Muzyczne nadwiślańskie milestones

Koniec roku to czas różnych podsumowań. Grudzień sprzyja przeróżnym bilansom, a w czasach, kiedy wszystko mierzy się jakąś wartością, bilansowi można poddać praktycznie cokolwiek. Na Podlasiu czasu na bilanse jest szczególnie dużo, bo tutejsze Godowe trwa od przesilenia zimowego do prawie połowy stycznia, w związku z równouprawnieniem dwóch dominujących tutaj wyznań.

Korzystając z dobrodziejstw internetu postanowiłem przywołać sobie najsilniejsze momenty muzycznego „zapętlenia”, w które zdarzyło mi się kilkukrotne wprawić. Chodzi o czas, w którym przyczepia się do ciebie jakaś piosenka, a nie tylko tak, że chodzi po twojej głowie przez wiele dni i nie chcę się odczepić, wystukuje rytm Twoich kroków i podsuwa swoje frazy w codziennych rozmowach. Chodzi o te piosenki, które nie tylko pozostają tu i teraz, ale słuchane z perspektywy lat przywołują najbardziej osobiste i ważne wspomnienia, nastroje, sytuacje.

W moim przypadku pierwszą taką piosenką był „King” zespołu T.Love. Oczywiście dla czternastolatka ta cała subtelna warstwa socjologiczna opowieści o ousiderze z Częstochowy, który na bakier ma i  z czarnym i z czerwonym, stanowi terra incognita. Płyta „King„, której słuchałem podczas długich i gorących wakacji w Olecku, zarzynając prosty walkman połykający co kilkanaście przesłuchań magnetyczną taśmę, strona A, strona B, otworzyła mi oczy na fakt, że jest inna muzyka od piosenek New Kids On The Block. To właśnie po tym gorącym lecie w Olecku, z dzikością w sercu, znajomą motorniczego panią z dołu, jesienią poszedłem na pierwszy w życiu koncert już wtedy ulubionego zespołu. Gdzieś tam zresztą już pisałem o tym magdalenkowym wydarzeniu.

Dopiero jakiś czas później zdałem sobie sprawę, że „King” to opowieść o polskiej  rzeczywistości początku lat dziewięćdziesiątych. Kiedy bodajże w dziewięćdziesiątym drugim przyjechał do Polski papież, został przywitany jak na Polaków nader chłodno. Euforia po Okrągłym Stole się skończyła, kto miał się dorobić, już się dorobił, ludzie czuli, że „po czerwonym przyszedł czarny”, w telewizji Niesiołowski z Zawiszą prowadzili krucjatę przeciwko prezerwatywom. Było smutno i straszno, trochę jak w filmie Balanga, który pojawia się w teledysku do Kinga. I tak jak wolę ten „uniwersalistyczny” T.Love śpiewający o miłości i pozytywnej energii, a Staszczyk-publicysta do dzisiaj mnie nieco mierzi, tak do Kinga mam ogromny sentyment do dzisiaj.

„King” i parę innych piosenek T.Love to żelazny repertuar wszelkich ognisk z gitarą. Takich imprez było sporo w liceum, między innymi niezapomniane całonocne późnoletnie klasowe wypady do Ogrodniczek. Z tymi szczeniackimi, szesnastoletnimi wygłupami, niezmiennie kojarzy mi się nieco już dzisiaj zapomniany film PasikowskiegoSłodko-gorzki„. Debiutująca w nim Anita Werner, dzisiaj zimna i zdystansowana dziennikarska, w tym filmie również była zimna i zdystansowana wobec zakochujących się w niej bez opamietania chłopców, ale działało to zupełnie inaczej, niż teraz. Strasznie bym chciał zobaczyć ten film jeszcze raz. A wspomnienia związane z tą piosenką są dokładnie takie, jak fabuła filmu: licealne zauroczenia, mur szkoły, osiemnaste urodziny spędzane na szkolnym boisku, ogniska z tanim winem, z których wracało się porannymi autobusami, razem z pracownikami rannych zmian jadącymi do pracy. Oni – zaspani, z drugim śniadaniem w plastikowych reklamówkach, my z tymi boobijanymi o drzewa gitarami, nogawkami w błocie, cali przesiąknięci zapachem ogniska.

O Grabażu przeczytałem po raz pierwszy w książce „Dzieci Rewolucji” Staszczyka, kiedy o Pidżamie Porno jeszcze mało kto słyszał. Potem wydali Złodziei Zapaliczek i Styropian, z którego pochodzi ta piosenka. Uważam, że pod względem lirycznym piosenka „Gdy zostajesz u mnie na noc” to absolutne mistrzostwo świata. Od oryginalnej wersji wolę taką mniej znaną, wolniejszą, nagraną z akompaniamentem skrzypiec. To, oczywiście, też licealne czasy, w których nie miało się czasu na taksówki i trudno było o własne mieszkanie. Stąd może wracając o trzeciej nad ranem na nogach z piątkowo-sobotniej lalkowo-strychowo-mandalowej krucjaty, psychoanalityczny mechanizm projekcji przywoływał na myśl „gdy zostajesz u mnie na noc”. Pobożne życzenie licealisty mieszkającego z rodzicami, którego największym sukcesem jest wywalczenie prawa wracania do domu kiedy się chce.

Z nastepną piosenką mam ogromny problem, podobnie jak problem mam z zespołem, który ją wykonuje. Bo jak można powiedzieć „chciałbym umrzeć z miłości” nie narażając się o banał? A może właśnie o to chodzi, aby nie tyle otrzeć się o trywialność, ale wejść w nią całym impetem? Bo, przy całej swojej banalności, ta piosenka jest niesamowicie prawdziwa i piękna. Arturowi udało się w tej piosence opowiedzieć o sprawach ostatecznych bez ryzykownego wspinania się na wyżyny wysublimowanych metafor, nawiązań literackich itp. To dobra piosenka wtedy, kiedy nie chcemy myśleć ani o sobie, ani o problemach ludzkości, ale po prostu o tym Drugim, tej Drugiej, tym Drogim, tej Drogiej.

Nigdy nie miałem awersji do wartości takich jak naród, ojczyzna, Polska. Obok religii, więzi narodowe są jedynym spoiwem trzymającym to nasze społeczeństwo. Bez tego wszystko rozpierzchłoby się w pył. Powstanie Warszawskie jest najlepszym przykładem: skoro gigantyczną rzeź i spektakularną w skali świata porażkę narodową przyjmujemy za mit fundujący naszą narodową tożsamość, to świadczy to przecież między innymi o braku jakichkolwiek innych spoiw, jak kapitał społeczny, zaufanie, etos przedsiębiorczości, humanitaryzm.

Niedawno przeczytałem w Newsweeku, że zdenerwowanym kierowcom stojącym w korku uaktywniają się gadzie ośrodki w mózgu. Podejrzewam, że podobne, gadzie, instynkty, wywołują w nas wzruszenia narodowe: podczas meczów piłkarskich, skoków Adama Małysza czy też słuchania piosenek o powstaniu warszawskim Lao Che. Słuchałem tej płyty podczas moich podróży do Niemiec i prawdopodobnie uruchamiały się w mojej głowie podobne mechanizmy odczuć patriotycznych, które uruchamiają się kibicom pod Wielką Krokwią patrzących z dumą na szybującego Małysza. Nie sądzę jednak, aby było w tym coś złego. Podejrzewam wręcz, że Lao Che zrobiło tą płytą więcej dla tworzenia się tożsamości narodowej Polaków, niż większość obecnych polityków, poetów i pisarzy razem wziętych. Oczywiście, można się zastanawiać, na ile „witamy w krainie, w której Fryco ginie” wykrzyczane przez tysiące uczestników festiwalu w Kostrzyniu nad Odrą, było manifestacją dumy, a na ile oznaką resentymentu wobec sąsiadów zza rzeki. W każdym razie, moje subiektywne odczucia podczas słuchania tej piosenki są subiektywnie szczere i głębokie.

Lao Che i Pezet to zupełnie różne światy muzyczne, w tym jednak przypadku zaskakująco ze sobą zbieżne. Pomyślałem, że na studia właśnie idą ludzie urodzeni w roku 1989, nie posiadający żadnych, nawet podświadomych, doświadczeń związanych z PRL-em. „Szósty zmysł” Pezeta to jeden z lepszych socjologicznych obrazów pokolenia tkwiącego w rozkroku – z dzieciństwem zanurzonym w szarzyznę kolejek po mięso, oczekiwaniem na nienadany Teleranek, wychowanym na 5-10-15 w telewizji, napojach sprzedawanych z foliowych torebek, w które wbijało się z atencją  słomki i wiele innych peerelowskich reminiscencji życia w niedostatku, recesji bez końca. Dzieciństwo w PRL-u, ale młodość już w „nowych” czasach. „Pierwsze nowe pokolenie skażone PRL-em”. Pamiętam fragment filmu LatkowskiegoBlokersi„, gdzie Pezet naśmiewa się z artykułu dra Pęczaka, socjologa piszącego w Polityce o młodzieży. Trochę to przewrotne, ale w tej piosence Pezet wykazuje się zmysłem socjologicznym na wysokim poziomie, a poza tym – co wszyscy wiedzą – jest wielkimi hiphopowym poetą. A każdy, kto nie wierzy w „szósty zmysł” dzisiejszych polskich trzydziesto- i dwudziestoparolatków, niech sprawdzi, jak się bawią („czysta wódka, cały stół w ogórkach, browar i gorzka żołądkowa, ja zostaję tu do jutra”), popatrzy na ten świetny teledysk i przekona się, jak podobne są te dzisiejsze noce do długich nocy naszych rodziców.

A potem zacząłem jeździć samochodem, co momentami stawało się moim nałogiem. Z tego nałogu wyniosłem korzyści dwojakiego rodzaju: zawodowe i osobiste. Po pierwsze więc, odkryłem piękno prowincji. Małych wsi i miasteczek, w których wszystko zastyga i to, co ich mieszkańcy nazywają nudą, okazuje się fascynujące i wciągające. Takich miejsc są w Polsce tysiące, a w moich okolicach – setki. Wielki i senny rynek w Krynkach, gdzie można siedzieć godzinami łuszcząc pestki. Skrzyżowanie w Dwerniczku, skąd w prawo można pojechać do Zatwarnicy (tam droga się kończy) a w lewo, drewnianym mostem, do Dwernika. Na tym skrzyżowaniu można posiedzieć przy blaszanej wiacie wsłuchując się w szum Sanu za plecami, a jak to się znudzi, pójść kilkadziesiąt metrów pod górę do jedynego w swoim rodzaju bieszczadzkich sklepów (każdy, kto był, wie o co chodzi). Jest też ścieżka wzdłuż zalewu w Supraślu, gdzie wieczorami spacerują zakochani, a latem świerszcze grają tak głośno, jak chyba nigdzie.

Z takimi jesiennymi, małomiasteczkowymi nastrojami kojarzy mi się zespół Muzyka Końca Lata, a szczególnie piosenka „Żabi”, o tym, jak idziesz asfaltem pełnym porozjeżdżanych żab z jakiegoś niewinnego spotkania z dziewczyną i wszystko ci ją przypomina, a euforia zauroczenia na pewno nie da zasnąć w nocy. Mam wielki sentyment do tego prowincjonalnego zespołu z Mińska Mazowieckiego, ponieważ świetnie lustrują moje odkrycie wartości prowincji i poznanie we własnym wnętrzu tego czasami ukrywanego prowincjusza.

Zakochanie się w polskim zadupiu to nie ostatnia korzyść z wielogodzinnych samochodowych szwędactw. Druga jest bardzo indywidualna i osobista. Bo tak jak dzielę się z innymi moją miłością do Siemiatycz, Krynek, Supraśla czy Tykocina, tak samochód jako krótkotrwałe lecz skuteczne lekarstwo na przytłoczenie bieżącymi sprawami i problemami jest maścią na specjalne, indywidualne zamówienie. Czasami nie da się zrobić nic innego poza spontaniczną, kilkunastogodzinną samotną ucieczką. W góry lub nad morze. Najlepszym akompaniamentem dla takich wypraw były i są piosenki autystycznego Lesława z Komet. Takie, jak „W dżinsach i w swetrze”, gdzie dostajemy nagromadzenie elementów o ekstremalnym natężeniu emocjonalnym. Jest tu wszystko, co kojarzy się z wycieczką do nadmorskich kurortów poza sezonem. Na Helu jest teraz, późną jesienią lub zimą, najprzyjemniej. Są opustoszałe hotele i pensjonaty, przenikliwy wiatr i żadnych ludzi. Jest piasek w spodniach i wiklinowe kosze, w których nikt się nie opala. Najlepsze okoliczności, aby w grubym swetrze, z butelką wina „popatrzeć na gwiazdy przed snem”.

 

Mowa tutaj o muzycznych milestones. Pewnie podobną listę można by ułożyć, myśląc o ważnych miejscach. Bez wahania takim miejscem w moim przypadku są Bieszczady, a Otryt – szczególnie. Kłopot w tym, że z Bieszczadami wiązana jest tradycja muzyczna, z którą się zupełnie nie utożsamiam. Więcej, mógłbym wobec środowisk tak zwanej piosenki turystycznej wytoczyć kilka oskarżeń. Po pierwsze, trudno mi znaleźć jakąkolwiek płaszczyznę korespondencji pomiędzy estetyką zespołów w rodzaju Starego Dobrego Małżeństwa a specyfiką Bieszczad. Te góry są nieprzyjazne, ponure, szorstkie w kontakcie, myśląc zarówno o przyrodzie, jak i o ludziach. Tymczasem środowisko poezji śpiewanej opowiada o czymś zupełnie innym, niż Bieszczady w moim odczuciu są. Po drugie – i to zarzut poważniejszy, bo już nie subiektywny, uważam, że stworzony w latach osiemdziesiątych XX wieku mit Edwarda Stachury i całe środowisko jego wyznawców, bezwzględnie i bez skrupułów zabiły jego poezję, filozofię i muzykę. 

Dlatego mam tylko jedną piosenkę, którą śpiewam jadąc na Otryt. I ta piosenka najlepiej chyba pasuje do tego miejsca nie tylko dlatego, że ta góra jest jednym z bohaterów piosenki. KSU nie należą do moich ulubionych wykonawców, ale tutaj udało im się przekazać magnetyzującą moc Bieszczadów, którym łatwo jest dać się  uwieść, choć ich urok jest szorstki i – na szczęście – trudno o amatora dla tej panny.

 

Reklamy

Niedzielny spacer

Ostatnia niedziela listopada była bardzo stateczna i – no właśnie, trudno użyć na określenie tej niedzieli innego słowa niż „niedzielna”. Co prawda, bez kościoła i rodzinnego rosołu, tak jak kilkanaście lat temu, kiedy przy tych rosołach cała rodzina oglądała dramatyczne losy niewolnicy Isaury. Coś, czego oglądanie dzisiaj wzbierałoby na mdłości, wtedy wzbudzało silne emocje. Nie pamiętam, czy moje też, ale z dużym prawdopodobieństwem tak.

dscf1156Spokojnemu przechodzeniu „od” „do” towarzyszy od dwóch dni nowa płyta Nosowskiej z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Prawie cała absolutnie cudowna. Aż się chce kilka minut po północy zalać yerba mate, poczekać na energię i oddać pisaniu. Po odrobieniu zawodowo naukowych obowiązków, około pierwszej nad ranem, można poświęcić sie publicystyce. Po takich wysiłkach wyjątkowo udaje się w miarę łatwo zasnąć, z bilansem dnia następującym: kilka stron o Popperze, dwanaście tysięcy znaków o rządzeniu i dziesięć o konsutacjach społecznych oraz psuciu demokracji (wszystko to liczone ze spacjami).

dscf1194A przed tym wszystkim forsowny spacer leśnymi dróżkami między Supraślem a Ogrodniczkami, wokół wysuszonej Komosy. To piękne jezioro wygląda teraz jak krajobraz po apokalipsie. Aż trudno uwierzyć, że dwa miesiące wcześniej siedziało się tu i patrzyło na pływające kaczki. A w przypływie weekendowego szaleństwa i fantazji, przyjeżdżało sporo po pierwszej w nocy, w późno-letnie wrześniowe, jasne noce, aby się kąpać.

Piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów

Marzyciel z „Auto da feEliasa Canettiego w uroczym domu w Supraślu, na samym skraju Puszczy. Z dnia na dzień jest coraz chłodniej, coraz bardziej szaro i smutno. Można by rzec, że  to wszystko domaga się, jak powiedziała mi niedawno znajoma, porządnej flaszki. Najlepiej Żołądkowej Gorzkiej – napoju najbardziej polskiego z polskich, choć z litewskim rodowodem. I najbardziej jesiennego z jesiennych. Kiedy wychodziłem z domu Gospodarza dzisiejszego spotkania i szedłem w kierunku samochodu, najbardziej w głowie zapadł mi zapach takiego miejsko-wiejskiego ganka, a potem mroźne powietrze pomieszane z zapachem dymu z kominów. Mróz dopadł szyby auta, zacieraliśmy z zimna ręce, kiedy grzał się silnik. Nalepiej mieli ci, którzy spróbowali łąckiej śliwowicy Krzysztofa. Kiedy przejeżdżaliśmy obok pięknie oświetlonego supraskiego kościoła, było już znośnie. W Białymstoku, na rogu Św. Wojciecha i Warszawskiej, drobna dziewczyna prowadziła pod rękę dwóch całkowicie nieprzytomnych, wielkich chłopców, a już w centrum, w okolicach Malmeda i Lipowej, piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów, pożeranych na ulicy, przy niedbale zaparkowanych samochodach, z sosem lejącym się po brodach coraz lepiej ubranych studentek i studentów.

Bar Jarzębinka w Supraślu

dscf1973Supraśl ma dwa miejsca, w których da się dobrze zjeść. To słynny Alkierz, niedaleko Teatru Wierszalin oraz niedoceniony, a zasługujący na sławę, Bar Jarzębinka przy głównej ulicy miasta, prowadzącej od kościoła w kierunku zalewu i liceum plastycznego. Alkierz jest dość dobrze znany i – jak na supraskie warunki – dosyć artystowski.

Przy 3 maja 22 mieści się Bar Jarzębinka, niewielki lokal prowadzony przez Królową Kiszki Ziemniaczanej Czesławę Siehieńczuk. Urządzony tak, jak powinno: trzy stoły pokryte kuchenną ceratą przytwierdzoną do drewna biurowymi pinezkami, na ścianach wycinki z prasy i dyplomy uznania. Na tyle czysto, aby dało się bez obaw zjeść i na tyle brudno, aby poczuć urok prowincjonalnego baru. Na korkowej tablicy menu: do wyboru są trzy potrawy: kiszka ziemniaczana, babka oraz kartacze. Każda kosztuje w okolicy dychy z ogórkami i surówką. Pani Czesława jest lekko antypatyczna, ale jedzenie robi świetne.

Kiedy mam ochotę na kiszkę albo kartacze – tak jak dzisiaj – wybieram się do Supraśla. Te okolice stały mi się ostatnio dosyć bliskie, z różnych powodów. Najlepiej jest pojechać drogą do Gródka i za tzw. „Rumcajsem” skręcić w lewo. Stamtąd do Supraśla prowadzi piękna, asfaltowa droga przez las. Wrócić można już normalnie – przez Ogrodniczki z moim ulubionym wiejskim sklepem przy drodze, a potem najlepiej skręcić w lewo, w kierunku Nowodworców, z których prowadzi piękna droga do Wasilkowa.

Strach przed miastem bez ludzi

Supraśl przypomina pod tym względem inne podlaskie miasteczka, których świetność jest już przeszłością. Do późnego popołudnia toczy się w nich jeszcze jakiekolwiek życie. Kobiety robią zakupy, mężczyźni przesiadują na gankach domów, a młodzież gromadzi się nad rzeką lub zalewem, słuchając muzyki i pijąc piwo. Kiedy jednak słońce zaczyna niepokojąco zbliżać się do linii puszczańskich drzew na horyzoncie, miasteczko natychmiast pustoszeje. Nawet psy, o ile mają swoich panów, trzymają się granic swoich podwórek.

Dziwnie się spaceruje zmierzchem po takich miejscach, jak Supraśl. Nawet, kiedy jest ciepły wieczór, ciekawe towarzystwo, a komary nad zalewem mniej uciążliwe niż zazwyczaj. Poczucie obcości i odklejenia od doświadczanej rzeczywistości dominuje nad innymi wrażeniami. Jest się bardzo na zewnątrz, bardzo poza tym miasteczkiem. Nie sposób wejść w ten żyjący miejski organizm, bo to ciało jest nieżywe. Strach przed miastem bez ludzi jest jak lęk przed śmiercią.