwieramy drzwi, atakuje nas dym papierosów i „With Or Without You”. I szukamy wolnego stolika, którego jak zwykle nie ma, więc przysiadamy się do jakichś beznadziejnych ludzi – smutny kompromis.

Dziewczyny wyłudzają piwo od trzydziestoletnich przedstawicieli handlowych, a my je im to piwo podpijamy. Resztki żołądkowej dolewamy do kufli, kiedy barman nie patrzy. Studentki chcą piwa od pracujących facetów z analfabetyzmem, a od nas chcą rozmowy, bo nie mamy kasy na alkohol, ale ratuje nas to, że czytaliśmy Dostojewskiego i Kunderę.

A jak się już robi późno, knajpa pustoszeje i delikatna perswazja personelu każe nam opuścić to miejsce, wracamy do domu. Jak masz szczęście, to ta twoja ulubiona dziewczyna pozwoli ci się odprowadzić pod blok, a jak nie masz szczęścia, to idziesz godzinę na nogach domu, ale i tak jesteś szczęśliwy.

Jeszcze goździki poproszę

No więc jesień równa się goździki. Nie pamiętam, kto mi sprzedał ten patent z goździkami. Kiedy robi się zimno, kupujesz w spożywczym całe opakowanie. I wkładasz do bocznej kieszeni kurtki, torby, czegokolwiek. I jak wychodzisz z domu, a wiatr zaczyna przeszywać twoje ciało, wkładasz jedno takie maleństwo pod język. Po kilku chwilach staje się miękkie, a po buzi rozlewa się rozkoszny, słodko-gorzki smak. Smak, który działa antyseptycznie, przeciwbólowo, odświeżająco. Ale przede wszystkim sprawia, że zaczynasz ogarniać tę jesień wszystkimi zmysłami. I już rozumiesz, jak ponuro i jednocześnie uroczo polska jest to pora roku. „A u was nuda i bieda, myszy, deszcz i Polska”, czytasz u Gałczyńskiego. A potem przypominasz sobie te wszystkie gorzkie lektury, tego Hłaskę i Świetlickiego, te naiwne polskie zespoły rockowe, te teksty nasuwające się na usta przy każdej okazji, każdym nieodebranym telefonie, niejednoznacznym esemesie, nieobecności wśród aktywnych na Facebooku, przy każdej kawie pitej w knajpie. Czujesz zapach tych słów w grzanym winie w Lalkach, w woni orzechówki, kiedy niedługo przed północą zamawiasz pięćdziesiątkę tylko po to, aby ją powąchać, zarzucić płaszcz, wcisnąć w uszy słuchawki i wyjść w ogarnięte mgłą miasto. I wreszcie to coś pomiędzy infantylnością, szczerością i głębokim strachem przed rozczarowaniem przestaje ci przeszkadzać, bo wiesz, że rodząc się w tym kraju zostałeś skazany na te wielomiesięczne, smutne miesiące słoty i marazmu, kiedy jedyną pociechą są te drobne, krótkotrwałe przyjemności. Te kilkanaście minut spędzonych razem w samochodzie, ten zapach wódki orzechowej, to grzane wino w Lalkach, ten smak goździka pod językiem.

Dzieci, żony i raty

Niektóre zdjęcia, tak jak niektóre wieczory, pamięta się lepiej niż inne. To należy właśnie do tych niektórych. Rok 2004, 22 listopada, trzy sekundy po godzinie 23.03. I trzy osoby na zdjęciu. Zapomniana, dziś podupadająca knajpa przy Teatrze Lalek, w której spędzaliśmy popołudnia, wieczory, a czasami nawet poranki. Zawsze zadymiona i ciemna. Knajpa z wielkim oknem wychodzącym na park przy ulicy Kalinowskiego. Tego wieczora na dworze było już bardzo zimno i z rozgrzanego gwarem rozmów, popijanej wodą z cytryną góralskiej watry, patrzyliśmy na ten zziębnięty park.

No i gadaliśmy. W moim towarzystwie w ogóle się wtedy dużo gadało. Najwięcej o książkach i o muzyce. Nie gadaliśmy jeszcze o polityce, bo wtedy były sprawy ważniejsze od polityki. Obok fundamentalnych pytań filozoficznych zajmowały nas w tych rozmowach koleżanki z roku. I oddawaliśmy się tym rozmowom z takim zapałem, z jakim gotowi byliśmy się oddać tym koleżankom z roku.

Lubię to zdjęcie, bo na nim jest wszystko: ulubione miejsce, spotkanie i ludzie. Kiedy przedwczoraj wracałem po północy z wieczoru kawalerskiego jednego z bohaterów tego zdjęcia i kiedy poodwoziłem ich do domów, nie mogłem oprzeć się pokusie pojechania na Kalinowskiego, pod Teatr Lalek o tej jedynej w swoim rodzaju trzeciej po północy/nad ranem. Przejechałem szybko, bez zatrzymywania czy zwalniania, ale z daleka widziałem, że Lalki są już puste. No i pomyślałem, że chociaż teraz jesteśmy już bardziej poważni, niż wtedy (niektórzy mają dzieci, inni żony, jeszcze inni raty do spłacenia), to tamte spotkania były jednak bardziej poważne i wtedy braliśmy wszystko bardziej na serio, niż teraz. Ciekawe, co chcemy poukrywać za tą ironią i śmiechem? Nasze dzieci, żony czy raty do spłacenia?