Codziennik pięćdziesiąty – zapach mniszka w Auchan

20190513_161319.jpg

Pojechaliśmy z mamą  na łąkę nazbierać jeszcze więcej mniszka lekarskiego. W drodze powrotnej zajrzeliśmy do sklepu. Czekam przy kasie. Moja kolej. Podaję banknoty.

– A co Pan ma tę rękę taką obsraną?

– Pani powącha – zbliżam dłoń do nozdrzy kasjerki – czy tak pachnie gówno?

– A nie! To mniszek lekarski! – kasjerka bierze moją rękę, przykłada do nosa i obwąchuje palec po palcu.

Ludzie w kolejce oddychają z ulgą, podchodzą, przekazują moją rękę z rąk do rąk, wąchają, niektórzy biją brawo.

Kurtyna.

Syrop z pędów młodej sosny

DSC_4580.jpg

Jeszcze nie jest gotowy, ale już teraz jestem nim podekscytowany! Syrop z pędów młodej sosny – zbieranych tylko w maju, gdy dorastają do co najwyżej dziesięciu centymetrów, a ich zielonej powierzchni nie pokrywa jeszcze zbyt gruba, brązowa łupina.

We wspomnieniach mojej mamy i ludzi z jej pokolenia to lekarstwo funkcjonuje pod nazwą „syropu z pinii”. Mama wspominała, że w jej domu podawano ten syrop dzieciom tylko w wypadku choroby. Dlatego każdy chciał chorować.

Za zrywanie pędów młodej sosny w lasach publicznych można dostać mandat. Trzeba więc znaleźć sobie jakiś las prywatny. Tak, czy inaczej, nie należy niszczyć szkółek leśnych ani młodników. Najlepsze są skraje lasów sosnowych i znajdujące się obok nich łąki albo nieużytki. Tam lądują nasiona sosny z lasu i jakiś minimalny odsetek z nich rozpoczyna nowe życie. Prawdopodobnie krótkie, bo w takich miejscach najpewniej w ciągu co najwyżej kilku lat padną ofiarą piły lub siekiery.

Niezależnie od przyszłego losu młodych sosen, zrywa się tylko boczne pędy, pozostawiając sam czub do dalszego wzrastania drzewa. Tych bocznych też nie należy zrywać zbyt dużo. Co najwyżej po kilka z jednego drzewka. 

Najlepiej nożyczkami i koniecznie w rękawiczkach. Pędy krwawią lepką żywicą, którą cholernie ciężko zmyć.

Potem się te pędy przynosi do domu i oczyszcza mniej lub bardziej dokładnie. Bez żadnego mycia (bo po co?) wkłada się je ściśle do przezroczystego słoja i zasypuje cukrem. Warstwa po warstwie. Najlepiej jest je jeszcze czymś pouciskać jakimś drewnianym wałkiem, żeby szybciej oddawały to, co w nich najlepsze.

DSC_4586

Taki słoik stawiamy w ciepłym i słonecznym miejscu na 1-2 tygodnie, codziennie mieszając, a najlepiej przewracając do góry dnem. Po tym czasie syrop można odcedzić od pędów i przelać do butelek lub słoiczków. Jest w nich tyle cukru, że mogą stać – w chłodzie i mroku – nawet kilka lat.

Pozostałe, słodkie pędy, można natomiast zalać jakąś tanią wódką i po pewnym czasie otrzymamy równie leczniczy trunek.

Syrop z pędów sosny jest podobno świetnym remedium na przeziębienia i lekkie infekcje. Syropu można też używać do robienia naparów pomagających w kaszlu albo katarze.

Sprawdzę to zimą.

Brzozy, sosny, mniszki

DSC_4599.jpg

Tegoroczna wiosna upływa na oczekiwaniu na spotkanie z nie widzianym już od roku synem i na życiu w zgodzie z rytmem budzącej się do życia roślinności. Czekałem na tę wiosnę z tęsknotą taką samą jak tęsknota za nim, bo wydawało mi się nieprawdopodobne, że może to trwać tak długo. Jego mama z premedytacją opóźnia i tak rozlazły jak flaki z olejem proces, a ja próbuję zająć się – poza pracą – czymś, co wyrwie mnie z domu, sprzed komputera. Stąd całonocne wyjazdy po auta przez Polskę i Europę z kolegą, stąd przejażdżki za miasto, po zioła.

Zbieranie i korzystanie z ziół wymaga uważnego korzystania z kalendarza, bo każdego tygodnia przygoda dostarcza lub odbiera kolejne okazje do korzystania z jej owoców. Zacząłem od soku z brzozy, który ściągałem z tych pięknych drzew w połowie marca, kiedy rozpoczęły po raz kolejny mozolny proces ściągania wody z uwolnionej od mrozu ziemi ku dopiero co rozwijającym się liściom.

DSC05263.jpg

Brzoza to jedno z moich ulubionych drzew. Jedna z nich rośnie tuż przed moim oknem. Posadziłem ją mniej więcej w momencie, gdy mój syn rozpoczął życie w brzuchu mamy. Miała wtedy niewiele ponad metr wzrostu. Dzisiaj sięga moich okien na drugim piętrze starego bloku. Nie mogę się doczekać, aż mu ją w końcu pokażę. Wbrew staraniom mamy, która robi wszystko, aby Mały nie miał ojca. Zrobimy to.

Niedługo potem pojechałem nad zerwany most na Narwi. Po drodze skręciłem trochę w bok, ku wyginającym się ku słońcu młodym pędom brzozy. Z tych szarych, zwisających pączków można zrobić świetną, oczyszczającą herbatę. Piłem ją przez dwa tygodnie. Zaparzona brzoza ma delikatny, lekko słodkawy smak.

DSC05785.jpg

Trzy dni temu wybrałem się w końcu po pędy młodej sosny. W końcu, bo to już ostatni moment, by zebrać je w apogeum swojej młodości. Dojrzałość przyobleka je w brązową osłonkę, która potem pęka i uwalnia miliardy nasion potrafiących przelecieć nawet kilkaset metrów od swojej matki.

Z pędów młodej sosny robię nalewkę i syrop. Ten ostatni znany jest we wspomnieniach pokolenia rodziców pod nazwą „syrop z pinii”. Mama mówi, że w jej dzieciństwie był to przysmak i rarytas podawany wyłącznie chorym dzieciom. Mama nigdy nie chorowała, więc rzadko miała przyjemność próbowania syropu z sosny. Nie wiem, dlaczego w jej domu po prostu takiego syropu nie robiono samodzielnie. Przecież mieszkali właściwie w środku lasu…

DSC_4586.jpg

Właśnie z mamą pojechaliśmy wczoraj gdzieś za Dobrzyniewo, na łąkę, którą wcześniej sobie wypatrzyłem. Zebraliśmy, przy definitywnie większym udziale mamy, 10 litrów mniszka lekarskiego. Cały wieczór oczyszczałem kwiaty z łodyżek i robaków. Wrzuciłem je wszystkie do słoika i zalałem wysokoprocentowym, czystym alkoholem. Podobnie jak z pędami sosną, będzie z mniszka lecznicza nalewka na zimowe infekcje i ewentualne smutki.

DSC_4627.jpg