Całe moje dzieciństwo

SONY DSC

– A po co to robić zdjęcia tej bidzie, Radku? Stodoła, chlew, stary traktor, kurze gówno.

– Babciu, to wszystkie moje wakacje u Ciebie, całe moje dzieciństwo.

 

Reklamy

Errata do rzeczywistości, czyli siódma piosenka o jesieni

Suwalskie i mazurskie miasteczka są najciekawsze jesienią nie z powodu melancholijnych widoków jezior, ponad którymi ptactwo ucieka do ciepłych krajów, nie dlatego, że gęsto zacumowane jachty i łódki wyglądają malowniczo i można sobie na ich tle zrobić ładne zdjęcie, nie z powodu rozczulającego widoku staruszków spacerujących opustoszałymi alejkami wzdłuż brzegów porośniętych trzciną. W takich poniemieckich miastach jak Olecko, Ełk, Giżycko albo Mikołajki spotyka cię o tej porze roku wyjątkowa na skalę światową ludzka próżnia. Te miastecka są od października do maja jedną wielką nieprawdą. Żywe były Lötzen, Lyck, Marggrabowa i Nikolaiken, te niemieckie miasta były żywym organizmem, całością współistnienia ewangelików, mojżeszowców, katolików i ateistów. Dzisiaj te miejsca żyją turystami z Warszawy i Radomia, zarabiają na sprzedaży obrzydliwych kebabów i piwa w sześciopakach, które niestrudzeni żeglarze wciągają na pokłady wynajętych łódek. Te miasta sprzedają mąkę i jajko z dodatkiem śmierdzącej ryby, która z frytkami i porcją kiszonej kapusty kosztuje pięć dych, bo jest na wagę i nie wiadomo, ile zaważy. W tych miastach po sezonie czynne są tylko dyskonty, a po dwudziestej życie zupełnie umiera. Co roku czekam, aż ostatnie transporty przepełnionych pociągów z północy wrócą do swoich stolic, aby tradycyjnie oglądać, żywić się i bawić pustką tych miejsc.

Do Rowów 0,4 km

Nadmorskie kurorty najlepsze są po sezonie. Wtedy, gdy nie ma tam już prawie w ogóle turystów, pensjonaty i smażalnie są pozamykane na cztery spusty, a znad morza wieje jak diabli. Trzeba się będzie wybrać na Hel tego października albo listopada, marca albo kwietnia. Tymczasem, korzystając z najgorętszego w historii pomiarów temperatury lata, wyjeżdżamy tłumnie nad Morze Bałtyckie. Tłumnie – smażąc się, dusząc i gotując w niekończącym się, stukilometrowym korku od Elbląga do Wejherowa, kurzu robót drogowych i setek świateł Małego Trójmiasta. Rumi, Redy, Wejherowa – niekończących się suburbi jak z amerykańskiego filmu o przedmieściach.

Przed wyrzeźbionym w drewnie kierunkowskazem „Do Rowów 0,4 km” ktoś elokwentnie dopisał: „komuniści oraz żydzi”. Kogo jednak obchodzi polityka w tym trzydziestopięciostopniowym upale? W piasku, po którym idziemy na plażę, można by usmażyć jajecznicę. Niestrudzeni chłopcy targający na plecach z ogromne plecako-lodówki sprzedają zimne napoje, gotowaną kukurydzę i popcorn. Przebywanie na plaży odbywa się według rytmu: smażenie, płukanie, smażenie, płukanie itd.

Pomimo wszystko, letnie nadmorskie kurorty takie jak te Rowy mają w sobie sporo krótkotrwałego uroku. Wieczorem, kiedy jest trochę chłodniej, całe turnusy, już przezornie w swetrach, wychodzą jeszcze raz na plażę, aby fotografować zachód słońca. Niektórzy siadają na piasku z wędzonym łososiem, serem i butelką kadarki. Dzieciaki rzucają frisbee, bliżej wydm ktoś gra na gitarze, nieliczni zażywają ostatniej tego dnia kąpieli. Potem wszyscy się rozchodzą po dziesiątkach barów i restauracji. Rodzice próbują usypiać swoje dzieci w namiotach i przyczepach kempingowych, aby – chociaż to już po północy – wyskoczyć na jeszcze jednego ze znajomymi.

Pomimo zgiełku, nieuporządkowania i pstrokacizny dziesiątek bud z kebabami, lodami włoskimi i z automatu, parawanami, dmuchanymi kaczkami, wyrobami z bursztynu i tatuażami z henny, takie miejsca mają w sobie sporo krótkotrwałego uroku. Poddając się urlopowemu szaleństwu, odurzony jodem, z morskim piaskiem między palcami stóp i we wszystkich kieszeniach spodni oraz koszul, daję się obrabować na wadze dorsza w obfitej panierce, uśmiecham się stratowany przez barbarzyńców na rowerach po 2 zł za godzinę, pozwalam się wyprzedzać w kolejce po ziemniaczane czipsy na patyku, smakujące jak przeterminowany papier.

Poddębie

dscf0628Za każdym razem, gdy zbliża się wyjazd na Otryt, przywołuję wspomnienia drugiego ważnego „inicjacyjnie” miejsca. Przez prawie dziesięć lat, co roku, na prawie trzy wakacyjne miesiące, jeździliśmy z rodzicami do Poddębia koło Ustki.

Po raz pierwszy byliśmy tam około 1985 roku. Poddębie nazywało się wtedy jeszcze Poddębie. Dopiero kika lat później jakiś szalony językoznawca doszedł do wniosku, że powinno być „pod dąbem” a nie „pod dębem”.

Tak czy inaczej, zbyt wielu dębów tam nie pamiętam. Sosny na suchej, wydmowej glebie natomiast tak. Do tej pory mam słabość do takich piaszczysto-iglastych lasów.

To były obozy harcerskie, ale ja jedziłem tam jako dziecko opiekuna (drużynowego, zastępcy komendanta, komendanta). Pamiętam, że z końcem czerwca pakowaliśmy nasz cały dobytek i w jakichś urągających wszelkiemu bezpieczeństwu warunkach, w jakichś tarpanach czy żukach, podróżowaliśmy przez całą Polskę. Zabieraliśmy grupę harcerzy, która pomagała rozstawiać obóz przed przyjazdem całej reszty. 

Właśnie ten okres wspominam najfajniej. Cała wielka piaszczysta polana była dla mnie. Wtedy obszar tego obozu wydawał mi się wielki jak wszechświat. Kiedy pojechałem tam przed dwoma laty okazało się, że to w rzeczywistości mała polanka. Na samym jej środku stawiało się maszt. Z wiaty po lewej stronie zdejmowało się deski, wyjmowało przewilgocone wiosną materace, łóżka i prycze i wiata stawała się stołówką. Między drzewami po prawej harcerze, czasami przy pomocy żołnierzy z okolicznej jednostki, stawiali wojskowe namioty (eremy?). Tam, na miękkim jak poduszka podłożu rosła wysoka trawa, której nie spotkałem nigdzie indziej.

dscf1617Dalej, w głębi, porozstawiane były domki gospodarczo-mieszkaniowe. Przechowywano tam namioty i narzędzia, w innych mieszkała wyższa kadra zarządzająca obozem. Do jednego z nich przywieźliśmy raz komputer, przy którym zmarnowałem jedne wakacje grając w F19.

Ta polana to był taki kosmos, którego można było nie opuszczać przez całe wakacje. Za namiotami drużyn było boisko do badmintona i stały sosny, na które można się było wspinać. Te drzewa są wręcz idealne do tej zabawy z powodu prawie prostopadłych gałęzi. Pewnym problemem jest żywica, która łatwo przylepia się do rąk i trudno ją potem zmyć, ale kto by się przejmował brudnymi dłońmi w wieku pięciu lat?

W rzeczywistości musiałem się strasznie nudzić, kiedy w obozie było tylko kilkanaście osób, zajętych przygotowywaniem się do turnusu, jednak teraz wydaje mi się, że to musiało być fascynujące. Z podobnymi wiekiem dzieciakami bawiliśmy się w chowanego, wyłudzaliśmy od pracujących przy rozstawianiu namiotów żołnierzy guziki i odznaki, a pomagający nam osiemnastoletni harcerze wydawali się nam niezwykle dorosłymi osobami.

Chociaż do morza było kilkaset metrów, nikt się tym za bardzo nie przejmował. Wiatroloty puszczaliśmy na polanie dopóty, dopóki nie zaczepiły o którąś z sosnowych gałęzi, ścigaliśmy się na bosaka po niezwykle rozgrzanym piasku, ukrywaliśmy między materacami w wrewnianej wiato-stołówce, podkradaliśmy z kuchni wyroby mięsopodobne. A wieczorami w pobliskim lesie organizowaliśmy zabawę w wojnę, z udawanymi pistoletami zrobionymi z zepustych namiotowych stelaży ale za to z naprawdę prawdziwymi emocjami.

Audycja

Dwunastego grudnia kolega zaprosił mnie do radia. Dostałem do dyspozycji dwie godziny eteru. To był smutny grudniowy wieczór, ponury i śliski zimnym deszczem. Pora i okoliczności, w których nie pozostaje nic innego, jak wyrzucić z siebie żółć, gorzki jad, marazm tego dziwnego czasu, kiedy od skończonych wakacji jest już dalej niż do znerwicowanych polskich świąt.
Piosenki z zapadłych prowincji Mazowsza i Podlasia. Muzyka końca lata, jesiennych depresji, niezdrowych przeciągów, katarów, gryp, tabletek na gardło, dropsów. Muzyka o niewysłanych listach do wakacyjnych miłości, o Miejskich Domach Kultury, przystankach PKS, sklepach z tanią odzieżą i budach z kebabem. Piosenki o prostych emocjach, jesiennych depresjach i młodzieżowym, słodko-gorzkim nastroju. Wesoło-smutne piosenki o marazmie i niedojrzałości.

Mówienie do mikrofonu, kiedy nad głową zapala się lampka „Antena”, ma w sobie coś magicznego. Jesteś Demiurgiem, zmieniasz świat. Mówisz do mikrofonu, a po drugiej stronie tysiące ludzi robią tysiące różnych rzeczy. Ty mówisz, a tam – po drugiej stronie – ludzie pracują, jadą samochodami, jedzą, śpią, kochają się. I ty jesteś w tym momencie bardzo blisko tych ludzi, nawiązujesz z nimi bardzo intymny kontakt. Niesamowite, bardzo miłe a jednocześnie niepokojące wrażenie.

Początek grudnia to zły czas na wesołe audycje z miłymi prezenterami i optymistyczną muzyką. Lato skończyło się na dobre, dzień jest przerażająco krótki, a do świąt jeszcze dużo czasu. O tej porze roku jest najwięcej samobójstw, najwięcej rozstań.

1. Andy „Nic z tego nie będzie” (2:59)

Spalę wszystkie zdjęcia, a i tak tutaj zostaniesz..

Piosenka „Nic z tego nie będzie” to manifest niedojrzałych miłości, o których już na starcie wiadomo, że „nic z tego nie będzie”. Nieudanych przedsięwzięć, w których kładzie się wszystko na szalę, a przed nieuchronną porażką nic nie jest nas w stanie uchronić. Jak wiele takich „Nic z tego nie będzie”- działań podejmowaliśmy… Życząc miłego odbioru, podejrzewam, że „Nic z tego nie będzie”…

Andy to zespół stworzony z samych dziewcząt, pierwszy rockowy girls-band w Polsce. Lideruje im przystojna blondynka Ania Dziewit, redaktorka pisma kulturalnego „Lampa”. Zresztą wszystkie dziewczęta wyglądają z gitarami bardzo korzystnie. Złośliwi mówią, że zespół lepiej wygląda, niż gra. Dużo w tym prawdy.

2. Usta Krwawiące Miłością „Kot” (2:36)

Gdy czarny kot czekał, by przebiec nam drogę, właśnie w ten bezwietrzny wieczór, właśnie wtedy chciałem powiedzieć Tobie, że uciekam przed tą miłością…

Usta Krwawiące Miłością piszą o sobie „chłopaki w najkach, dziewczyny w adidasach”. Grają olśniewającą muzykę, o której mówią: Melodramatic Popular Songs, Pop Punk, Western Swing. I wbrew pozorów hermetyczności jest to bardzo piosenkowe, słodkie, mądre i emocjonalne granie.

Ilość elementów „depresjojesiennych” jest tutaj znaczna: czarny kot przebiegający nam przed nogami, ucieczka przed miłością, wieczór, plucha. Coś co bardzo chcieliśmy komuś powiedzieć, a skończyło się jak zwykle…

3. Komety „Wyglądasz źle” (4:20)

Tylko na przełomie listopada i grudnia w pewnym sensie w dobrym tonie jest powiedzieć spotkanemu na ulicy lub w autobusie znajomemu: „Stary, wiesz co, wyglądasz dzisiaj naprawdę nienajlepiej”…. O tym opowiada piosenka Komet. Ta niezbyt optymistyczna sytuacja mogłaby wyglądać tak: zatłoczony autobus, jakaś piątka lub dwudziestka jedynka, jadący z blokowiska, jakichś Dziesięcin albo Zielonych Wzgórz do centrum. Dwaj znajomi, którzy stojąc wśród innych na pół śpiących, na pół żywych pasażerów są w stanie powiedzieć do siebie tylko „Wyglądasz źle”. Kiedyś, gdy byłem w liceum, podczas właśnie takiej podróży zimowym, niedogrzanym autobusem do liceum, policzyłem, że w czasie tych czterech lat uczęszczania do III LO w Białymstoku, zmarnowaliśmy w tych autobusach po równe 3 miesiące naszego młodego życia.

4. Komety „Spotkajmy się pod koniec sierpnia” (4:20)

Pozostańmy przy Kometach, by poziom zgorzknienia i marazmu nie osiągnął poziomu niebezpiecznego dla zdrowia, a za oknami naszych domów nie rozległy się echem dźwięki syren karetek pogotowia. Następna piosenka to pewna propozycja, w dużym stopni nawet, choć to nieodpowiednie słowo w tej audycji, propozycja pozytywna: „Spotkajmy się pod koniec sierpnia”, choć prawie wcale Cię nie znam i choć jedyne co Ci mogę zaproponować to spacer po łąkach w pobliżu bloku, w którym mieszkam.

5. Pałac Wujka Leszka „Wakacje” (3:35)

Koniec sierpnia, termin spotkania zaproponowany przez Lesława z Komet, to czas wakacji. Następna piosenka opowiada o wakacjach w Warszawie. Niestety nie jestem w stanie napisać o zespole Pałac Wujka Leszka nic ponad to, że jego wokalistka dysponuje wręcz genialną wadą wymowy, której wiele wokalistek powinno jej zazdrościć. Mam słabość do sepleniących wokalistów. Piosenka mówi o nieudanych wakacjach. Warto pamiętać, że to, o czym teraz tęsknimy, czyli o słońcu i temperaturach powyżej 25 stopni Celsjusza, w rzeczywistości było uciążliwością: koszulą przylegającą do pleców, oślepiającym słońcem, lepkim powietrzem zmieszanym ze smogiem, przykrymi zapachami w autobusach i sklepowych kolejkach itd….

Nigdy więcej wakacji….

6. Andy „Przypływ” (3:32)

Miły ja płaczę, gwiezdny alkohol
Ma posmak cierpki gorzki i przykry
Fala powraca szepcąc ci kocham
To przypływ miły, miły to przypływ

Druga piosenka zespołu Andy, do której słowa stanowi wiersz Władysława Broniewskiego. Do Broniewskiego mam stosunek bardzo osobisty. Przyjaźnie, przywiązania czy nawet miłości biorą się często ze sprzeciwu i przekory, budują się w kontraście wobec rzeczywistości. I ja tego Broniewskiego odkryłem i polubiłem z przekory wobec utartego przekonania, że jest to pisarz komunistyczny. Poza tą jego zaangażowaną poezją, która notabene również ma swój urok w tej swojej czterowersowej rytmice, żołnierskim tempie, Broniewski pisał również piękne teksty o sprawach o wiele bardziej uniwersalnych niż polityka.

Piosenka „Przypływ” mówi o tej znanej wielu nam, jeżeli nie wszystkim, fali gorąca, która otacza nas w momentach nagłego i radykalnego zetknięcia z Nieoczekiwanym.

Kochać to znaczy dotknąć zobaczyć, a Ciebie nie ma. Te słowa napisane przez Broniewskiego mówią po raz kolejny o niezrealizowanej potencjalności, o czymś, co na pozór bliskie, a w rzeczywistości dalekie. O czymś, co realizuje się w sztuce: w nie napisanych wierszach i nienagranych piosenkach.

7. Maki i Chłopaki „Albatrosy” (2:28)

Siedem dziewcząt z Albatrosa, ale ty najpiękniejsza, najpierw sto lat samotności, potem parę godzin szczęścia.

Taka postawa niezdecydowania, nieśmiałości, wstydu, widoczna jest w twórczości zespołu Maki i Chłopaki. Zespół powstał we wrześniu 2005 roku w Mrozach, (na Mazowszu, w pobliżu rzeki Witówki). W składzie są trzy osoby, których nazwisk nie ma sensu wymieniać, bo i tak nic Państwu nie powiedzą. Zespól gra proste bigbitowe piosenki. W sferze tekstowej dominują opowieści „o ciężkich losach współczesnych Janków Muzykantów, co zamiast skrzypiec maja gitary na prąd”.

Hej dziewczyny z Albatrosa, czemu chłopcy przez was nie śpią? Z zamkniętymi oczami trafię z Olszowej na Leśną…

W tej piosence pojawia się motyw lokalny. Podmiot liryczny wspomina o „dziewczętach z Albatrosa”, co jest aż nazbyt widocznym nawiązaniem do twórczości białostockiego barda Janusza Laskowskiego. Zaś rzeczony „Albatros” to kultowa restauracja z dansingiem na reprezentacyjnej ulicy Mostowej. Augustów jesienią sprawia przygnębiające wrażenie. Pustki na ulicach pełnych zabitych deskami restauracjach, mieszkańcy miasta w popłochu uciekający przed pędzącymi przez centrum ciężarówkami i zaoczni studenci-autostopowicze przy skrzyżowaniu na Białystok.

8. Muchy „Kołobrzeg-Świnoujście”

Nie wiem, czy oglądaliście film Andrzeja Wajdy „Niewinni czarodzieje”. Jeśli nie, to wyobraźcie sobie Warszawę lat 60-tych XX wieku, Tadeusz Łomnicki i Krystyna Stypułkowska. Oczywiście barwy czarno-białe, obskurne mieszkanie w starej kamienicy. Powiedzmy drugie lub trzecie piętro. On i ona spotykają się. Jej ucieka pociąg i jemu też… I sprawa robi się poważna… Aby tę interesującą sytuację ubrać w niezbędne konwenanse, postanawiają spisać umowę: Punkt pierwszy: kieliszek wódki, prezentacja imion. Punkt drugi: pierwszy pocałunek. Punkt trzeci: chwila inteligentnej rozmowy. Punkt czwarty: łóżko, tapczan….

9. Muzyka Końca Lata „W środę wieczorem” (3:45)

Z lat 60-tych przenieśmy się na początek XXI wieku. I rozpocznijmy od tapczanu lub łóżka, który jak się okazuje jest świetnym punktem wyjścia różnych życiowych intryg i historii. Następna piosenka, którą wykonuje zespół Muzyka Końca Lata, zaczyna się od w środę wieczorem kochali się i podejmuje temat emigracji zarobkowej Polaków, czyli sprawy na wskroś aktualne. On – zmuszony do emigracji zarobkowej zostawia Ją – spodziewającą się dziecka – w kraju z obietnicą powrotu.

10. Radio Bagdad „Londyn Wzywa” (3:37)

Kontynuujmy wątek emigracji „za chlebem”. Kolejna piosenka to polskojęzyczna adaptacja słynnego London Calling The Clash. Piosenkę wykonuje zespół Radio Bagdad. Co prawda niektóre z aspektów poruszanych w piosence nie są już zbyt aktualne, bo do Londynu nie jeździ się już autobusami, ale lata tanimi liniami lotniczymi i nie ma już kłopotów z paszportem na granicy, ale ten marszowy rytm piosenki, proletariackie zawadiactwo, brzmi bardzo autentycznie. Londyn czeka na falę nim ruszy polskich twarzy ściśniętych w autobusach… I przez cały czas Londyn przyciąga jak magnes żeliwo….

11. Płyny „Ne positiva situacione” (3:17)

Multo praca dla euro pana codzień tyram w baru od rana. Ta napisana grecko-polskim piosenka opowiada o doświadczeniach polskiego gastarbeitera na Cyprze. Nie wprowadza to podmiotu lirycznego w dobry nastrój, stąd tytuł Ne positiva situacjone.

12. Miłka Malzahn „Cień” (4:12)

Dwunaste nagranie audycji przypadło bardzo wyjątkowej i niedocenionej postaci polskiej sceny: Miłce Malzahn, która poza śpiewaniem uroczych poetyckich piosenek zajmuje się prowadzeniem audycji w Radio Białystok. I muszę przyznać, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, gdy usłyszałem Miłkę na antenie naszego radia. To bardzo przyjemne pomyśleć, że tak wrażliwe i wyjątkowe osoby chodzą ulicami mojego miasta.

Piosenka „Cień” kontynuuje wątek niezrealizowanej potencjalności, niedokonanych planów, myślenia o tym, co ktoś inny myśli o tym, co Ty pomyślisz…

13. Los Trabantos „Rabatki”

Kontynuując wątek niezrealizowanych sympatii, wracając jednakowoż na prowincję i liryczny banalizm, proponuję utwór „Rabatki” drugiego w dzisiejszej audycji girls-bandu „Los Trabantos”. Zespół jest sławny nie tyle z powodu swoich ujmujących banalizmem tekstów, ale z tego, że basistka zespołu Ula Jabłońska jest uważana za najpiękniejszą na świecie osobę grającą na basie.

14. Płyny „S-ex”

Metodologia obserwacji socjologicznych nakazuje patrzeć na te same zjawiska z różnych punktów widzenia. Zespół „Los Trabantos” ukazał zjawisko miłości z perspektywy niezrealizowanej, nieszczęśliwej miłości. Grupa, którą za chwilę usłyszymy, proponuje spojrzenie na prawie to samo z diametralnie innej perspektywy. Choć uprawiam z tobą seks, wkrótce będziesz moim eks – deklaruje podmiot liryczny. I jest w tej deklaracji nie tylko feministyczna siła kobiecego poczucia własnej wartości, ale również tkwiący głęboko tragizm tej wyjątkowej, choć jakże powszechnej sytuacji.

15. 19 Wiosen „Nożem uczył uczciwości” (5:12)

Z Warszawy przenieśmy się do Łodzi. Zespół 19 Wiosen opowie nam historię pewnego nieporozumienia, które z perspektywy socjologicznej udowadnia, że etos i moralność to coś nieobcego nawet środowiskom społecznie wykluczonym. Uwaga na zręczne operowanie Mickiewiczowskim trzynastozgłoskowcem przez autora tekstu i wokalistę, Marcina Pryta.

16. Kawałek Kulki „Kolegi tata” (3:56)

To pierwsza piosenka Kawałków Kulki, którą usłyszałem i która długo za mną konsekwentnie chodziła. Dziecięca opowieść o przedpołudniach spędzanych „na podwórku”, z kluczem do mieszkania zawieszonym na szyi, o tym, jak mama krzyczy z okna „Obiad!”, o zabawach w chowanego i wyprawach na łąki.

17. Muchy „21 dni” (3:19)

Stoję na balkonie, mam zardzewiałe dłonie kochanie
Podarowałaś mi cenne wrześniowe dni,
Te gdy nie chce się być

To piosenka o trzytygodniowym wrześniowym związku, który jak wszystkie wrześniowe związki, kończy się rozstaniem i niezrealizowanymi obietnicami. Powtarzane jak echo pamiętaj co obiecałaś mi kochanie.

18. Komety „W dżinsach i swetrze” (2:13)

Jedynym rozsądnym wyjściem tej ponurej jesieni jest spontaniczny, nieplanowany wyjazd nad morze. W dżinsach i w swetrze, aby w wiklinowym koszu powiedzieć morzu dobranoc…