Polska dziwny kraj

Mój kraj leży w wyjątkowo niefortunnym miejscu. Morze na północy, a góry na południu. Więc w morzu woda jest zimna, a w górach ze śniegiem jest kiepsko. Po jednej stronie odwieczny wróg, a po drugiej stronie – dla odmiany – odwieczny wróg. Ci na Zachodzie mówią, że jesteśmy na Wschodzie, a ci ze Wschodu uważają nas za Zachód. Za ciepło tu na Północ i za zimno na Południe.

W moim kraju osiągnęliśmy prawdopodobnie mistrzostwo świata w nienawiści do Polaków i wszystkiego, co polskie. Antypolonizm Polaków nie ma sobie równych. Nie przeszkadza to nam kochać Polskę ponad wszystko. Filopolonizm Polaków nie ma sobie równych.

Nienawidzimy naszych wschodnich sąsiadów, choć to z nimi tworzyliśmy przez lata największe mocarstwo Europy. Z fascynacją i podziwem patrzymy za zachodnią granicę, choć to stamtąd otrzymywaliśmy najbardziej bolesne ciosy.

Kochamy naszych wrogów. Nienawidzimy naszych przyjaciół.

Jesteśmy honorowi wtedy, gdy powinniśmy być realistami. Stoimy twardo na ziemi, gdy trzeba pokazać honor. Za cenę dumy pozwoliliśmy zniszczyć nasze miasta, wymordować elity i oddać naszych Żydów do kabin krematoryjnych.

Kiedy sześćdziesiąt lat po wymordowaniu naszych elit, w dziwnych okolicznościach historia się powtarza, zapominamy o naszym legendarnym honorze.

Polska dziwny kraj.

polska

Polskie mana

W Polsce człowiek jadący na furmance jest ważniejszy od człowieka idącego pieszo. Tę uwagę, odnoszącą się oczywiście do polskiego fetyszu samochodowego, napisał jakiś czas temu na swoim Twitterze scenarzysta Piotr Wereśniak. Podpisuję się pod nią rękami i nogami. W końcu zrozumiałem, czym jest polskie mana.

Samochód to dla Polaka świętość. Jego podstawowa funkcja – przemieszczanie się z punktu A do punktu B – jest tu praktycznie nieistotna. Samochód to prestiż, symbol wolności, majątku. Marka oznacza przynależność do środowiska i określa całą osobowość użytkownika. Passaty stoją twardo na ziemi i cenią sobie konkret. Golfy to wyższe warstwy miejskich środowisk młodzieżowych. Wiejskim odpowiednikiem są beemwu i hondy civic. Gdzieś blisko, ale bardziej na luzie, są użytkownicy “czinkłaczento”. Polonezy – wiecznie wczorajsi faceci z wąsem i niezdejmowalnym kapeluszem. Mercedesy – taksówkarze i wszyscy przypominający mentalnie taksówkarzy.

Samochody to w Polsce przez cały czas świat zmaskulinizowany. Tutejsi mężczyźni mają fioła na punkcie swoich samochodów. Ich wyglądowi, wyposażeniu i ogólnemu performance poświęcają więcej energii niż swoim kobietom, o mieszkaniach nie wspominając. Na pokładzie polskiego auta musi lśnieć, a wymalowana kobieta na miejscu pasażera jest pożądanym dodatkiem do posrebrzanych felg i spojlera.

Naruszenie nietykalności cielesnej polskiej “fury” jest zbrodnią niewybaczalną. I nie mam tu na myśli poważnych uszkodzeń. Spróbujcie kiedyś, na jakimś zatłoczonym parkingu, trącić lekko drzwiami waszego auta karoserię maszyny z właścicielem na pokładzie. Najlepiej właśnie jakiegoś Golfa albo Poloneza. Obserwujcie reakcję. Na pewno wystąpi. Nie biorę odpowiedzialności za skutki tego eksperymentu, ale polecam, bo powie Wam wiele o Polakach.

Polacy to naród, który swój wolny czas spędza w samochodzie. Popołudniami i wieczorami chłopaki zabierają swoje dziewczyny na rajdy po mieście. Z jednego końca na drugi. Na hamburgery do McDonaldsów, gdzie kolejki do DriveIn’ów są zawsze dłuższe niż te do kas. Na parking przy jeziorze lub rzece, by zza świetnie wymytych płynem do spryskiwaczy szyb, w przyjemnej woni odświeżacza w kształcie choinki patrzeć na te zachody słońca i słuchać ściągniętych z Internetu mp3 z niemieckim techno albo polskim hiphopem. A to techno i ten hiphop muszą dudnieć, by ci w aucie obok widzieli i to moje auto i tę moją dziewczynę.

Zastanawialiście się kiedyś, gdzie się podziewa białostocka młodzież w słoneczne niedzielne popołudnia, jak choćby to wczorajsze? Jeśli tak, to odwiedźcie któregoś razu dojlidzkie Krywlany. Oni wszyscy są właśnie tam. W tych swoich samochodach prosto z myjni, ustawiają się w wielkim kręgu. Wyprowadzają z nich swoje kobiety i pozwalają im opierać się na maskach tych samochodów. Prezentują innym mężczyznom dwie podstawowe oznaki statusu: swoje auto i swoją kobietę. Kobieta musi mieć ładne paznokcie i nogi, a samochód powinien kręcić kółka przed zgromadzoną publicznością. Tyle wystarczy, aby zwyciężyć.

Kiedy podczas spaceru przypadkowo wyszedłem na płytę lotniska i zafascynowany zobaczyłem ten rytuał, zrozumiałem, co mógł poczuć Bronisław Malinowski, kiedy podczas obserwacji krajowców na Triobrandach pojął funkcję pojęcia mana. Jest to kluczowa kategoria w życiu Triobrandczyków, pojęcie trudne do sprecyzowania, a jednocześnie o potężnej sile, symbolice i roli w życiu codziennym. Czyli dokładnie to, czym w Polsce są samochody.

Praktyki pod lipami, part two

Znam już wszystkie zakręty, proste i wiraże dróg, dróżek i ścieżek gminy Górzno. Przez trzy dni – siedemset kilometrów w charakterze szofera: zawieź, przywieź, przyjedź, poczekaj. To chyba jak do tej pory mój najistotniejszy wkład w rozwój królowej nauk empirycznych – socjologii. I – jednocześnie czuję, że w takich prostych, a jednocześnie ponadczasowych rolach społecznych tkwi jakiś wielki romantyzm. Zawsze byli ludzie, którzy zajmowali się przewożeniem innych z miejsca na miejsce, bo zawsze przemieszczanie się było ludzką potrzebą.

Jeżdżąc z miejsca na miejsce, z Górzna do Miesiączkowa, z Zaborowa do Czarnego Bryńska, wzdłuż, wszerz i z powrotem, doszedłem do wniosku, że tutejsza społeczność tak naprawdę nie pasuje mi do żadnych ram pojęciowych, które sklecam sobie próbując takie rzeczy zrozumieć. Dzisiaj, oczekując pod sklepem spożywczym na kogoś lub coś, dosiada się do mnie dwudziestokilkuletni chłopak. Jest już – jak sam przyznaje – po siedmiu piwach, a w dłoni trzyma ósme. Wraca znad morza, gdzie razem ze wspólnikami kładł komuś dach z bali. Pomimo strasznego zmęczenia pogodnie się uśmiecha, podaje mi rękę, mówi na ty. Opowiada o swojej pracy. Widać, że praca jest dla niego tak wielką wartością. Pomimo ekstremalnego zmęczenia opowiada o domach z drewna z wielkim entuzjazmem i swobodą. Zmęczenie po dwóch tygodniach ciężkiej charówki jest po prostu bardzo przyjemne.

Jakże niepokojąca jest ta nuda

Nigdy nie sądziłem, że nuda może być taka niepokojąca i urzekająca. A taka właśnie jest konstancjańska nuda. Żadnych śmieci na ulicy, żadnych ulicznych opryszków, żadnego napięcia, kiedy wraca się w nocy do domu. Skoro rowery za kilkaset euro porzucane są pod domami, to po co sprawdzać bilety w autobusach i na promach relacji Konstancja-Meersburg? Na tych promach odpływających co kilka minut jest przerażająco przyjaźnie i bezpiecznie, pomimo braku jakichkolwiek zabezpieczeń. Dzieciaki o różnych kolorach skóry skaczą po barierkach, a ich różnokolorowi rodzice nic sobie z tego nie robią. I tak nikomu się nic złego nie stanie, bo tutaj nikomu nic złego się nie dzieje. Bileter nie prosi o bilety – pyta, czy ktoś sobie życzy bilet. I można sobie bilet zażyczyć lub jechać bez biletu.

Nocne knajpy tętnią życiem starców, którzy przepuszczają w nich emerytury na reńskie wina i syte kolacje. Nie widziałem jak do tej pory w żadnej restauracji nikogo przed trzydziestką, oczywiście poza uprzejmymi kelnerkami o wybitnie mało nordyckich rysach twarzy. Na promenadzie w Meersburgu, w natłoku włoskich restauracji i kawiarń, pod prawdziwymi palmami, króluje wino, rozcieńczane z wodą, zgodnie z antycznym obyczajem. Nikt nie nadużywa alkoholu – jedyną pijaną osobą, którą widziałem, był właściciel bardzo „niszowej” knajpy położonej pod mostem na Renie, który moją prośbę o jedno piwo, wypowiedzianą nieporadnym, ale zrozumiałym niemieckim, skwitował rubasznym, zgoła bawarskim śmiechem. Piwo w końcu dostałem, ale w zamian zaserwowano mi coś w rodzaju niemieckiego disco-polo, co potraktowałem jako kolejną próbę Kulturkampf na bohaterskim narodzie polskim.

Jedynym, co łączy te dwa tak niesamowicie odmienne narody, jest miłość do ogrodowych krasnali. Spodziewałem się, że polska miłość do tych stworzeń jest tylko ślepą projekcją, że wielka niemiecka kultura nie pozwoliłaby sobie na coś takiego. Jednak Niemcy, przy całej swojej powściągliwością i wyniosłości, przy całkowitym zrównoważeniu i smaku, stawiają ogrodowe krasnale przed swoimi domami. Myślę, że ambasadorami tej skomplikowanej więzi między naszymi narodami, rzecznikami  tej trudnej miłości pomieszanej z nienawiścią, są te ogrodowe krasnale, te nieżywe postaci z gatunku tych, o których nie da się powiedzieć, czy przyszły z horroru, czy wieczornej bajki dla dzieci.

To, co Państwo widzą na obrazku po prawej to nie fabryka plastiku, która całkowicie nieoficjalnie zaopatrywała armię w materiały wybuchowe. Choć z daleka wygląda to jak kombinat przemysłowy, jest to coś kombinatem, ale kombinatem edukacyjnym. Tak jak niemiecka młodzież nie przykłada absolutnie żadnej wagi do stroju, stawiając na wygodę, tak Uniwersytet w Konstancji powstał nie z myślą o zaspokojeniu gustów urbanistów i architektów, ale po to, aby było sprawnie, wygodnie i efektywnie. Poruszanie się po bibliotece liczącej ponad dwa miliony woluminów nie nastręcza żadnych trudności, choć ma się czasami wrażenie, że jest się w tymczasowym, plastikowym budynku, który już dawno powinien się rozlecieć. A jednak, wszystko stoi, przechowuje megatony wiedzy, a człowieka, który tam wchodzi, ogarnia jedna, wielka, bardzo nieprzyjemna i natrętna myśl: „dlaczego ja nigdy nie przeczytam nawet jednej miliardowej części tego, co tutaj jest?”.

Przybysz ze Wschodu, taki jak ja, ma w takim miejscu dwa wyjścia. Może, tak jak ci gastarbeiterzy, poddać się urokowi niemieckiej kultury, za co płaci się koniecznością pogardy dla kultury własnej, ślepemu poddaniu się niemieckiej stateczności i nudzie. Może też za wszelką cenę, jak wyrzucona na brzeg ryba wierzgająca ogonem z nadzieją na powrót do wody, poszukiwać śladów, okruchów, pierwiastków rozkładu, który jest przecież wszędzie, ale w tym kraju jest go naprawdę bardzo mało. Nawet starcy ubierają się w ubrania Zary z kolekcji „Młodzież” i są nieautentycznie uśmiechnięci jak na ludzi, którym do okien puka śmierć.

W aptece

Nerwowe wielkosobotnie popołudnie. Jedna z niewielu całodobowa apteka w centrum miasta. Trzy kasy i jedna, kilkunastoosobowa kolejka. Zniecierpliwienie klientów, kwestionowanie sensu jednej kolejki do trzech kas. Przysadzisty, ubrany w dres nieogolony czterdziestolatek w towarzystwie nastoletniej córki i ciemnowłosej, schludnie ubranej żony (głośno): „To tak, kurwa, po polsku, ta jedna kolejka, po co to?„. Stojąca za mną tleniony blond-czterdziestolatka w gorateksowej kurtce i skóropodobnej torbie przez ramię: „Stoją wszyscy jak do spowiedzi, bez sensu, stanąłby każdy przy innym okienku, lepiej by było„. Starszy pan z teczką, w znoszonym, choć porządnym garniturze, odwraca się i, lekko uśmechając, mówi do pani w gorateksie: „Czy trzy kolejki do każdej z kas będą w sumie krótsze od jednej kolejki do wszystkich kas?„.

Studenci według antropologów kulturowych

Wykładowca antropologii kulturowej profesor Michael Wesch we współpracy ze swoimi studentami stworzył socjologiczny portret współczesnego amerykańskiego studenta. Być może powinienem być wściekły na całkowity brak rygoru metodologicznego w tym przedsięwzięciu, ale pewna świeżość i urok tego badania sytuują mnie bliżej zachwytu niż wstrzemięźliwości.

Bo czyż to nie ciekawe dowiedzieć się, że tylko 18% nauczycieli zna imiona swoich uczniów? I że przeciętny student czyta co prawda tylko 8 książek w ciągu roku, ale przegląda w tym czasie około 2300 stron internetowych. Że pisze w ciągu semestru około 42 stron prac naukowych i aż 500 stron e-maili?

Warto obejrzeć film dokumentujący badanie.