Rymkiewicz, Varga, Kuroń

W weekendowej „Wyborczej” trzy teksty godne zestawienia. Pierwszy to mini-felieton Waldemara Kumóra o dyskusji toczącej się od dwóch tygodni na łamach Newsweeka. Rozpoczął ją poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, stwierdzając w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem, iż:

„S” to była wielka rzecz. Ale dla naszego samoczpoczucia może byłoby lepiej, gdyby w stanie wojennym ówczesne podziemie miało też bardziej radykalne skrzydło. Gdyby rzucono parę bomb, spalono komitet. Pewnie byłyby potem wyroki śmierci, nawet szubienice na stokach cytadeli. Ale przecież nasze narodowe szubienice to nie znaki hańby, lecz pomniki chwały.

Na te odważne słowa Rymkiewicza tydzień później odpowiada Krzysztof Siemieński – drukarz podziemnej NOW. Kiedy studiował filozofię na UJ, wspólnie z kolegami wpadli na pomysł „likwidacji” Wojciecha Jaruzelskiego. Projekt był na zaawansowanym etapie realizacji. Na szczęście znalazł się ktoś, kto przekonał narwanych studentów, że – po pierwsze – oznacza to wyrok śmierci, nawet w przypadku niepowodzenia, a – po drugie – władze właśnie na takich szaleńców oczekują. Pomysły Rymkiewicza Siemieński kwituje następująco:

…w Polsce nigdy nie brakowało narwanych idiotów, którym sam byłem.

Kilka stron dalej, Marek Radziwon prezentuje zgłoszoną do nagrody Nike książkę Krzysztofa Vargi „Gulasz z turula”. Ta gorzka i ironiczna książka napisana przez Vargę, zakochanego w Węgrzech, okazuje się w takim samym stopniu książką o Polakach.

Opowieść o kompleksach małego kraju, o imperialnych pretensjach, które obracają się w groteskę, o hurrapatriotycznych pretensjach, o pamięci krwawych klęsk, które urastają do rangi najwspanialszych symboli narodowej historii, to także – jak w lustrze – opowieść o Polsce i naszych wysokich, a czasem po prostu śmiesznych wyobrażeniach o sobie samych

Czytałem tę książkę Vargi i mogę potwierdzić spostrzeżenia Radziwona. Książka Vargi jest książką tak samo o Węgrzech, jak i o Polsce. Niedawna rocznica wyborów kontraktowych ’89 roku przez jednych obchodzona jest jako zwycięstwo, inni zaś z poobną fetą i gatunkową ciężkością traktują ten moment jako kolejną, po Powstaniu, Czerwcu’56, Grudniach’70 i ’81 „piękną porażkę”. Żal tylko – jak mówi Rymkiewicz – że Klęska’89 nie przyniosła krwi na ulicach i męczenników za wolność. Byłoby kogo czcić… A może za takich męczenników uznać uczestników spotkań w Magdalence, cierpiących na „syndrom dnia następnego„?

Trzecim ważnym tekstem w dzisiejszej GW jest wywiad-wspomnienie z Karolem Modzelewskim o zmarłym 5 lat temu Jacku Kuroniu. Moja sympatia do Kuronia nie wynikała nigdy ze wspólnoty poglądów czy wartości, ale z pewnej meta-postawy, którą miał wobec siebie i innych ludzi. Modzelewski pięknie opowiada o wewnętrznym konflikcie, jaki zachodził w Kuroniu, kiedy uczestniczył w rządzie Mazowieckiego jako minister pracy. Choć potem odstąpił od tego stanowiska, to mam wrażenie, że miał rację, mówiąc, iż aby zbudować socjaldemokrację, należy najpierw zbudować kapitalizm. Z tym stanowiskiem zgodziliby się zarówno liberałowie, jak i socjaliści. Pierwsi mieliby oczywiście wątpliwości, czy jest sens trwonić zgromadzone bogactwo, drudzy rzekliby – po co tworzyć bogactwo, skoro możemy zrobić deficyt budżetowy? W każdym razie, myśl ta świetnie wyraża to meta-nastawienie Kuronia: konsyliacyjne, otwarte i ugodowe. Uważam, że na początku lat 90. tacy ludzie byli Polsce bardzo potrzebni, nawet jeśli w rezultacie ponieśli porażkę.

Wracając zaś do nawoływań Rymkiewicza o potrzebie krwi, wydaje się, że nieco innego rodzaju ofiar potrzebuje to społeczeństwo. Od butelek z benzyną, palonych opon i ran ciętych, kłutych i postrzałowych, potrzeba nam jednej z trzech rzeczy, o kórych mówił kilkadziesiąt lat temu Churchill. Nie krwi nam potrzeba, ani łez – potrzeba nam natomiast dużo potu, toczonego ciężką, codzienną pracą. To jest zresztą ofiara, którą składają codziennie miliony ludzi w Polsce. Niektórzy wyśmiewają się pracujących od 8 do 20 pracowników korporacji, pojawiają się wręcz pomysły, aby zakazać zbyt długiej pracy nawet tym, którzy się na to dobrowolnie godzą. Jednak, jeśli popatrzeć bez uprzedzeń, to właśnie ci wszyscy pracownicy sklepów całodobowych, uczestnicy tzw. „wyścigu szczurów” z wielkich korporacji, studenci ślęczący nad książkami całe noce, wszyscy ci, dla których dzień zaczyna się o 6 a kończy o 2 nad ranem, oddają temu społeczeństwu największą ofiarę, czyli pracę.

Reklamy

Czy globalizacja może być za cokolwiek odpowiedzialna?

Jestem absolutnym ignorantem w sprawach procesów globalizacyjnych, dlatego z ogromnym zainteresowaniem wysłuchałem intresującego wykładu prof. Barbary Stępieńskiej-Holzer pod tytułem „Globalizacja a bieda”. Wystąpienie profesor Stępieńskiej-Holzer wieńczyło inaugurację roku akademickiego na Wydziale Historyczno-Socjologicznym Uniwersytetu w Białymstoku.

Wykład był skierowany przede wszystkim do świeżo immatrykulowanych studentów I roku historii, socjologii i stosunków międzynarodowych, w związku z czym miał charakter wybietnie wprowadzający w problematykę ekonomicznych skutków globalizacji. Jako że, jak już wspomniałem, moja wiedza na te tematy nie wykracza poza bardzo powierzchowne informacje medialne, z uwagą przysłuchiwałem się słowom prelegentki.

Wydaje się, że stanowisko pani profesor wobec procesów globalizacyjnych można nazwać postawą deterministyczną. Wielkie koło zamachowe globalizacji zostało poruszone już około sześciuset lat temu, w momencie rozpoczęcia kolonizacji i wraz rozwojem procesów rynkowych trwa do dzisiaj. Zgadzam się z tym poglądem w stu procentach. Nie budzi jednocześnie mojej akceptacji próba oceny moralnej procesu, który chwilę wcześniej uznaliśmy za deterministyczny. To tak, jakby poszukiwać winnego padającego deszczu!

Procesy globalizacyjne, tak jak ja je rozumiem, wynikają z naturalnego rozwoju gospodarek, które z zamkniętych, autarkicznych tworów ekonomicznych ewoluowały w kierunku jednego, globalnego i otwartego rynku. To, że na świecie istnieje bieda, nie wynika z procesu globalizacji, ale z tego, że naturalne procesy gospodarcze tworzą obszary biedy i bogactwa. Zresztą, stopień biedy w czasach, gdy o globalizacji nikt nie myślał, był zdecydowanie większy, niż teraz. To, że obecnie mamy i globalizację, i biedę nie oznacza, że pomiędzy tymi dwoma zjawiskami jest związek przyczynowo-skutkowy.

Bo choć prelegentka uznaje, że ogólne saldo globalizacji jest dodatnie, to popełnia – moim zdaniem – nadużycie polegające na antropomorfizacji zjawisk, które – choć związane z ludźmi – nie zależą od decyzji czy sumień poszczególnych osób. Mówiąc, że „globalizacja jest winna”, czy że czegoś „nie potrafi” popełniamy nadużycie, którego nie powinniśmy robić, nawet w imię klarowności czy efektowności wywodu. Globalizacja nie może być niczemu winna, bo nie podejmuje decyzji, niczego nie może „potrafić”, bo niczego się nie uczyła…