„Górka”

DSC08612.jpg

W latach osiemdziesiątych największą atrakcją na osiedlu Dziesięciny II była „górka”. Każde blokowisko miało taką górkę, którą usypywano z ziemi z fundamentów bloków i wieżowców. To, co się działo na tych górkach, kiedy tylko spadło trochę śniegu, przerasta wyobrażenia obecnych rodziców o tym, co to znaczy „iść na sanki”.

Na tych górkach przy Gajowej na Dziesięcinach, w parku przy Wierzbowej, na Rzemieślniczej, rodzice nie istnieli. Górki zimą były oblepione dzieciakami z sankami lub bez jak gówno przez muchy w ciepłe lipcowe południe.

Ileż tam wybito zębów, ile rąk złamano, ile tam wtedy było emocji i jak szybko górka pokryta śniegiem zamieniała się w górę pokrytą lodem wyślizganym tysiącem zjazdów i wspinaczek, na którą wspiąć się było trudniej, niż na K2 zimą!

Zauważyłem wczoraj, że na Białostoczku przez cały czas jest ta „górka”. Kiedyś zjazd kończył się majestatycznie w korycie Białki, dzisiaj – w ramach bezpieczeństwa chyba – zbudowano na przeciwko zjazdu z górki – „Orlika”. Więc nie wylądujesz w rzece, ale na atestowanej przez UE siatce. W zasadzie nie wylądujesz nigdzie, bo zimą nie pada tu już śnieg.

Reklamy

Moc truchleje

Śnieg się topi, moc truchleje. Chodniki pokrywa biała warstwa soli. Spod zasp wyłaniają się puste butleki po ruskich szampanów i resztki sylwestrowych petard. Polscy londyńczycy, irlandczycy i warszawscy słoikowcy już pojechali do swoich zmywaków, korporacji i uniwersytetów. Miasto wraca do swojego zwykłego, nudnego, przewidywalnego rytmu. Dopiero teraz widać, jak jest tu nudno i brudno. Wszystkie samochody rozjeżdżające kałuże na Alei Piłsudskiego są utytłane brudnym brunatnym błotem.

Słoneczne poranki nie rekompensują dotkliwego już o tej porze roku braku światła. Obchodzimy martwy sezon między jednymi a drugimi świętami. Niczego nie opłaca się jeszcze rozpoczynać, niczego nie warto kończyć. Teraz się czeka, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, na co. Tutejsza smutna zgoda na rzeczywistość, nawet jeśli wszystko wskazuje na najgorsze, jest teraz widoczna i dotliwa bardziej, niż kiedykolwiek.

Któregoś dnia spóźnił się na autobus do Dwernika

…albo te dni, w których spał dwie godziny, aby tego lutowego świtu wsiąść do auta i pojechać samemu w góry. Tego dnia jechał pustą, ośnieżoną Aleją Piłsudskiego na południe i już gdzieś w okolicach Sienkiewicza zorientował się, że to nie był rozsądny pomysł. Było cholernie ślisko, nie dało się szybciej, niż pięćdziesiątką, więc mijały go tylko wieloosiowe, ciężkie tiry, rozpędzające padający bez ustanku śnieg. Więc jak tylko mógł, przyczepiał się do któregoś, wlepiał oczy w tylne światła i próbował utrzymać odległość. Za miejscowością, gdzie w starym, drewianym domu mieszka jego babcia, kilka kilometrów dalej, jest parking. Zatrzymał się tam po omacku, bo śnieg walił bezlitośnie i naprawdę nic nie było już widać. Zatrzymał wycieraczki, zgasił światło i wysłał koledze, który właśnie prowadził w radio audycje, że jedzie na Otryt. Potem powoli ruszył i gdzieś w okolicy Siemiatycz zgubił rozgłośnię z głosem kolegi, więc wyjął przypadkową płytę, na której śpiewała Alina Orlova.

Dwa dni wcześniej na Otryt pojechali jego przyjaciele. Miał jechać z nimi, ale wymówił się jakąś głupotą i szybko pożałował swojej decyzji. Więc wsiadł w tej samochód o pierwszej nad ranem podjął decyzję, że jedzie.

Jasno zrobiło się gdzieś między Lublinem a Rzeszowem i jak lutowe słońce zaczęło przygrzewać, to chwilami widać było nawet asfalt. Wtedy mógł przyspieszyć do dziewięćdziesiątki. A tak wlókł się, a od ciągłej koncentracji zaczęły łapać go skurcze szyi. Kiedy jechał autem w długą podróż, samemu, nie rozmyślał o niczym. Absorbowała i sprawiała przyjemność sama jazda, patrzenie na to, co za oknem, na to jak kończy się świat podlaskich wsi i gdzieś za Lublinem wjeżdża się w podkarpacie, a potem w Galicję, Galicję, którą tak bardzo lubił i chciał pokazywać wszystkim. W Rzeszowie skręca się już w końcu w prawo i wyjeżdża z miasta, drogą pełną okropnych kolein.

Bieszczady. Dojechał do Sanoka. Instynkt samozachowawczy kazał mu zostawić auto na jakimś parkingu „na gębę”. Zrobił zakupy i spóźnił się o dziesięć minut na samochód do Dwernika. Następny jechał już tylko do Lutowisk. Dojechał na miejsce gdzieś około ósmej wieczorem. Dawno było już ciemno jak w dupie. Był ostatnim pasażerem. Wysiadł w mroźnym i wietrznym miasteczku. Uwielbiał zawsze tę ekscytację z wchodzenia na Górę, to przyspieszone tętno, te coraz bardziej mokre nogawki spodni. Uwielbiał wchodzić nocą do lasu, bo wtedy słychać wszystkie zwierzęta.

Spóźnił się na ten pociąg do Dwernika. Spóźnił o kilkanaście minut. Gdyby kilka razy przycisnął bardziej do dechy, między Lublinem a Rzeszowem, pewnie byłby wcześniej i zdążył na ten pieprzony Dwernik. Jeszcze w Sanoku, On zadzwonił i zapytał, czy przyjedzie. Skłamał, że nie, aby zrobić niespodziankę, pojawić się z zaskoczenia, sprawić, że im się to spodoba. Gdyby zdążył na ten do Dwernika, zastałby go w tej obskórnej wiacie przy sklepiku i zabrał do Chaty bezpiecznie.

Potem był już tylko GOPR i powrót do domu tą samą trasą z Aliną Orlovą i ogromnym przygnębieniem.