Niemcy mogłyby właściwie nie istnieć

Nie ma większej polskiej ambiwalencji, jak wobec narodu niemieckiego i jego wielkiej cywilizacji. Nie ma w Polakach większego pomieszania zachwytu i pogardy, zazdrości i resentymentu, miłości i nienawiści, pożądania i pogardy, niż wobec Niemców. Zawdzięczamy Niemcowi zniszczoną ojczyznę, miliony trupów, i jednocześnie motoryzacyjny geniusz techniczny wartburgów, a dzisiaj wolkswagenów. I miliardy euro, które nasi sąsiedzi w ogóle się tą szczodrością nie przejmując, ładują kieszenie rolników, w budowę naszych oper i aqua-parków.

Moje podróże do Niemiec to zawsze przerażająca nuda. Nuda niewygodnie prostych autostrad, z powodu których przejechanie tego wielkiego kraju trwa kilka godzin i nie dostarcza absolutnie żadnych przeżyć poza kilometrami doskonale płaskich betonowych nawierzchni, sterylnie czystych stacji benzynowych i skandalicznie czystymi parkingami z nieoczywiście pachnącymi kiblami bez nadzoru i opłaty za wstęp. Najbardziej oburzająca dla podróżującego po Niemczech turysty ze wschodniego kraju ościennego jest ta cholerna przewidywalność zachowań na drodze, to nie dające się wytrzymać bezpieczeństwo, ta wszechogarniająca nuda.

Bo przecież jedną z największych atrakcji miast Wschodu jest możliwość bezinteresowanego lub zasłużonego otrzymania w pysk, zostania obrabowanym lub w najgorszym przypadku obrażonym. Na ulice polskich miast wyjeżdża się, aby walczyć, słowem, gestem lub klaksonem.

Tymczasem tam, w tych Niemczech, wszyscy są wobec siebie nienaturalnie i sztucznie uśmiechnięci, grzeczni i usłużni.

Dlatego z całych Niemiec najbardziej lubię Berlin z całym tym berlińskim postsowietyzmem i orientem w pakiecie. To jedyne miasto w tym kraju, które przypomina Warszawę. A już najbardziej lubię włóczyć się na Kreuzbergu, bo to właściwie jedyne miejsce w tym osiemdziesięciomilionowym kraju, w którym można się zagubić, pomylić i doświadczyć czegoś niespotykanego. Całe pozostałe Niemcy mogłyby dla mnie nie istnieć.

DSC00975

Reklamy

Zimny oddech lata

Każdy sezon, a szczególnie ten przesycony wrażeniami i silnymi emocjami, potrzebuje momentu zakończenia, symbolicznej przepaści, w którą chciałoby się rzucić z całym ciężarem leżącym na plecach. Decyzja o ucieczce z miasta jest już podjęta. Okazało się, że podjąć decyzję było chyba trudniej niż doprowadzić teraz do realizacji radykalnych planów. Tyle, że wyprowadzka to milestone projektu na całe życie, a obecnie w plecy sapie i dyszy gorącym oddechem całe to kończące się lato. Co prawda nie czuję jeszcze jesiennego otępienia, ale lepiej być na nie przygotowanym i zawczasu przyjąć do wiadomości, że w końcu nadejdzie. Mam problemy z trafieniem w lekturę, muzykę, obraz, które pasowałyby do tego momentu i go jakoś tłumaczyły. To – zdaje się – dobry moment, aby wykroczyć poza subiektywny świat przeżywany, przestać kontemplować, muskać świat, ale zacząć go tłumaczyć i w końcu lepiej rozumieć. A najlepiej zrobiłaby samotna wycieczka w jakąś prawdziwą dzicz. Krajobrazy z dużymi różnicami poziomów, nieufni mieszkańcy, dużo przyrody i samotności.

Jurowlany

Najpierw – zbyt szybka jazda nocą, ucieczka przed bardzo nieudanym dniem. Dniem zakończonym dwoma niezwykle miłymi zaproszeniami. Więc pogodna rozmowa, a właściwie wsłuchiwanie się w rozmowę mądrzejszych. Czuję się zaszczycony i onieśmielony, a znieczulenie powoli mija. Więc zbyt szybka jazda nocą przez Supraśl i Krynki. Zwierzęta przebiegające przez jezdnię, slalom między jeżami. Mgła, a w mgle świecące się oczy dzikich zwierząt. Za Jurowlanami piękny stary dom, gospodarstwo. Całkowite odludzie, zupełna cisza. Pijemy herbatę, rozmawiamy o nieudanych dniach. Opieramy plecy o rozgrzany kaflowy piec. Kiedy kładziemy się spać i gasimy światło, dociera do mnie ta niesamowita cisza, której nie spotkałem chyba nigdzie indziej. Nawet zamieszkująca dom kuna nie tupie, umożliwiając absolutną, wszechogarniającą ciszę. Ciszę, która zazwyczaj niepokoi, tym razem jednak przynosi spokój. W nocy budzę się kilka razy: jest mi zimno i jednocześnie jestem cały zlany potem. Trudno mi się zasypia, bo znieczulenie nogi przestało działać i każdy ruch oznacza spory ból. Widocznie coś ważnego się śni, prawie nic nie pamiętam. Budzi mnie zapach konwalii i szałwiowego kadzidła. Jest gorąco, wychodzimy na trawę: koc, słońce, gazeta, rozmowa. Odurzający zapach kaczeńców. Spokój, ulga, gdzieś daleko pojawia się szansa na poukładanie.

Dom jako miejsce gromadzenia zdjęć z podróży – relacja z wyprawy na Otryt

1.

Miły zbieg okoliczności sprawił, że przeczytałem „Into the Wild” Jona Krakauera niedługo po powrocie z Otrytu. Dobrze, że się tak stało, bo przestrzeń niedopowiedzenia i niepokoju w opowieści o tragicznej wędrówce Chrisa McCandlessa okazała się klamrą spinającą nie dość jeszcze uporządkowane refleksje z Warsztatów.

„Into the Wild” to rekonstrukcja podróży życia i śmierci dwudziestokilkuletniego młodzieńca, który pewnego dnia postanawia opuścić swój dom i wyruszyć „w dzicz” (into the wild). Zafascynowany postawą moralną Lwa Tołstoja i awanturniczym życiem Jacka Londona, przemierza Amerykę – najpierw samochodem, porzuca na rzecz autostopu, kolei i pieszej wędrówki.

Stacją Astopowo Chrisa McCandlessa jest opuszczony, zdezelowany autobus nr 142 z Fairbanks, stojący w głębi alaskańskiej tundry. Mieszka tam około 100 dni, w całkowitym osamotnieniu, by na przełomie lipca i sierpnia 1992 roku umrzeć śmiercią głodową.

Historia McCandlessa jest na wskroś niepokojąca, tajemnicza i niejednoznaczna. Interpretować ją można albo trywialnie, albo bardzo głęboko – wszelkie interpretacje pośrednie nie są możliwe. Jednocześnie, im bardziej autor opowieści próbuje ją zracjonalizować i wytłumaczyć, tym większa tworzy się przestrzeń głębi. W ten sposób pozostajemy z wrażeniem, o czym słusznie napisał mój kolega Mirek, że najważniejsze w tej historii jest to, co nie zostało powiedziane, że jest jakaś wielka otchłań, która bez wątpienia jest, lecz o której należy milczeć. Zupełnie jak u Wittgensteina, który przecież podobnie jak McCandless zaczytywał się Tołstojem, a następnie pisał w Traktacie Logiczno-Filozoficznym: O czym nie da się powiedzieć jasno, o tym trzeba milczeć.

Podobnie jak ludzie gór, nomadzi i wagabundowie nie potrzebują metafizyki, by żyć głęboko i „metafizycznie”, podobnie ludzkie historie potrzebują przestrzeni milczenia, niewiedzy. Przestrzenie te są trochę jak bańki mydlane – ulatują, gdy tylko próbujemy ich dotknąć. Jedyną metafizyką jest dla nich milczenie o metafizyce.

2.

Gra z Naturą, wymiana społeczna, jednia ideologiczna, klarowność relacji społecznych, zbyteczność metafizyki: oto najważniejsze słowa-klucze tegorocznego wyjazdu na Otryt. Wyjazd był przejrzysty pod wieloma względami i z tego punktu widzenia przypominał przejrzystość otryckiego nieba, która towarzyszyła nam do ostatniego dnia pobytu.

Pierwszym wrażeniem, które wraca, jest melancholia porannych podlaskich i lubelskich krajobrazów. Andrzej kończy audycję w radio o piątej, a już godzinę później odbieramy go z Radkiem i kierujemy się na południową wylotówkę miasta. Znam te okolice dobrze, ale rzadko zdarza mi się przemierzać je o brzasku, kiedy spowite mgłą wydają się być nieruchome. Mgła robi się coraz bardziej gęsta i ciężka w miarę zbliżania się do Lublina. Wtedy po raz pierwszy dostaję lekkiego krwotoku z nosa. Będzie się to powtarzać codziennie.

Za Lublinem zaczyna się robić pagórkowato i galicyjsko. W Nisku, na miejskim rynku, umawiamy się z Bartkiem. Jest słonecznie, powietrze pachnie wiosną. Andrzej przesiada się do Bartka i już na dwa auta jedziemy w kierunku Rzeszowa, by tam zjeść jakiś obiad.

Rzeszowski rynek jest z roku na rok coraz piękniejszy. Rosnąca różnica cywilizacyjna pomiędzy tym miastem a Białymstokiem jest bardzo widoczna. Duże miasta w Polsce przypominają ostatnimi laty place budowy. Niestety, Białystok jest pod tym względem w dalekim ogonie. W Rzeszowie, żartując, przechodzimy przez rynek i wchodzimy do jednego z wielu lokali gastronomicznych. Zamawiamy dwie duże pizze, które okazują się naprawdę ogromne. Nasze żarty dotyczące techniki śpiewu wokalisty zespołu Feel nie znajdują uznania osób przy sąsiednich stolikach, w związku z czym opuszczamy pośpiesznie lokal.

Podróż mija bardzo miło, jest słonecznie i wiosennie. Mijamy galicyjskie wsie i miasteczka: Tyczyn i Dynów. Jednak dopiero po przejechaniu Sanoka czuje się, że to już Bieszczady. Krótki postój w Sanoku, gdzie szukamy ulubionego supermarketu Bartka. Ostatecznie zakupy robimy w kultowym Haliczu, w Ustrzykach Dolnych. Piękna, malownicza droga 896, łącząca Ustrzyki Dolne z Górnymi kręci się w prawo i lewo, idzie raz w górę, raz w dół. Zbliża się wieczór, ale po prawej stronie doskonale widać mroczny, ponury i smutny grzbiet Otrytu.

Do Dwernika dojeżdżamy o zmierzchu. Samochody parkujemy u pani Ciomborowej, która wita nas bardzo serdecznie. Niebawem przychodzi Piotr, który załatwia w Dwerniku sprawy związane z zakupem ziemi. Postanowili razem z dziewczyną zbudować dom nad Sanem i zamieszkać tam na stałe. W celu odpowiedniego „zakorzenienia” niezbędne jest opicie faktu nowego sąsiada z miejscowymi, stąd częste zejścia Piotra na dół.

Zmieniamy buty, zakładamy plecaki i ruszamy w górę. Z każdym krokiem czuje się coraz wyraźniej, że Otryt jest naszym „miejscem mocy”, że w tym miejscu jest coś ważnego, „innego”. Podejście jest błotniste, dopiero za drugą ławką zaczyna się śnieg. Trudy całodziennej podróży gdzieś ulatują, jest bardzo wesoło i entuzjastycznie. Zostaję nieco z tyłu, aby w skupieniu celebrować wchodzenie. Dopiero przy trzeciej ławce wyprzedzam grupę i do Chaty wchodzę jako pierwszy.

Na Górze są już studenci, rolę Gospodarza pełni pod nieobecność Piotra Jarek, co jest szczególnie miłe, bo oznacza, że uznaje się już nas za „zasłużonych” Otrytczyków. Zajmuję moje ulubione miejsce na górnej pryczy przy kominie. Oczywiście o spaniu nie może być mowy. Schodzimy na dół, skąd słychać już dźwięk gitary i podniesione głosy. Jest dobrze, jak zwykle. Okazuje się, że w Chacie są znajomi z ubiegłorocznego wyjazdu, przede wszystkim Paweł i Stasiek.

Pierwszego wieczora zmęczenie podróżą nie pozwoliło na zbyt długie biesiadowanie. Rano po raz pierwszy w tym roku widzę bieszczadzkie połoniny. Nie zastanawiając się zbyt długo, po umyciu się i małym śniadaniu, wyruszamy z Bartkiem i Radkiem na spacer do Lutowisk. Po drodze spieramy się o Fragmenty. Próbuję – może niepotrzebnie za wszelką cenę – godzić pokłócone towarzystwo. Na dole jak zwykle wieje. W tym sezonie „U Biesa i Czada” jest zamknięte. Idziemy więc do „Rysia”, na drugim krańcu Lutowisk, przy Ośrodku Informacji i Edukacji Turystycznej Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Cywilizacja: czysty kibel, telewizja, piwo z nalewaka…. Wracamy tuż przed zmierzchem.

3.

Drugiego wieczoru zaczynamy referaty. Pierwszy jest Jarek, który dowodzi konieczności religii, reprezentując coś w rodzaju „naturalizmu metafizycznego”. Religia jest ludzką potrzebą, która być może powinna znajdować się na jednym z najwyższych szczebli drabiny potrzeb Maslowa. Jarek próbuje pokazać, że religijność jest postawą obecną praktycznie we wszystkich przejawach ludzkiej aktywności. Moje pytanie o osoby, które w sposób zdecydowany odmawiają sobie tej „przyjemności”, nie otrzymuję satysfakcjonującej odpowiedzi. Mam wrażenie, że potrzeby religijne są w większości z nas zakorzenione o wiele mocniej w sferze kulturowej, niż w indywidualnych, osobistych doświadczeniach. Dlatego konkluzją tej dyskusji pozostaje bardzo kompromisowy wniosek, iż wierzący i niewierzący poruszają się w „niekompatybilnych” wobec siebie dyskursach i jakiekolwiek porozumienie nie jest możliwe. Zgadzam się z tym stanowiskiem pod warunkiem przyjęcia, że dyskurs wierzących powinien być oparty na milczeniu. Skoro bowiem i język i rozum nie są w stanie wyrazić precyzyjnie treści religijnych, to nie należy ich do tego celu używać. Niestety, pomimo nieustannych klęsk na tym polu, podejmowane są nieustanne próby mówienia o Bogu, a także – o zgrozo – dowodzenia jego istnienia. Przypomina to próby wyznawania miłości językiem logiki formalnej….

Drugi referat, wygłoszony przez Bartka Kuźniarza, dotyczył utopii, ale tak naprawdę obracał się wokół Popperowskiego dylematu: czy tworzyć i realizować projekty społeczne? Zdaniem Bartka, niepotrzebnie odrzuciliśmy utopie, kojarząc je z dwudziestowiecznymi totalitaryzmami. W rzeczywistości związku takiego nie da się – jego zdaniem – wykazać, a za faszyzmem i komunizmem stoi raczej wściekły kapitalizm, industrializacja i urbanizacja. Szlachetne, niewinne wizje Morusa, Rousseau i innych, nie mają z tym nic wspólnego. Klęska utopii polega dzisiaj – według Bartka – na nieufności, jaką darzymy odważne wizje zmiany społecznej.

Na referat Bartka patrzyłem z perspektywy obserwatora przemian i transformacji polskiej lewicy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Z takiej pozycji widać wyraźnie, że lewica jest najprościej w świecie obrażona na swój dawny elektorat za to, że zdradził ją z populistami i PiS-em. Izoluje się od świata, uciekając w świat filozofii, siatek pojęciowych i intelektualnych dysput. W ten sposób Marksowski postulat społecznego aktywizmu jest – świadomie lub nie – zanegowany przez tych, którzy sami siebie nazywają marksistami!

Pierwszy dzień i referaty Jarka oraz Bartka były więc wspaniałym oczyszczeniem przestrzeni pod program pozytywny. Porażka dyskursów religijnych, klęska metafizyki rozumianej jako gałąź filozofii, pochwała milczenia w sprawach niedyskursywnych. Niepowodzenie utopii i lewicowy foch na proletariat. To wnioski, z którymi należało się porządnie przespać.

4.

Zejście z Otrytu do Chmiela nie należy do uczęszczanych. Drugiego dnia postanowiłem samotnie zejść tą drogą, tym bardziej, że śniegu było naprawdę niewiele. Było słonecznie i ciepło. Szlak idzie wzdłuż dawnych pól uprawnych osady bojkowskiej, która mieściła się w miejscu, gdzie teraz jest Chata. To zejście jest kontynuacją ścieżki rozpoczynającej się w Dwerniku, mijam więc dwie ławeczki i dochodzę do dużej polany, ze starym, pamiętającym jeszcze lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku, zepsutym samochodem. Na polanie leżą wielkie kłody drzew. Pilnuje ich stróż w małym, niebieskim kontenerze. Po chwili pojawiają się pierwsze zabudowania Chmiela. Idzie się żwirową drogą wzdłuż potoku, który miejscami, szczególnie przy spiętrzeniach, pozostawia piękne konstrukcje lodowe. Docieram do sklepu przy krzyżówce, skąd skręcam w lewo, w kierunku Dwernika.

Idę jeszcze kawałek podziurawionym asfaltem i wtedy, nagle, przychodzi chwila niesamowitej euforii, jakieś przedziwne nagromadzenie i kumulacja energii. Słońce, wiatr, w dole szum Sanu i miarowy rytm butów uderzających o asfalt.

Dochodzę do Dwernika, gdzie w przydrożnym sklepiku spotykam Jarka, pijącego jakieś uwielbiane przez niego śląskie piwo w towarzystwie właściciela sklepu. Łapię szkolny autobus i – jako jedyny pasażer – dojeżdżam do Lutowisk. „Ryś” jest zamknięty, więc – zgodnie z corocznym rytuałem – zaglądam do obskurnego baru w pobliżu szkoły. Lokal znajduje się w podpiwniczeniu, do którego wchodzi się bocznymi drzwiami. Wewnątrz bardzo śmierdzi, bar znajduje się za kratami, a obsługę trzeba wzywać korzystając z urządzenia podobnego do domofonu. Piję piwo i nadaję smsy wyrażające tę otrycką euforię.

Wracam ulubioną trasą obok opuszczonego cmentarza, potem wyłożoną betonowymi klockami „filmówkę”. Na ławeczce za stokówką siadam na moment, delektując się drzewami i ciszą.

5.

Wszystkie referaty były świetne i dostarczyły obfitego materiału do sformułowania konstruktywnej wizji aktualnej rzeczywistości. Zapadło w pamięć wystąpienie Adriana – skrupulatnego obserwatora świata polskiej polityki z perspektywy rzeczywistości internetowej. Okazuje się, że w sytuacji „ujarzmienia” tych wszystkich dyskursów, które idą pod prąd mainstreamowi, internet jest jedynym miejscem, gdzie możliwa jest pluralistyczna, zróżnicowana, inspirująca debata polityczna. Oczywiście, internet jest sam w sobie bardzo różny. Mamy przecież i blogi tworzone przez polityków, a właściwie ich sztaby wyborcze, jak i serwisy realizujące najbardziej podstawowe postulaty obywatelskości, takie jak na przykład Salon24 Igora Janke. Internet tworzy najbardziej klarowne warunki realizacji dwóch głównych postulatów demokracji: powszechności i równości. Tworzy też niesłychanie klarowne sytuacje wymiany myśli, wyrażania postulatów i realizacji projektów. Oczywiście również uzależnia, ale być może właśnie ze względu na swoją atrakcyjność…

Ela przygotowała referat o nastoletnich prostytutkach w wielkich centrach handlowych. Ciekawie i głęboko opisany proceder sprowokował żywą dyskusję. W uczestnikach rozmowy widoczne było rozdarcie pomiędzy moralną niezgodą na to, o czym mówiła Ela, a trudnością w wyrażeniu, co w postępowaniu „szlaufów” (bo tak się te dziewczęta zwykło pogardliwie nazywać) jest takiego nagannego. Fenomenologiczno-ekonomiczne spojrzenie daje czysty i piękny obraz wymiany, z której obie strony czerpią korzyści. W dostrzeżeniu tego faktu przeszkadza nam siatka pojęciowa, w której nas wychowano. Jeśli ją odrzucić, na pozór skomplikowane rzeczy stają się niesamowicie zrozumiałe.

Ważny dla całego wyjazdu był również referat Andrzeja o postmodernizmie. W tym przypadku również starałem się zwrócić uwagę nie tyle na to, czym jest ten cały postmodernizm i czy żyjemy rzeczywiście w „postnowoczesności”. O wiele ciekawsze jest, co te pojęcia i związana z nimi ideologia robią z nami samymi, w jaki sposób determinują nasz sposób myślenia i działania. Postmodernistyczna globalna dekonstrukcja wszystkiego i atomizacja wartości jest – moim zdaniem – wyrazem naszych lęków o przyszłość, nie pełni natomiast roli „tłumacza” czy też „interpretatora” rzeczywistości jako takiej. Nie możemy powiedzieć na pewno, czy nasz świat jest światem ponowoczesnym, ale możemy się zastanowić, dlaczego nakładamy na rzeczywistość taką, a nie inną teorię. Świat idzie w kierunku dokładnie odwrotnym od tego, jaki zwiastują postmoderniści. Rzeczywistość się ujednolica. Demokracja, kapitalizm i sekularyzacja są wartościami, które zdobywają kolejne, do tej pory niedostępne, przyczółki i lądy. Być może popularność postmodernistycznych wizji światów zrelatywizowanych do granic możliwości to tak naprawdę modlitwa o powrót do rzeczywistości, w której istnieją granice, a nie diagnoza świata w którym granice „panują”?

6.

Kolejne dni mijały w zgodzie z rytuałem wszczepionym nam kiedyś przez Doktora: codzienne wędrówki, a po południu referaty ciągnące się do późnej nocy. Rytuał ten nie był przez nikogo narzucony, a nowi uczestnicy przyjęli go bez oporów. Nie wszyscy, co prawda, przygotowali referaty przed wyjazdem. Moja decyzja o tym, aby w możliwie jak najskuteczniejszy sposób „wymóc” na uczestnikach przygotowanie referatu, okazała się trafiona i zrekompensowała niesnaski i żal wielu osób. Ilość uczestników była optymalna, przedkładanie dyskusji nad inne rozrywki sprawiło, że nad Chatą unosił się wieczorami bardzo „kliszkowy” duch, co przyznał nawet zazwyczaj sceptyczny w takich sprawach Radek P.

Nie sposób nie wspomnieć o innych mieszkańcach Chaty, przebywających w tym czasie na Otrycie. O milczącej, wiecznie uśmiechniętej Justynie z Warszawy, która dopiero po powrocie ujawniła – za pośrednictwem Internetu – swoją towarzyską naturę. O świetnym Staszku, miłośniku kolei, który połowę Warsztatów przedyskutował i prześpiewał, by drugą – przespać… Nie sposób również nie wspomnieć o chłopakach z Milanówka pod Warszawą: Mateuszu i Jakubie, którzy reprezentowali dwa skrajnie przeciwstawne typy charakterów, jednocześnie świetnie się ze sobą dogadując i czując w swoim towarzystwie.

7.

Właśnie z nimi postanowiliśmy zbudować indiański szałas potu (sweat lodge) na jednej z okolicznych polan. Jedno ze słonecznych przedpołudni poświęciliśmy na budowę konstrukcji. Trochę trwało, zanim udało się odnaleźć odpowiednio długie i elastyczne gałęzie. Śniegu było niewiele, więc poszukiwania kamieni nie nastręczyły kłopotów, choć obawialiśmy się, że ten typ piaskowca będzie się kruszył pod wpływem temperatury. Okazało się, że upatrywaliśmy zagrożeń nie tam, gdzie powinniśmy.

Rozpalanie ogniska rozpoczęliśmy już po północy. Drewno było wilgotne i nie miało zbyt dużej ochoty się palić. W końcu udało się rozniecić całkiem spory ogień, jednak kamienie potrzebują dużo czasu, aby się porządnie rozgrzać. Czekaliśmy więc długo. Jeszcze przed zmrokiem zabraliśmy z Chaty około dziesięciu grubych koców, którymi przykryliśmy konstrukcję, czekającą teraz na przybycie rozżarzonych kamieni.

Dopiero około 2 w nocy doszliśmy do wniosku, że pora zaczynać. Rolę strażnika ognia przyjął Andrzej. Niestety, szałas okazał się nieszczelny, głównie ze względu na źle skonstruowane wejście. Było zbyt duże i niesprawnie się zamykało, przez co przy każdym otwarciu dochodziło do przewietrzenia wnętrza szałasu. Zrobiło się nieco cieplej, gdy polewaliśmy kamienie wodą, ale ogólny rezultat przedsięwzięcia był negatywny.

8.

Na ostatni dzień Warsztatów zaplanowano między innymi moje wystąpienie. Postanowiłem sobie – być może nieskromnie – na krótkie podsumowanie tego, czego się dowiedziałem w ciągu tych dni i co się z tego w mojej głowie urodziło.

Październik 2007 roku i wybory, których dokonali wtedy Polacy, były ze wszech miar przełomowe. Dokonano ostatecznego zakończenia ery polityki w tradycyjnym sensie tego słowa. Zgadzam się z Sierakowskim przekonującym, że zmiany zachodzące w Polsce nie są echem tego, co nastąpiło już jakiś czas temu na Zachodzie. Uważam, że veto PiS-owskiej rewolucji było symbolem końca tradycyjnej polityki w Europie. Zwyciężyła polityka bezideologiczna, wizerunkowa. Zwyciężyły liberalna demokracja i osłonowy kapitalizm.

Wbrew pozorom, nie jest to wcale sytuacja groźna. Uważam, że odrzucenie socjalizmu, strach przed rewolucją, jest ostatecznym krachem ideologii oferujących pozorną wolność. Przykład utopii jest tutaj znamienny: nieufność wobec projektów inżynierii społecznej wynika z przykrego doświadczenia XX wieku, które jest wciąż żywe, nawet u pokolenia urodzonego pod koniec lat 80-tych.

Kapitalizm i liberalna demokracja cechują się – z jednej strony realizmem, co odróżnia je od projektów lewicowych – z drugiej zaś strony – największą z wymyślonych przez człowieka możliwością realizacji celów, dążeń, marzeń. Dyskutowanie o „istocie” wolności i inne tego typu esencjalistyczno-metafizyczne mrzonki nie wytrzymują w konfrontacji z realnym doświadczeniem życia w demokratyczno-kapitalistycznym świecie, gdzie o wolności się nie dyskutuję, tylko z niej korzysta. Pieniądz jest najdoskonalszym z wymyślonych wynalazkiem umożliwiającym realizację ludzkich celów w społeczeństwie. Zamiast się go bać należy nauczyć się go używać. Wówczas relacje międzyludzkie się wyklarują, uwalniając się od mętności resentymentów, metafizyk, czarnych czap itd…

9.

Wstaliśmy dosyć wcześnie. Przed wyjściem, zgodnie z wolą Andrzeja, usiedliśmy na ganku Chaty. Jak nakazuje wielowiekowa ruska tradycja przygotowań do podróży, pomilczeliśmy kilka chwil, westchnęliśmy „ech”, po czym ruszyliśmy w dół.

Białystok, luty-marzec 2008.

[Zdjęcia zostały wykonane przez Patrycję Sokołowską. Serdecznie dziękuję za zgodę na wykorzystanie]

[Powyższy tekst w formacie pdf]

Czekając na Otryt

To jeszcze niecałe dwa tygodnie i w końcu nastąpi oczekiwana ucieczka spod Wielkiej Czarnej Czapy. Kolejna wycieczka do Chaty Socjologa na Górnym Otrycie. Znowu krzyżówka w Dwerniku, błotnista polana przy szosie, mozolne wspinanie się, coraz wyżej, do góry. Coraz większa ekscytacja i niecierpliwe oczekiwanie Góry.

Doszedłem do wniosku, że największą uciążliwością związaną z wyjazdem, która pojawiła się po skończeniu studiów, to wyczerpujące podróże pociągiem. Piętnaście godzin męki, na którą nie mam już ochoty. Pojadę więc najprawdopodobniej samochodem, a wracając postaram się zajrzeć do Lwowa. Nie wiem, jak będzie. Na pewno inaczej.