Rolerkoster

Najgorsze są upadki z wysokości, najgorzej jest, kiedy po tym, gdy po wzlocie rozbijasz sobie dupę o twardą rzeczywistość. Rozmawiałem o tym z kimś ważnym i coraz ważniejszym. W tym wszystkim liczy się stabilność. Znacznie lepiej dryfować stale gdzieś w okolicach szamba ze ściekami niż niczym delfin a to wynurzać się, a to znowu nurkować. Zwierzęta rzadko bywają mocno szczęśliwe lub mocno smutne. Większość ich życia wypełnia pewien bezpieczny konstans. Ludzie wymyślili tę obłędną karuzelę emocji, diabelski młyn, rolerkoster uczuć i myśli, w których spalają się jak ćmy na żarówce.

Dexter Morgan i jego stresory

W Dexterze Morganie, sympatycznym facecie, który poza wychowywaniem syna i uprawianem oficjalnego życia w stylu „ciepłe kluchy”, zajmuje się od kilkunastu lat wyrafinowanym swoim „kodeksem” oraz techniką zabijaniem ludzi, których z różnych powodów nie mogą dopaść służby sprawiedliwości, intryguje mnie mniej umiejętność połączenia tych dwóch zgoła różnych pomysłów na życie, od fenomenu następującego: dlaczego ten człowiek jeszcze żyje? I nie chodzi mi tu o mało realistyczne umiejętności albo szczęście, z jakim Dexter wywija się z czyhających na niego niebezpieczeństw, gdyż jako mężczyzna sprawny i inteligentny, przed tego typu zagrożeniami uchronić by się mógł. Pod dobrze skrojoną fikcję literacką genialnych scenarzystów „Dextera” podłożyć też można umiejętność zgrabnego wyślizgiwania się funkcjonariuszom Miami Metro Police i dziesiątkom innych typów, któych głównym interesem jes dopaść Dextera.

dexterJest to serial nierealistyczny, wręcz groteskowi z zupełnie innego powodu. Siedem sezonów Dextera to licząc na oko, około sto około godzinnych odcinków, czyli sto godzin opowieści o człowieku, który żyje w permanentnym, ekstremanlnym stresie. W perspektywie całej opowieści, jest to dobre kilka lat. Całe lata życia w ciągłym, ostrym napięciu, w sytuacji, gdzie stresory – czynniki wywołujące ten stres – są blisko i są naprawdę potężne. Otóż nie ma człowieka, który by to mógł przeżyć, a już na pewno nie potrafiłby się po czymś takim uśmiechać do swojego syna Harrisona w taki sposób, w jaki uśmiecha się Dexter.

Gdyby była to realna postać, to nawet jeśli udawało by się jej tak zręcznie realizować swoją pasję wbiania kuchennego noża tudzież osinowego kołka w serca różnych niegodziwców, już dawno Dexter Mogan byłby wrakiem człowieka. Z powodu nieustannego stresu miałby poważne kłopoty z sercem, choroby układu trawiennego, które rozpoczęły by się wrzodami na żołądku, a skończyły poważnymi problememi z wątrobą i gospodarką jelitową. Po pewnym czasie poszłyby stawy, nie wspominając o bezsenności, migrenach i bardziej poważnych kłopotach psychicznych, takich jak depresja, psychozy i ryzyko samobójstwa w rezultacie.

Kiedy leżałem ostatnio na łóżku operacyjnym, a panie anestezjolożki wkłuwały mi w kręgosłup kilkuentymetrową igłę ze znieczuleniem podpajęczynówkowym prosto do płynu lędźwiowo-kręgowego, rozmawiałem z nimi – z pozycji oczywiście laika – na temat stresu operacyjnego. Ostatnio z wielu różnych powodów napięcie i stres towarzyszy mi prawie nieustannie, jednak – co mogą potwierdzić świadkowie – do stresu związanego z operacją podchodziłem na pełnym luzie, a wręcz z radością, że choć jeden mój problem zaczyna być powoli rozwiązywany, a stan po znieczuleniu, kiedy cała połowa ciała, wraz z bolącymi od miesięcy nogami, przestaje cię dotyczyć, jest wręcz stanem prawie orgazmicznym.

Dlatego powiedziałem tym dziewczętom z uśmiechem, że jeśli będzie to stres, to krótkotrwały, a zwierzęta bardzo dobrze sobie radzą z takim stresem, a do dyskusji podłączył się sam profesor, dokładając swoją fachową opinię na ten temat w trakcie dokonywania kilkucentymetrowego cięcia w okolicach pachwiny. Organizm w takich sytuacjach w odpowiedni sposób gospodaruje energią, poświęcając na przykład energię układu trawiennego układowi krążeniowemu i nerwowemu, aby reakcja na ewentualne niebezpieczeństwo była szybsza. Gorzej, jeśli stresory utrzymują nas w napięciu przez długi okres – a to jest już cecha charakterystyczna człowieka – stąd wrzody na żołądku, choroby wieńcowe serca, depresje i bezsenność – to, co czyni z Dextera Morgana postać fantastyczną.

Pracowanie

Najstarszym zawodem świata wcale nie jest to, o czym myślicie. Najstarszy zawód świata to przecież zrywanie jabłek. Ewa zerwała jabłko i od tej pory jesteśmy w dupie – wygnanie z raju i trwające tysiące lat zaprzątanie sobie przez ludzi problemami, które wcześniej były fikcją: żeby się ubrać, harować od świtu do nocy, konkurować z innymi.

To oczywiście ironia. Nie potrafię nie pracować, choć praca częściej niż satysfakcję daje zapomnienie. Kilka lat temu pracowałem ponad siły, na cztery etaty, dwadzieścia godzin na dobę, przez pół tygodnia u siebie, przez pół tygodnia w stolicy. Zmęczenie, adrenalina pracy na termin, często śrubowany do pojedynczych minut, zmęczenie i stres mogą być wspaniałymi narkotykami pomagającymi w czasowym przygnębieniu, depresji, frustracji, złości na swoje życie albo na bliskich. Przez wiele lat wychodziłem z domu o 5-tej i wracałem o 23 tylko po to, aby zasnąć. Oduczyłem się tego, czym jest dom.

A teraz okazało się, że nie mogę być tak aktywny, jak bym chciał. Brakuje mi tego zapomnienia, jakie daje praca, szczególnie, kiedy chcesz zapieprzać od świtu do nocy dla kogoś, a nie możesz. Nie da się wrócić do tego stanu przed zerwaniem pierwszego jabłka. Jak będę już mógł, potrafił, będę pracował jak dziki wół.

Dlaczego nie lubię świąt

Obchodzenie świąt Bożego Narodzenia musi mieć pozytywny wpływ na ludzkie zdrowie, skoro istnieje pozytywna korelacja pomiędzy ilością obchodzonych świąt a dożywanym wiekiem…. To oczywiście gorzki żart, bo w rzeczywistości święta to – jak pokazują badania psychologów – jedno z najbardziej stresujących wydarzeń w ciągu całego roku. Tak, te zbliżające się „krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku” święta to w rzeczy samej najpierw gorączkowe zakupy okupione godzinami spędzonymi w ulicznych korkach i kolejkach do kas w supermarketach. Rwanie włosów z głowy: co podarować osobie, z którą widuję się raz do roku, właściwie tylko przy okazji świąt. No, chyba że wypadnie w międzyczasie jakiś pogrzeb…. Wydawanie pożyczonych na lichwiarski procent pieniędzy, które trzeba potem przez pół roku spłacać. Przygotowywanie „tradycyjnych” trzynastu potraw, których potem nie ma jak zjeść. Aż wreszcie wieczór wigilijny, kiedy trzeba spotkać się i składać życzenia ludziom, z którymi łączą nas często tylko więzy krwi i nic więcej. Próby „personalizowania” życzeń zazwyczaj kończące się sztampowym „Wszystkiego najlepszego, dużo szczęścia i pomyślności”. Babci i dziadkowi wypada dodatkowo życzyć zdrowia, młodszej siostrze sukcesów w nauce, a pracującym „pieniążków” (swoją drogą, dlaczego w Polsce nie mówi się już po prostu „pieniądze”, tylko na każdym kroku słyszy się o „pieniążkach”?). No i te nieszczęsne prezenty: zazwyczaj rzeczy nam całkowicie niepotrzebne, bardzo często utrwalające zaś role społeczne, w jakie nas „wdrukowano” (w moim przypadku w tym roku: czerwone wino i sto złotych polskich). Dziadek dostaje ciepłe kapcie, babcia – termofor, kobieta – kosmetyki, mężczyzna – piankę do golenia…

Po wigilii chodzi się na pasterkę, a około godziny-dwóch po północy osiedlowe sklepy nocne przeżywają oblężenie rodaków, którzy pomimo późnej pory cierpliwie czekają na swoją kolej, by w końcu, dostawszy się do kasy, oznajmić sakramentalne „zero pół”. Od tego momentu rozpoczyna się dwudniowy alkoholowy maraton – dyscyplina, w której Polacy są bezapelacyjnymi mistrzami świata. Po tych dwóch dniach nieumiarkowania w jedzeniu i piciu przez kolejny tydzień trzeźwiejemy, przygotowując nasze żołądki do kolejnej, tym razem sylwestrowej, próby.

Istnieje w Polakach coś w rodzaju narodowej schizofrenii. Z jednej strony święta to czas wyjątkowy i na pozór piękny. Przyozdabiamy nasze mieszkania i domy, śpiewamy kolędy, uśmiechamy się do siebie i życzymy wszystkiego najlepszego. Z drugiej strony boimy się tych dni, a kiedy już nadchodzą, są poważnym stresem i prawdziwym sprawdzianem naszej cierpliwości i mocnych nerwów. Być może dlatego mamy taką skłonność do obfitego przemywania naszych strudzonych i nadwyrężonych dusz alkoholem?

Święta są w Polsce również okresem, w którym bardziej niż przy jakiejkolwiek innej okazji ujawnia powszechny wśród moich rodaków brak jakiegokolwiek poczucia estetyki. Miasta zamieniają się w błyskające dyskoteki, parapety okupują wspinający się po świecących drabinach Mikołaje a ogrodowe krasnale ubierają perwersyjne czerwone kapelusze z upiornie dzwoniącymi na wietrze dzwonkami. W radio didżeje zapętlają „Last Christmas”, a tradycjonalistycznemu narodowi jakoś nie przeszkadza, że śpiewa tę piosenkę zdeklarowany homoseksualista, załatwiający swoje seksualne potrzeby w publicznych toaletach. Jeszcze gorzej jest ze świątecznymi życzeniami: „Niech łaska Boża w te choć mroźne to gorące żarem ludzkich serc dni spłynie na Ciebie i Twoją rodzinę, a dzieciątko Jezus narodzone w lichej betlejemskiej chacie wniesie do Twojego serca radość i szczęście jak ci trzej królowie, którzy idąc za Gwiazdą Betlejemską złożyli Nowo Narodzonemu mirrę, kadzidło i złoto itd…. Horror!

W Polsce świąt nie można nie obchodzić. Są rodzajem zrytualizowanej dobroci, dobroci wymuszonej obyczajem. Są formą społecznej przemocy na jednostce i jak w odniesieniu do każdego przejawu przemocy, należy się jej sprzeciwiać, choć zdaję sobie sprawę, że to walka z wiatrakami.

Myślę też, że najlepszym argumentem przeciwko świętom, jest ta upiorna piosenka i teledysk do niej, który umieszczam zgodnie z wieloletnią tradycją życząc wszystkim wszelkich pomyślności.