Przełęcz

Przełęcz Dukielska to jeden z najniżej położonych szlaków przecinających linię Karpat. Wygodna droga do przekraczania granicy, dokładnie pół kilometra nad poziomem morza. Od północy bohaterka Stasiukowego poematu o słońcu – miasteczko Dukla z kuriozalnie wielkim ratuszem na wyludnionym rynku. Od północy – Vyšný Komárnik – smutna wieś ze zwróconymi na zachód lufami sowieckich czołgów na betonowych cokołach.

Granicę określa najbardziej światło. Układa ono relacje sąsiedzkie i międzypaństwowe, wyznacza upodobania kulinarne, daje kolor roślinom i dostacza aromatu mięsu. Po obu stronach Karpat wszystko jest inne, a odpowiada za to świało.

Jedziemy na Południe. Dziewiętnastką przez Lubelszczyznę i Podkarpacie. Lipcowa zieleń jest ciężka, mokra i intensywnie ciemna. Jest upalny, letni dzień. Na polach pracują, przy sklepach w takich miejscach, jak Ryboły, Anryjanki, Sokołów Małopolski albo Kock, wszystko wygląda tak samo. Opaleni na brąz, ogorzali, rozebrani do pasa nieogoleni mężczyźni piją piwo kucając przy bielonych ścianach sklepów spożywczych. Tysiące przejeżdżających każdego dnia aut witają spojrzeniem nie zdradzającym ani sympatii, ani gniewu. Chyba jest za gorąco na skrajne emocje.

Nocą przekraczamy umowną granicę. Świt wita nas gdzieś na granicy słowacko-węgierskiej. To nie jest już żadna granica. Po obu stronach łagodne wzgórza Tokaju. Słowackiego, węgierskiego, to bez znaczenia.

Przekroczyliśmy Karpaty. Przejechaliśmy przełęcz. Wystarczyło, aby zmieniło się wszystko. Wszystko, a tak na prawdę jedno. Słońce, które osuszyło ciężką zieleń i dodało jej żółci, fioletów i brązów. Wzdłuż mijanych ulic, wieśniacy piją czerwone wino z grubych szklanek i nie zajmuje ich przesuwający się za plecami sznur samochodów. Interesuje ich rozmowa, błahość, lekkość.

Sprawy, za które my oddawaliśmy życie, dla nich są błahostką. Zabiliby jednak za rzeczy, które są dla nas nieważne. Wszystko tu jest inne. Świeci słońce.

Winorosla Tokaju.

Langosze, halászlé i węgierski Tokaj

Po przekroczeniu linii Karpat zawsze czuję się lepiej, niż w jakimkolwiek miejscu na Ziemi. Przekraczam Przełęcz Dukielską, by prawie natychmiast doświadczać innych, nowych, kolorów i zapachów. Linia Karpat to najważniejsza granica Europy, granica oddzielająca ciężką kulturę Północy od lekkiego Południa.

Jadę znowu na Węgry, jadę na przekór temu, że ten kraj najbardziej spośród państw tej części Europy, dotknęła zachodnioeuropejska nuda, czystość i zradykalizowana dogranic absurdu przewidywalność.

Drogi są płaskie i równe jak dupa niemowlaka, domy zadbane, a ludzie ubrani dostatnio. Cepeeny tak kolorowe i wrzaskliwe, jak w Niemczech. Niektóre kawałki węgierskiej kultury pozostaną już tam na zawsze takie same.

Słowacki Tokaj i Tokaj węgierski, przedzielone umowną granicą państwową, produkują jedyne w swoim rodzaju słodkie wino na świecie. Późno zbierane owoce winorośli mogą już czasami lekko fermentować na krzewach, stąd między innymi bierze się niepowtarzalny słodko-gorzkawy posmak tego wina. Przywiozłem z któregoś wyjazdu na Węgry kilka butelek czteroputunowego Tokaja imotwierałem butelkę tylko dla przyjaciół i tylko w wyjątkowych okolicznościach.

W miasteczku Eger, położonym u stóp Gór Bukowych, znajduje się znany na cały świat kompleks otwartych basenów leczniczych, do których woda płynie głęboko, z wnętrza ziemi. Nie lubię zgiełku, przetłoczenia, hałasu i starych, brzydkich ludzi poprzebieranych w stroje kąpielowe, gotujących swoje pomarszczone ciała w czterdziestostopniowej wodzie śmierdzącej zgniłym jajkiem. Dlatego wieczorami, z butelką wina, na pełnym legalu, jeżdżę do okolicznego Egeroszalok, gdzie obok nowozbudowanego spa-molochu stoją jeszcze trzy tradycyjne baseny zbudowane z niebiesko-białej kostki ceramicznej. To właśnie tam spróbowałem po raz pierwszy langosza. To typowo węgierski placek średnicy talerza, smażony na głębokm tłuszczu, a następnie posypany żółtym serem. Smak, z którym zawsze będą mi się kojarzyć Węgry.

Trop trzeci: węgierska zupa rybna, przyrządzana – co oczywiste – z ryb słodkowodnych, a najlepiej z karpia, bo jest to zwierzak na tyle zawzięty i inteligentny, że nie tylko trudno jest go złapać, co nawet po śmierci, nie poddaje się łatwo gotowaniu i długo żachowuje fizyczną integralność. Z tego karpia przyrządzana jest halászlé, zupa rybaka, w której poza całymi kawałkami ryby muszą się koniecznie znaleźć cebula i papryka (słodka świeża i ostra zmielona). Pozostałymi składnikami można w zasadzie dowolnie manipulować, na tym przecież polega cud gotowania.
Kiedy już wrócę do domu i będę mógł się w miarę sprawnie poruszać, w sklepie z winami kupię butelkę dobrego Tokaja, a w centrali rybnej zdrowego, pięknego karpia o błyszczącej skórze. Zaproszę przyjaciół, którym obiecałem ostrą zupę rybną, a halászlé doskonale spełnia te warunki. A po zupie będą langosze i kieliszego złocistego, oleistego wina z Węgier.

Rymkiewicz, Varga, Kuroń

W weekendowej „Wyborczej” trzy teksty godne zestawienia. Pierwszy to mini-felieton Waldemara Kumóra o dyskusji toczącej się od dwóch tygodni na łamach Newsweeka. Rozpoczął ją poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, stwierdzając w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem, iż:

„S” to była wielka rzecz. Ale dla naszego samoczpoczucia może byłoby lepiej, gdyby w stanie wojennym ówczesne podziemie miało też bardziej radykalne skrzydło. Gdyby rzucono parę bomb, spalono komitet. Pewnie byłyby potem wyroki śmierci, nawet szubienice na stokach cytadeli. Ale przecież nasze narodowe szubienice to nie znaki hańby, lecz pomniki chwały.

Na te odważne słowa Rymkiewicza tydzień później odpowiada Krzysztof Siemieński – drukarz podziemnej NOW. Kiedy studiował filozofię na UJ, wspólnie z kolegami wpadli na pomysł „likwidacji” Wojciecha Jaruzelskiego. Projekt był na zaawansowanym etapie realizacji. Na szczęście znalazł się ktoś, kto przekonał narwanych studentów, że – po pierwsze – oznacza to wyrok śmierci, nawet w przypadku niepowodzenia, a – po drugie – władze właśnie na takich szaleńców oczekują. Pomysły Rymkiewicza Siemieński kwituje następująco:

…w Polsce nigdy nie brakowało narwanych idiotów, którym sam byłem.

Kilka stron dalej, Marek Radziwon prezentuje zgłoszoną do nagrody Nike książkę Krzysztofa Vargi „Gulasz z turula”. Ta gorzka i ironiczna książka napisana przez Vargę, zakochanego w Węgrzech, okazuje się w takim samym stopniu książką o Polakach.

Opowieść o kompleksach małego kraju, o imperialnych pretensjach, które obracają się w groteskę, o hurrapatriotycznych pretensjach, o pamięci krwawych klęsk, które urastają do rangi najwspanialszych symboli narodowej historii, to także – jak w lustrze – opowieść o Polsce i naszych wysokich, a czasem po prostu śmiesznych wyobrażeniach o sobie samych

Czytałem tę książkę Vargi i mogę potwierdzić spostrzeżenia Radziwona. Książka Vargi jest książką tak samo o Węgrzech, jak i o Polsce. Niedawna rocznica wyborów kontraktowych ’89 roku przez jednych obchodzona jest jako zwycięstwo, inni zaś z poobną fetą i gatunkową ciężkością traktują ten moment jako kolejną, po Powstaniu, Czerwcu’56, Grudniach’70 i ’81 „piękną porażkę”. Żal tylko – jak mówi Rymkiewicz – że Klęska’89 nie przyniosła krwi na ulicach i męczenników za wolność. Byłoby kogo czcić… A może za takich męczenników uznać uczestników spotkań w Magdalence, cierpiących na „syndrom dnia następnego„?

Trzecim ważnym tekstem w dzisiejszej GW jest wywiad-wspomnienie z Karolem Modzelewskim o zmarłym 5 lat temu Jacku Kuroniu. Moja sympatia do Kuronia nie wynikała nigdy ze wspólnoty poglądów czy wartości, ale z pewnej meta-postawy, którą miał wobec siebie i innych ludzi. Modzelewski pięknie opowiada o wewnętrznym konflikcie, jaki zachodził w Kuroniu, kiedy uczestniczył w rządzie Mazowieckiego jako minister pracy. Choć potem odstąpił od tego stanowiska, to mam wrażenie, że miał rację, mówiąc, iż aby zbudować socjaldemokrację, należy najpierw zbudować kapitalizm. Z tym stanowiskiem zgodziliby się zarówno liberałowie, jak i socjaliści. Pierwsi mieliby oczywiście wątpliwości, czy jest sens trwonić zgromadzone bogactwo, drudzy rzekliby – po co tworzyć bogactwo, skoro możemy zrobić deficyt budżetowy? W każdym razie, myśl ta świetnie wyraża to meta-nastawienie Kuronia: konsyliacyjne, otwarte i ugodowe. Uważam, że na początku lat 90. tacy ludzie byli Polsce bardzo potrzebni, nawet jeśli w rezultacie ponieśli porażkę.

Wracając zaś do nawoływań Rymkiewicza o potrzebie krwi, wydaje się, że nieco innego rodzaju ofiar potrzebuje to społeczeństwo. Od butelek z benzyną, palonych opon i ran ciętych, kłutych i postrzałowych, potrzeba nam jednej z trzech rzeczy, o kórych mówił kilkadziesiąt lat temu Churchill. Nie krwi nam potrzeba, ani łez – potrzeba nam natomiast dużo potu, toczonego ciężką, codzienną pracą. To jest zresztą ofiara, którą składają codziennie miliony ludzi w Polsce. Niektórzy wyśmiewają się pracujących od 8 do 20 pracowników korporacji, pojawiają się wręcz pomysły, aby zakazać zbyt długiej pracy nawet tym, którzy się na to dobrowolnie godzą. Jednak, jeśli popatrzeć bez uprzedzeń, to właśnie ci wszyscy pracownicy sklepów całodobowych, uczestnicy tzw. „wyścigu szczurów” z wielkich korporacji, studenci ślęczący nad książkami całe noce, wszyscy ci, dla których dzień zaczyna się o 6 a kończy o 2 nad ranem, oddają temu społeczeństwu największą ofiarę, czyli pracę.

Egerszalòk

Tego miejsca już pewnie nie ma. Nie ma go w takiej postaci, w jakiej zastaliśmy je we wrześniu 2005. Z głównej ulicy Egeru Koháry István ütca trzeba było skręcić w Szalòky üt, a potem piąć się w górę willową dzielnicą Szepasszonyvölgy, pełną wykutych w skale prywatnych mini-piwnic z winem sprzedawanym wprost do butelek po wodzie mineralnej, coca-coli i czym tam chcesz. W starych omszałych i chłodnych wnętrzach, nieogoleni, nieświeży mężczyźni gotowi byli sprzedać butelkę wina za kilka forintów. Najczęściej Egerskie Olaszerizlingi, słodkie Muskaty, niepowtarzalne Leanyky.

Potem jedzie się bardzo wąską, asfaltową drogą, która zakręcając czasami o sto osiemdziesiąt stopni, pozwala popatrzeć z góry na Jagier. Spalone słońcem, czerwone dachy, przypominają śródziemnomorskie miasta południowych Włoch, Słowenii, Chorwacji. W oddali Bükk hegység – Góry Bukowe, w dole średniowieczne miasto, a po obu stronach szosy uprawy winorośli aż po sam horyzont. Winnice są najdoskonalszym ogniwem łączącym kulturę europejską z przyrodą. Dlatego wyjeżdżając z historycznego miasta dobrze jest mieć wokół siebie winorośle, symbolizujące równowagę pomiędzy ludzkim dążeniem do czynienia sobie ziemi poddaną a umykającą przed wytyczoną sznurkiem geometryczną linią z planów środkowoeuropejskiego latyfundysty. Ale my jechaliśmy się wykąpać.

Więc jeszcze przed Egerszalòk, po lewej stronie szosy, znajduje się zjazd, w który trzeba skręcić. Nie pamiętam, być może te baseny znajdują się za miejscowością. Google Maps nie wyjaśnia tej wątpliwości na tyle dostatecznie, by zamiast miłego niedookreślenia pozostać z uciążliwą swoim zdeterminowaniem pewnością. Niech więc będzie, że jeszcze przed Egerszalòk zjeżdżamy z szosy na niewielki parking. W powietrzu unosi się zapach siarki i wapnia. U zbocza góry, w zbudowanym z jasnych wapieni, parującym gorącą wodą basenie, brodzi kilkadziesiąt osób. Wyglądają jak postaci ze spowolnionego dziewiętnastowiecznego filmu niemego. Niewiele do siebie mówią. Oparci o brzeg basenu mężczyźni patrzą na wlewającą się wartkim strumieniem gorącą wodę. Kobiety w zupełnie irracjonalnych, kupionych jeszcze w latach osiemdziesiątych kompletach kąpielowych, obserwują się nawzajem, obmywają sobie plecy, po cichu szepcą coś swoim mężczyznom. W powietrzu panuje atmosfera zadowolenia i satysfakcji.

W zaimprowizowanej przebieralni pozbywamy się ubrań i z butelką Olaszrizlinga i kieliszkami wchodzimy do śmierdzącej, parującej wody. Zapada zmierzch, więc pozostaje oświetlony, otoczony mgłą basen, róż rozgrzanych ciał zażywających kąpieli, szmer węgierskich fonemów i smak popijanego niespiesznie Rizlinga. Patrzymy na przechadzające się przed nami, zanurzone po szyję, ludzkie zjawy. Mężczyźni z wąsami posługujący się niezrozumiałym językiem przyglądają się nam z milczącą akceptacją. Upodobanie cudzoziemców do uprawianego przez nich wina jest faktem na tyle oczywistym i zrozumiałym, że nie warto strzępić sobie języka na zbędne komentarze.

Kiedy opuszki naszych palców zaczęły się marszczyć z przedawkowania wilgoci, a Olaszrizling niespodziewanie skończył, wysuszyliśmy nasze ciała ręcznikami w zaimprowizowanych przebieralniach na kaleczącym stopy żwirze. Wracając zatrzymaliśmy się na wzgórzu obrośniętym winoroślami. Zajadając winogrona obserwowaliśmy zachód słońca. Tego września jeździliśmy do Egerszalòk jeszcze kilka razy.