Lizol

Lizol. Słodkawo-gorzki, lekko duszący zapach środka dezynfekującego. Zapach przejść podziemnych, dworców, szkół, przychodni, urzędów.

Białoruś ma zapach lizolu.

Lizol wita cię, kiedy po wyjściu z pociągu wchodzisz do komory kilku ciasnych pomieszczeń odprawy granicznej i celnej, a potem wpuszczają cię do obszernego holu dworca z imperialnym swoją rozłożystością i błyskotliwością żyrandolu, chybotającego się u sufitu.

Lizol. Zapach odstraszający i bliski jednocześnie, bo nasze przedszkola i szkoły też były nim oblewane. Więc zapach toalety na pierwszym piętrze trzeciego liceum ogólnokształcącego w Białymstoku to też ten sam, bliski każdemu licealiście rocznik 1999, smród.

Ci wszyscy obcokrajowcy z Zachodu, którzy przyjeżdżali za żelazną kurtynę, myśleli na pewno, że ten zapach to jakiś perfidny środek psychoaktywny, który ma człowieka sowieckiego przekonać do komunizmu, albo – ostatecznie – zniechęcić do narzekania na nędzę socjalizmu.

Nie ma co narzekać na lizol. Dzięki niemu dziesiątki przestronnych przejść podziemnych pod Prospektem Niepodległości nie śmierdzą ludzkim moczem. Zresztą, i tak by nie śmierdziały, ponieważ publiczne załatwianie się w czyściutkim i uporządkowanym Mińsku po prostu nie mieści się w głowie. W tych szerokich jak Marszałkowska przejściach ludzie – jakby odurzeni lizolem – idą w równym tempie, według zasad ruchu prawostronnego.

Lizolem pachną również liczne domy towarowe, rozmieszczone wokół największej mińskiej arterii. Wielopiętrowe odpowiedniki naszych galerii handlowych, gdzie każdy towar podaje ekspedientka. Całe piętra zapełnione odzieżą, galanterią, sprzętem rtv i agd, barami z przekąskami, kantorami, dorabiaczami kluczy i ostrzycielami noży.

Wszystko poruszające się w słodkawym zapachu środka dezynfekującego.

DSCF3398

Marszrutnoje taksi

DSCF2027

Marszrutnoje taksi mają zapach setek zmęczonych, zimą niewyspanych, a latem spoconych ludzkich ciał. Ich fotele mają ciemne ślady potu, wylewających się z foliowych torebek napojów, kiszonej kapusty, śledzia i szprotki. Cieknących po łokciu i skapujących słodkich lodach, zbuzowanej nieświadomie coca-coli. W szparze między siedzeniem a oparciem znajdziemy okruchy chałwy, bułek, drobny bilon, zużyte bilety i papierki ze zużytymi kodami doładowującymi wszystkich sieci.

Marszrutnoje taksi jeżdżą we wszystkich kierunkach i zatrzymują się w każdym miejscu. Za nic sobie mają rozkłady jazdy, nawet jeśli na słupkach przy ulicy są jakieś godziny odjazdów i przyjazdów. Reagują błyskawicznie na oczekiwania pasażerów. Potrafią pomieścić kilkadziesiąt osób.

Marszrutnoje taksi są zawsze oblepione błotem i kurzem, jakby woziły ze sobą cały brud miasta.

Marszrutnoje taksi to mistrzynie poruszania się w gąszczu skrzyżowań, pasów ruchu i sygnalizacji świetlnych. Zmieszczą się wszędzie. Zmienią pas zawsze. Zatrzymają, gdzie tylko chcą. Swoje samozwańcze przywileje ogłaszają podrasowanym w amatorskich zakładach mechanicznych donośnym klaksonem. Klakson może być ostrzeżeniem, groźbą, obelgą, pozdrowieniem albo podziękowaniem.

Zbiorowe taksówki. Marszrutki. Królowe lwowskich, lubelskich, mińskich, grodzieńskich, rzeszowskich centrów i przedmieść. Każda w innym kolorze, każda innego kształtu, każda z milionowymi przebiegami. Każda gotowa zrobić dla ciebie wszystko za marne, drobne grosze.

Marszrutnoje taksi.  Ikaruski, Lazy, Pazy, Gazy, Kawzy. Bohaterki miasta. Anarchistki ulic. Awangarda trotuarów. Faryski przedmieść. Junaczki skrzyżowań. Forpoczta miasta.

 

Czwarta piosenka, czyli o tym, jak pachnie jesień

Książki, które pachną to: „Sklepy cynamonowe” Schultza (książka o zapachu prowincjonalnej ulicy w skwarne południe), dzieła wszystkie Krzysztofa Vargi (pachnące ulicą, dworcami kolejowymi, barami szybkiej obsługi) i „W poszukiwaniu straconego czasu” (zapach, który pamiętam, ale którego nie potrafię opisać). Teraz, w tym momencie, wszystko pachnie tak, jak w książkach, wszystko pachnie wspomnieniami, a jesień to taka pora roku, w której wszystko, co ważne, się dla mnie zaczynało.

Pewien wrzesień, gdy rytm dnia wyznaczało: późne wstawanie w pustym mieszkaniu obskurnego betonowego bloku na Dziesięcinach, podróż autobusem numer dziewiętnaście aż pod Akademię Medyczną, wielogodzinne przesiadywanie na ławce w parku i czytanie wypożyczonej z Książnicy „W poszukiwaniu straconego czasu”, aż zbliżał się wieczór, więc powrót tą samą dziewiętnastką, i siedzenie do trzeciej w nocy przed telewizorem, z „Polityką”, obłożony ze wzszystkich stron papierem, zasypiałem. Żadnych ludzi, żadnych przyjaciół, żadnych rozmów o rzeczach ważnych jak i głupotach, żadnych narkotyków poza cukrem w miodzie.

I tego września był taki słoneczny dzień, pamiętam, że starcy przesiadujący na ławkach przy fontannie machali przed swoimi pomarszczonymi twarzami prasą katolicką, i nic nie zapowiadało, że spadnie deszcz. Kiedy zaczęło padać, a właściwie ściana wody lała się z nieba tak, że trudno było oddychać, ja szedłem tą alejką w stronę budki z lodami włoskimi, gdzie zawsze są kolejki, szedłem powoli nie tylko dlatego, że lubię deszcz, ale dlatego, że zakochałem się w zapachu tej wody, podmywającej asfaltowe ścieżki pokryte kurzem, brudem, syfem kończącego się lata. Zapach czystej, nieskazitelnie przejrzystej wody pomieszanej ze zgnilizną liści i smrodem spalinam.

Zapach końca i początku, zapach rozkładu i narodzin, zapach trupa i nowo narodzonego dziecka.

Szukałem potem długo tego zapachu, tropiłem go niecierpliwie, a gdy zbliżała się jesień, stawałem się jeszcze bardziej czujny. Znalazłem go w tym szczególnym momencie, kiedy pociąg linii Białystok-Warszawa Zachodnia mija już Wołomin, potem w Kobyłce skręca w lewo i jedzie się ostatnią prostą przed Rembertowem wydeptanym przez spacerowiczów lasem, obok poligonu. Wtedy wychodzę na korytarz, otwieram okno i czekam na ten moment, kiedy pociąg dojedzie do ulicy Cyrulików przejeżdżając przez tę ulicę obok ostatniego przystanku linii 505. Wjeżdża się z lasu do miasta. Ten moment jest wyjątkowy, przede wszystkim ze względu na przedziwną miksturę zapachów: lasów, którymi jechałeś przez dwie godziny, miasta, które śmierdzi w absorbujący i uzależniający sposób, a wszystko to łączy woń polskich kolei państwowych, suchy zapach nasypów, przesiąkniętych ludzkim potem siedzeń, zapach toalet, mytych od czasu do czasu środkiem cuchnącym bardziej niż ludzkie ekskrementy. To wszystko łączy się w całość, jest kompletne, niepowtarzalne i nieopisywalne.

Zawsze uważałem, że wszystko, co ma jakąkolwiek niezniszczalną wartość, musi łączyć w sobie to brudne z tym czystym, to piękne z tym obrzydliwym, to prawdziwym z tym fałszywym. Dlatego liście pachną najładniej, kiedy zbliża się ich koniec, płodne kobiety pachną zapachem przyciągającym i drażniącym zarazem, tak samo jak wspaniały jest zapach benzyny, choć innym razem to okropny smród.

I zapach pustego domu, w którym spędziłeś z kimś setki pięknych, a czasami niepięknych chwil, zapach który trzymasz mimo smutku, bo przynosi ciągle dużo szczęścia.

Zapach papieru

Bardzo lubię zapach papieru. Pierwsze pismo, które miałem zaprenumerowane – Świat Młodych – było drukowane za moich czasów na takim szeleszczącym i z dzisiejszej perspektywy zapewne śmierdzącym papierze. Dzisiaj od czasu do czasu udaje mi się wywąchać podobny zapach, który jest jak zapach magdalenki. Dzisiaj przyjemności dostarcza zapach codziennej gazety, otwieranej po raz pierwszy rano, przy porannej yerba mate. Dzisiaj satysfakcję dla moich nozdrzy sprawia paczka z Merlina, otwierana z niecierpliwością. Wiem, że znajdę tam papier, którego dotykała jedna, najwyżej dwie osoby i zapach człowieka przegrywa z zapachem papieru. Moje mieszkanie jest zdominowane przez książki, a ich dyskretny zapach zdominował inne. Zapach tysięcy kart papieru, woń celulozy i farby drukarskiej, zapach spoiwa łączącego strony. Czytanie rozpoczynam od przesunięcia palcem po półotwartej książce, aby wiatr wzbudzony przelatującymi stronami powiał nowym zapachem. Poza zapachem papieru, lubię też jego dotyk.