Mur

Nieopodal mogiły pierwszej z trzech żon mojego pradziadka, stoi mur oddzielający cmentarz katolików od cmentarza żydów. Ten białostocki kirkut jest jednym z najlepiej zachowanych żydowskich cmentarzy w Polsce. Można wspiąć się na jeden z konarów wyciętych drzew albo na hałdę rzuconych pod ten mur śmieci i popatrzeć sobie na to fatalne miejsce.

Odwiedzając po raz trzeci tej jesieni groby moich pradziadów, cioć, sąsiadów i idoli białostockiej popkultury, nie spotkałem absolutnie nikogo. Nikogo też nie było po drugiej stronie muru, gdzie setki żydowskich macew otoczone są solidnym murem i bramką zamykaną na klucz. Choć na moim cmentarzu nie było nikogo, tam było tego niczego jeszcze mniej.

Niemcy rozwalili nasze miasta i powybijali całe polskie rodziny, ale jeszcze większą szkodę dla narodu polskiego uczynili tym, że powybijali naszych żydowskich sąsiadów. Zostaliśmy sami. Zostaliśmy narodem pozbawionym swojego naturalnego partnera i oponenta. Niemcy pozbawili nas różnorodności. Pozabijali naszych codziennych przeciwników, wzajemnych obiektów żartów, dokazywań, czasami kłótni, a nawet otwartych konfliktów.

To dlatego dzisiaj Polacy nie potrafią się mądrze kłócić – nie mają Żydów. Polskie kłótnie to chocholi taniec, to parodia dyskusji, to żart z debatowania. Żydzi – ci bardziej od nas obrotni, bardziej inteligentni, bardziej dowcipni – stanowili dla nas wyzwanie, a człowiek bez wyzwań porusza się do przodu tak skutecznie, jak człowiek na bieżni w fitness klubie.

Ci niektórzy mieszkańcy Tykocina albo Jedwabnego, którzy patrząc na wyprowadzanych przez hitlerowców z miasta sąsiadów, zapewne się cieszyli uwolnioną powierzchnią mieszkalną, umorzeniem kredytów i zakupów na kreskę. Nie zdawali sobie sprawy, że brak tego odwiecznego sąsiada, za kilkadziesiąt lat odbije się Polsce cuchnącą, głęboką, wydobytą z głębi trzewi, obrzydliwą czkawką.

Tatuażysta z Auschwitz banalizuje cierpienie

Tatuażysta Auschwitz przez dziesięciolecia skrywał mroczną ...

Czy można napisać Harlequina którego akcja się w obozie koncentracyjnym? Wszystko można, ale to akurat wyjdzie zawsze bardzo słabo. Będzie to jak opowiadanie przedszkolakom o Józefie Fritzlu. Książka „Tatuażysta z Auschwitz” jest pierwszą od czasów liceum książką o holokauście, którą przeczytałem. Mierziło mnie bardzo to, że dzieciakom w szkole każe się czytać tyle lektur o wojnie, która już w moich czasach licealnych była czymś kompletnie abstrakcyjnym.

„Tatuażysta” jest tkliwą i naiwną opowieścią zmierzoną na współczesnego czytelnika. Takiego, co o wojnie wie niewiele i tak naprawdę niewiele chce wiedzieć. Od jakiejś tam choćby ułamkowej prawdy woli tkliwą opowiastkę o kochankach, którzy tylko dla celów politycznej poprawności prowadzą swój romans za w zasadzie tylko ilustracyjnymi płotami obozu koncentracyjnego.

Szkoda, że jest tak wiele osób gotowych na przykre poddawanie się masakrycznemu kiczowi tej książki. Od wielu miesięcy książka jest wśród najlepiej sprzedających się w Empiku. Strach pomyśleć, że część z jej czytelników uwierzy w to, że obóz koncentracyjny wygląda w tak hollywoodzkim stylu i że dzieją się tam rzeczy, których nie powstydziłaby się niejedna opera mydlana.

Skutki tego typu pisania, pisania – dodajmy – ułomnego również stylistycznie, mogą być opłakane. Hanna Arendt użyła kiedyś sformułowania „banalność zła” na określenie źródeł totalitaryzmów w braku myślenia, naiwności, czy zwykłej głupocie wykonawców zbrodniczych ideologii. W tej książce mamy piewców ideologii holokaustu, wykazujących te same cechy, co ludzie, którzy mordowali miliony ludzi. Dlatego jest ona nie tylko bezdennie głupia, ale i groźna.

Dariusz Kaliński „Czerwona zaraza”

czerwonazaraza.jpg

Okoliczności przemarszu Armii Czerwonej przez Rzeczpospolitą w 1944 i 1945 roku w marszu na Berlin, nazywanego przez dziesiątki lat „wyzwoleniem spod niemieckiej okupacji” to temat fascynujący. Nie tylko z perspektywy ustalania faktów historycznych, ale również z perspektywy szczególnie trudnej sytuacji społecznej i psychologicznej, w jakiej znaleźli się mieszkańcy Polski podczas wycofywania się z ich miast, miasteczek i wsi przez Niemców i wkraczania na ich miejsce władzy sowieckiej.

Wycieńczeni czterema latami niemieckiej okupacji mieszkańcy ziem polskich w zasadzie wyczekiwali Sowietów jak zbawienia. Prawdopodobnie jednak wielu z nich zdawało sobie sprawę, że na narodowosocjalistycznych barbarzyńców przybyłych z Zachodu nacierają komunistyczni barbarzyńcy ze Wschodu. Co jest lepsze – dżuma czy cholera?

Początkowy entuzjazm, rzucanie pod nogi maszerujących na pierwszej linii frontu oddziałów Armii Czerwonej kwiatów, polskie dziewczęta obcałowujące krasnoarmistów, polscy chłopcy częstujący sołdatów o mongolskich rysach bimbrem i jedzeniem, a nawet partyzanckie oddziały AK wspierające sowietów w poganianiu wroga uciekającego na wschód. Wszystko to miało miejsce, jednak nie trwało to długo.

Chwilę po przejściu linii frontu, na wyzwalanych terenach Sowieci instalowali nową władzę, której legitymizacją była pepesza funkcjonariusza NKWD. I o tym opowiada głównie książka Dariusza Kalińskiego. Jest to w zasadzie zbiór dosyć nieuporządkowanych relacji z występków, ekscesów, grabieży i zbrodni, jakich dopuszczali się nowi okupanci na Polakach. Grabienie majątków, gwałty, wymuszenia, anegdotyczne już kradzieże zegarków przez krasnoarmiejców, ale również incydenty mniej oczywiste. Na przykład mianowanie lokalnymi zarządcami na tzw. Ziemiach Odzyskanych pozostałych na tych terenach Niemców i często lepsze ich traktowanie, niż Polaków. Wywożenie nie tylko z terenów poniemieckich, ale także z Mazowsza, Śląska, Małopolski czy Podlasia całych fabryk, majątków, surowców, środków transportu, maszyn rolniczych.

Szkoda, że książka nie wykracza poza bardzo solidną i okupioną na pewno ogromem pracy – kronikę minionych wydarzeń. Fakty porażają swoim konkretem, bo odwołują się do konkretnych miejscowości, osób i dokładnych dat. Brakuje w niej jednak po pierwsze, jakiegoś całościowego spięcia tych wydarzeń w klamrę i refleksji, jaki wpływ miały one na powojenną historię Polski. Brakuje mi również choćby próby analizy społecznej przemiany, która musiała nastąpić w głowach Polaków. W ciągu kilku dni, tygodni, wyzwoliciel od barbarzyńskiego okupanta stał się nowym okupantem – nierzadko jeszcze bardziej okrutnym i nieludzkim. Jak bardzo uciemiężony musiał być ten naród, skoro czekał na „czerwoną zarazę” z nadzieją i w jaki sposób odebrał jej przyjęcie? Czy może właśnie to przejście „z deszczu pod rynnę”, a właściwiej mówiąc „z dżumy w cholerę” nie złamało ostatecznie polskiego kręgosłupa i nie sprawiło, że w rozpaczliwej nadziei na względny spokój, gotowi byliśmy poddać się sowieckiej okupacji pod pozorem „niezależnego” socjalistycznego państwa wspieranego przez bratni naród radziecki?  

Upał sprzyja agresji i wojnom

Zmiany klimatu, ale także okresowe zmiany temperatur, mogą mieć zaskakujące skutki, również na społeczeństwo. Naukowcy z Uniwersytetów Princeton i Berkeley piszą w Science, że nawet niewielkie wahania temperatury i opadów w dużym stopniu wpływają na ryzyko agresji międzyludzkiej i na porządek społeczny. Ostrzegają, że spodziewany do 2050 roku wzrost średnich temperatur o 2 stopnie Celsjusza może być jedną z przyczyn narastania konfliktów społecznych, a na pewno zwiększenia ich ryzyka.

Badacze przeanalizowali 60 opracowań pochodzących z wielu dziedzin – od archeologii, przez kryminologię, ekonomię i psychologię – dotyczących związku między pogodą a przemocą w różnych częściach świata od około 100 wieków przed Chrystusem do dzisiaj. Na podstawie tych danych oszacowali, że ryzyko niepokojów społecznych i aktów zbiorowej agresji rośnie wraz ze wzrostem temperatury i opadów.

Klimat nie jest oczywiście jedyną lub główną przyczyną większości konfliktów. Niewątpliwie przyczynia się on jednak do wzmocnienia istniejących napięć społecznych lub interpersonalnych, niezależnie od stanu bogactwa czy stabilności politycznej. Wystarczy, by temperatura zwiększyła się o 1 stopień Celsjusza od średniej mierzonej w danym okresie, aby zwiększyć ryzyko niepokojów społecznych, zamieszek, wojny domowej, konfliktu etnicznego, aż o 14 procent! Podobnie jest ze zmianą wysokości opadów. Analogicznie, zaledwie jednostopniowy wzrost temperatury zwiększa ryzyko gwałtu, morderstwa lub napaści o 4 procent. Tymczasem do 2050 roku spodziewamy się wzrostu średniej temperatury na świecie o przynajmniej 2 stopnie Celsjusza,

Wyniki naukowców z Pronceton i Kaliforni wydają się być wiarygodne. Zebrano bardzo dużą ilość danych i przeanalizowano je w zestandaryzowany sposób, dlatego związek między klimatem a konfliktami i agresją nie ulega wątpliwości. Pozostaje odpowiedź na pytanie – co przyznają sami badacze – w jaki sposób przygotować się do nadchodzących zmian i zmniejszyć ryzyko potencjalnych konfliktów.

W artykule przeanalizowano trzy typy konfliktów: “przemoc osobistą”, do której zaliczono morderstwa, napady, gwałty i pobicia; “przemoc międzygrupową i niestabilność polityczną”, czyli niepokoje wewnątrzpaństwowe, zamieszki, przemoc międzyetniczą; a także “załamania instytucjonalne”, czyli nagłe, gwałtowne i przełomowe zmiany w instytucjach rządowych, a także – w skrajnych przypadkach – załamania całych cywilizacji.

Ekstremalne warunki pogodowe zwiększają przemoc we wszystkich z trzech wymienionych powyżej typów konflikówe, niezależnie od położenia geograficznego, zasobności czy momentu historycznego. Współistnienie zachwiań pogodowych z niepokojami wewnętrznymi można odnaleźć w Indiach i Australii, ze zwiększoną liczbą napadów w Stanach Zjednoczonych i Tanzanii, z kryzysami etnicznymi w Europie i Azji Wschodniej, z zamieszkami w Holandii, z upadkiem starożytnych cywilizacji, z wojnami i przemieszczeniami mas ludzkich w średniowiecznej Europie.

Okazuje się wręcz, że przekonanie o tym, że nowoczesne społeczeństwa uniezależniły się od warunków pogodowych to fikcja, Klimat zdaje się być krytycznym czynnikiem utrzymania lub załamania pokoju na świecie.w społeczeństwach agrarnych zmiany klimatyczne mogły mieć duży wpływ na ekonomię, co z kolei wpływało na stabilność społeczną. Okazuje się jednak, że agresję wzbudza już sam upał lub wilgoć. Badania przeprowadzone w stablinych ekonomicznie i dostatnich społeczeństwach wykazały, że sama temperatura może wzbudzać interpresonalną wrogość lub agresję. Na przykład, badanie z 1994 roku, przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych pokazało, że skłonność policjantów do użycia broni wzrastała znacznie w zależności od temperatury pomieszczenia, w jakim się znajdowali.

Badanie „Quantifying the influence of climate on human conflict,” zostało opublikowane w Science Aug. 1.

Niech żyje wojna!

 

Filozoficzne rozważania o stanie „porządku naturalnego” Jeana Jacoba Rousseau legły u podstaw wielu współczesnych systemów ideologicznych i politycznej. Figura „szlachetnego dzikusa” do dziś towarzyszy wielu rozważaniom i dyskusjom, będąc traktowaną za jedną z wielu potencjalnie adekwatnie opisujących stan porządku naturalnego.
W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie od tego, co pisał Rousseadu. To nie dobry człowiek został uwięziony w złym świecie, ale to właśnie człowiek jako gatunek okazał się najbardziej krwiożerczym ze zwierząt. Wiemy już z dużą pewnością, że gatunki hominidów żyjące obok człowieka (Paranthropus) zostały przez tego ostatniego po prostu eksterminowane w sposób brutalny i prawdopodobnie nie mają precedensu w dziejach przyrody.
Proces „dziczenia” ludzkich obyczajów i wzrost agresywności między ludzkiej, opisywany przez Rousseau, również nie znajduje potwierdzenia w faktach. Nawet biorąc pod uwagę akropność wojn światowych, to jeśli liczyć proporcję zgładzonych ludzi przez innych ludzi do ogółu populacji, wcześniejsze wojny były o wiele bardziej krwawe.
Pisze o tym dużo i ciekawie  David Livingstone Smith w książce „Najbardziej niebezpieczne ze zwierząt”. Tutaj jednak chciałbym przypomnieć o funkcjonalnej koncepcji wojny, która pojawia się u Lewisa A. Cosera w klasycznej pracy „Funkcje konfliktu społecznego”. Próbując doszukiwać się odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie prowadzą wojny, wskazuje ona na dwa rodzaje mechanizmów integrujących.
Pierwszy polega na tym, że w sytuacji konfliktu z grupami zewnętrznymi, wzrasta porządek organizacyjny, dyscyplina, autokontrola grupy. Staje się ona – słowem – bardziej spójna i odporna na zewnętrzne czynniki destrukcyjne. Pojawia się zracjonalizowany system pracy i wspólny system wartości społecznych.
Druga funkcja konfliktu wojennego, o której pisze Coser, związana jest z porządkiem interakcyjnym. Wojna to nasilone interakcje między członkami zwaśnionych lub połączonych w koalicji grup społecznych. Pozwala to wytwarzać nowe normy bum wskrzeszać stare. Słowem, wojna pobudza życie społeczne i w tym sensie jest prawdopodobnie immanentnym i uniwersalnym elementem życia społecznego.