Praktyki pod lipami, part one

Jakiś czas temu pisałem entuzjastycznie o Górznie pod Brodnicą, o śródziemnomorskości, wolnym tempie, wyizolowaniu, czyniących to miasteczko międzynarodową stolicą inspirującego i wartościowego zadupia. Po trzydniowym pobycie podtrzymuję tą opinię. Mojej osobistej interpretacji Górzna należy się jednak uzupełnienie. Towarzysząc studentom prowadzącym tu porządne empiryczne badania socjologiczne próbuję zrozumieć to miejsce posługując się własną, zdecydowanie nienaukową i nieempiryczną metodologią.

Podczas pierwszego pobytu nie zwróciłem uwagi na pruski rys w obyczajowości tutejszych mieszkańców. Zamiłowanie do porządku i dyscypliny jest tutaj marzeniem ściętej głowy, bo tak jak we wszystkich miejscowościach, gdzie wypędzonych lub zamordowanych Żydów i Niemców zastąpiło chłopstwo z socjalistycznego awansu społecznego, tak i w Górznie wielu jego mieszkańców przypomina nieco Stanisława Tyma w tej scenie „Misia”, gdzie z mało nteligentnym wyrazem twarzy przaśny Tym przywdziewa pruski mundur opasany biało-czerwoną szarfą. Nawiązania do rzeczywistych osób i zdarzeń jest oczywiście czysto przypadkowe i stanowi wyłącznie produkt wyobraźni Szanownego Czytelnika.

Tak, jak degradacja przestrzeni w okolicach Wrocławia i w ogóle na zachodnich tzw. ziemiach odzyskanych ma w sobie coś z anarchistycznej beztroski, tak w Górznie Ordnung muss sein, niezależnie od tego jak nieporadnie to wygląda. Kapitał społeczny, zaufanie i kultura tworzą się pokoleniami, z czego najwidoczniej Górznanie nie zdają sobie sprawy. To niewiarygodne, ale w mieście z kilkusetletnią tradycją nie dostrzegłem żadnego społecznego rysu mieszczańskiego. Wygląda to tak, jakby dziewiętnastowiecznych chłopów pańszczyźnianych rzucić bosych do miasta i kazać im tu mieszkać, a właściwie udawać mieszkańców.

Sprawa domaga się szczegółowego potraktowania i na pewno do niej jeszcze wrócę.

Sprawy o wiele przyjemniejsze to „okoliczności przyrody” i dzikość okolic górzneńskich jezior. Miejscowość Fiałki jest położona po drugiej strony jeziora, na kilkunastu stromych pagórkach. Wokół domów biegają dzikie zwierzęta, a w dole widać jezioro. Dostać się tam można przez las, przez co w samym środku Polski ma się prawdziwe Bieszczady. Wożąc ludzi tam i z powrotem kilkukrotnie się gubię. Napotkany przypadkiem elektryk przyznaje, że i jemu, po kilku latach pracy, też się to zdarza.

Pierwszego dnia robię kilka zdjęć podczas podróży i potem, przy okazji krótkiego spaceru w stronę Pensjonatu Jagódka.

Reklamy

Polactwo-partactwo

Lektura „Charakteru narodowego Polaków” Edmunda Lewandowskiego zbiegła się z osobistym doświadczeniem polskości w jej negatywnym wymiarze. Książki jeszcze nie skończyłem, ale już po przeczytaniu połowy widać podstawowy problem, który pojawia się, gdy podejmujemy próby zdefiniowania, na czym polega polskość. „Zawieszenie” mojego narodu pomiędzy Europą i Azją, Zachodem i Wschodem, katolicyzmem i prawosławiem, Cesarstwem i Caratem, modernizacją i zacofaniem, powoduje, że mówić o tym da się wyłącznie przez pryzmat zewnętrznych składników naszej tożsamości. Trudno więc wskazać, na czym polega „polskość” w czystej, wydestylowanej postaci. Można jednak łatwo wskazać, ile jest w nas niemieckości, litewskości, ruskości, żydostwa itd. Ta nasza tożsamościowa „kundlowatość”, brak jednolitości, jest przyczyną nijakości, bylejakości, partactwa we wszystkim, co robimy. Jedynie w Wielkopolsce i na Śląsku, gdzie „dużo w nas Niemca”, pracuje się dobrze. Tam jednak z kolei nie ma słowiańskiego szaleństwa, gorącej emocjonalności ludzi Wschodu. Wszędzie albo czegoś jest za mało, albo za dużo. Gdziekolwiek bym nie był, wszędzie „życie jest gdzie indziej„.