Spacer po linie

Jak całe twoje dziesięciolecie i nastolatkie życie opiera się na bezkontrolowanym locie ćmy do światła, to zarówo ryzyko popażenia, jak i pełnego zjarania się w ogniu czterdziestowatówki powieszonej gdzieś nad biukiem gazet, książek, niedopitych kieliszków z Sofią Charrdonay są ogromne. Tak, jedzie się po bandzie. I czyta, i ogląda, i słucha, tych wszystkich hemingrayowskich bohaterów komtemplujących z naturą, balansujących między pełnym wyborem bolesnych śmierci dostępnych na rynku. Spacer po linie, czy uliczna bójka? Awantura w pochodzie czy dostatecznie mocna lina? Heroina czy dziewczyna?

Wybór jest ogromny. Żyjemy w czasach, gdy lekarze dobrowolnie przepisują nam na receptach z refundacją narkotyki. Oni chyba wiedzaą lepiej, do czego to zmierza. Szybkość świata, jego brak umiaru i niedobór stabilności, jego niekonsekwetne stawianie postualtów moralnych, wysyłanie ludzi z flagami na jakieś zgromadzenia, wigilie i święta, które w pojedynku z rzeczywistością nie wytrzymują nawet pierwszej rundzie. Wszyscy poddaliśmy się rzeczywistości, a życie, ta wstrętna dziwka, kawałek po kawałku obgryza nas z tego, co jeszcze zostało. Z tych kilku ludzi, z którymi da się przebywać, z tych kilku opowiadań Czechowa i Hłaski, paru wierszy, kilku naprawdę dobrych filmów, kilku widoków, kótóre się przeżyło, tych dwóch zapachów, ktore się wąchało. I z tej jednej miłości, którą będzie się miało zawsze.

Czy globalizacja może być za cokolwiek odpowiedzialna?

Jestem absolutnym ignorantem w sprawach procesów globalizacyjnych, dlatego z ogromnym zainteresowaniem wysłuchałem intresującego wykładu prof. Barbary Stępieńskiej-Holzer pod tytułem „Globalizacja a bieda”. Wystąpienie profesor Stępieńskiej-Holzer wieńczyło inaugurację roku akademickiego na Wydziale Historyczno-Socjologicznym Uniwersytetu w Białymstoku.

Wykład był skierowany przede wszystkim do świeżo immatrykulowanych studentów I roku historii, socjologii i stosunków międzynarodowych, w związku z czym miał charakter wybietnie wprowadzający w problematykę ekonomicznych skutków globalizacji. Jako że, jak już wspomniałem, moja wiedza na te tematy nie wykracza poza bardzo powierzchowne informacje medialne, z uwagą przysłuchiwałem się słowom prelegentki.

Wydaje się, że stanowisko pani profesor wobec procesów globalizacyjnych można nazwać postawą deterministyczną. Wielkie koło zamachowe globalizacji zostało poruszone już około sześciuset lat temu, w momencie rozpoczęcia kolonizacji i wraz rozwojem procesów rynkowych trwa do dzisiaj. Zgadzam się z tym poglądem w stu procentach. Nie budzi jednocześnie mojej akceptacji próba oceny moralnej procesu, który chwilę wcześniej uznaliśmy za deterministyczny. To tak, jakby poszukiwać winnego padającego deszczu!

Procesy globalizacyjne, tak jak ja je rozumiem, wynikają z naturalnego rozwoju gospodarek, które z zamkniętych, autarkicznych tworów ekonomicznych ewoluowały w kierunku jednego, globalnego i otwartego rynku. To, że na świecie istnieje bieda, nie wynika z procesu globalizacji, ale z tego, że naturalne procesy gospodarcze tworzą obszary biedy i bogactwa. Zresztą, stopień biedy w czasach, gdy o globalizacji nikt nie myślał, był zdecydowanie większy, niż teraz. To, że obecnie mamy i globalizację, i biedę nie oznacza, że pomiędzy tymi dwoma zjawiskami jest związek przyczynowo-skutkowy.

Bo choć prelegentka uznaje, że ogólne saldo globalizacji jest dodatnie, to popełnia – moim zdaniem – nadużycie polegające na antropomorfizacji zjawisk, które – choć związane z ludźmi – nie zależą od decyzji czy sumień poszczególnych osób. Mówiąc, że „globalizacja jest winna”, czy że czegoś „nie potrafi” popełniamy nadużycie, którego nie powinniśmy robić, nawet w imię klarowności czy efektowności wywodu. Globalizacja nie może być niczemu winna, bo nie podejmuje decyzji, niczego nie może „potrafić”, bo niczego się nie uczyła…