Nagrobków sprzątanie

Jestem już jednym z tych smutnych starców, którzy jesienne przedpołudnia spędzają na szorowaniu nagrobków swoich nieżyjących bliskich. Odkryłem, że zielona ławeczka przy grobie mojej prababci Anny Oryszczyszyn (zmarła w wieku lat 30 w latach trzydziestych ubiegłego wieku) i jej córki, ciotki Irki, na cmentarzu Farnym jest genialnym miejscem na czytanie i medytację). Będę to miejsce odwiedzał zapewne częściej).

Wspomiennik

IMG_20191102_125850

Świątynie, groby, kaplice, miejsca religijnego kultu to tylko symbole. Nie ma żadnych bogów rozliczających nas z dobrych i złych uczynków. Nie ma żadnych niematerialnych dusz ulatujących z ciała po śmierci. Nie ma żadnych cudów zaprzeczającym prawom natury.

Co w takim razie naprawdę jest? Ja, ty, ludzie i inne zwierzęta, to co stworzyliśmy i to, jak nas się będzie pamiętać. Tam, półtora metra pod ziemią, ciała naszych zmarłych bliskich i znajomych poddawane są procesom gnilnym i za jakiś czas wrócą do nas w postaci deszczu, roślin, zwierząt, pożywienia oraz wody w kranie. Będziemy je mogli tam znaleźć, ale nigdy z nimi się nie spotkamy.

Wspomnienia są przecież również materialne. Są strukturami połączeń neuronalnych, które możemy duplikować na nieskończoną ilość kopii i wariacji. Tak się dzieje, gdy wspominamy zmarłych i gdy rozmawiamy o nich z innymi.

Nagrobek jest symbolem i narzędziem uruchamiającym lawinę myśli w mózgu. Podobnie jak modlitwa jest rozmową nie z Bogiem, ale z samym sobą, wspomaganą świątynnym anturażem.

Dlatego odwiedzam cmentarze i myślę o bliskich lub ważnych osobach, które już umarły.

Jarosława nigdy nie spotkałem osobiście i, szczerze mówiąc, byłem pewien, że jest kolejnym z serii białostockich „byznesmenów”, nieudanie pretendujcym do klasy wyższej drogimi autami, zegarkami, złotem. Już po jego śmierci obejrzałem wzruszający reportaż, w którym pan Jarosław oprowadza widzów po dzielnicy swojego dzieciństwa. Okazał się ciepłym i inteligentnym facetem. I dopiero teraz zrozumiałem, że jego medialno-gastronomiczno-hotelowe imperium jest produktem na wskroś białostockim, oddającym stary charakter tego miasta.

Niedaleko od Jarosława leży Michał. Zmarł niedawno. Był starszy ode mnie o pięćdziesiąt lat. Dzisiaj dowiedziałem się, że Michał urodził się w Wilnie. To zaskakujące, że nie wpadłem na to wcześniej, prowadząc przelotne pogaduszki z Michałem pod oknem mojej mamy. Dlaczego wcześniej nie rozpoznałem tego ciepłego zaśpiewu? Dlaczego nie wypytałem go o jedno z moich ulubionych miast?

Trochę dalej leży kolejny Michał. Był ojcem mojego dziadka. Jako nastolatek uciekał z narzeczoną przed bolszewikami z rodzinnego Lwowa do Paryża. Taki był plan. Wędrówka skończyła na Białymstoku. Jak pierwsza żona mu tutaj zmarła, to znalazł sobie drugą. Jak druga też zmarła, zdążywszy dać mu chłopaka (dziadek Jurek) i dziewczynkę, znalazł sobie trzecią. Taki był z niego herbatnik.

Tą dziewczynką była ciotka Irka. Pamiętam, że miała kruczoczarne włosy spięte w gruby kok. Przychodziła do dziadka na obiady. Lubiła na wesoło napić się wódki. Zawsze wtedy śpiewała ukraińskie piosenki i „U cioci na imieninach” Grzesiuka.

Radek był moim kolegą z pracy. Wyjątkowo inteligentny i dowcipny, ale zawsze zamknięty w sobie. Niosący gdzieś na twarzy, w ułożeniu ust, jakieś nieprzezwyciężone napięcie. Kiedy pisał doktorat, zaprosił mnie do siebie na obiad. Powiedział mi wtedy, że pisanie czegokolwiek jest bardziej uciążliwe, niż najbardziej straszliwe zatwardzenie spędzane w godzinami w kiblu. Powiedział, że pisanie jest podobne do bardzo ciężkiego srania. Uważam, że to porównanie jest genialne w swojej celności.

Rafał był jednym z moich studentów. Potem się internetowo zakolegowaliśmy. Wybitnie inteligentny i dowcipny człowiek, niezmiernie twórczy i pomysłowy, ale również bardzo nieśmiały, wrażliwy i wycofany. Żałowałem, że nie chce wypuszczać tej świetnej energii. Był zbyt wrażliwy na te czasy. Nie żyje przez tę swoją wrażliwość, która trafiła w brutalne ręce biurokratycznej maszyny urzędniczej i znanych mi ludzi, którzy zbyt często czują się panami życia innych. Zostawił mi po sobie starodawną brzytwę, którą obiecał mi naostrzyć. Była naostrzona.

Na grobach rodziny od strony mamy całe płyty poobstawiane zniczami i kwiatami od samego rana. To bardzo miły widok. Każdy chce być pierwszy. Nie widziałem też nigdy tylu kozaczków w jednym miejscu, co wczoraj na cmentarzu w Boćkach. Te święta, ich rozmach, nieumiarkowanie w wydawaniu pieniędzy na upiększanie miejsc, pod którymi nie ma nic świętego, wszystko to świadczy o tym, że chcemy myśleć o sobie i o innych. Wierzący nazywają to modlitwą. Ja nazywam to troską o siebie i o innych, którzy żyją.

Muniek Staszczyk – „Syn miasta”

muniek-muzyka-syn-miasta

Zimne dreszcze to nie jest reakcja, które zwykłem mieć po pierwszym przesłuchaniu nowego produktu Muńka Staszczyka. Wczoraj oblał mnie zimny pot już po pierwszych słowach zaśpiewanych na albumie. Dwa miesiące temu doznał udaru. 

Przed wyjazdem do Londynu, gdzie rozlała mu się do mózgu krew, Muniek skończył nagrywać tę płytę. Płytę, której głównym bohaterem jest śmierć.

Muniek to bohater mojego muzycznego, literackiego i poetyckiego dojrzewania. To on powiedział mi o pisarzach i poetach, których powinienem słuchać. To on powiedział mi, jakiej muzyki warto słuchać. Oczywiście nigdy nie zamieniłem z nim osobiście ani jednego słowa.

Teraz słucham płyty po raz piąty czy szósty. Za każdym kolejnym razem coraz bardziej ją doceniam. Za każdym kolejnym razem utwierdzam się w tym, że Muniek nagrał po prostu taką płytę, jaką chciał. Bez oglądania się na kogokolwiek. Bez próbowania zaspokoić gusta swoich przecież tak różnych słuchaczy.

Jest to album ponury, pesymistyczny i refleksyjny. „Syn miasta” nie jest wesołkiem. To sfrustrowany polską rzeczywistością, zmęczony życiem, zły na ludzi, zmęczony życiem dojrzały facet. Ale jednocześnie pogodzony z sobą, stoicki, mocny w swoich wartościach. Taki outsider po czterdziestce. Przesiadujący w barach z bluesem na żywo i możliwością palenia przy barze. 

Muniek zawsze lubił nagrywać płyty eklektyczne muzycznie. Ta jest nad wyraz spójna i wyrównana. Jest poukładaną opowieścią, czerpiącą rytm i harmonię z Ameryki. Z czarnego bluesa i z country. Opowieścią dla dojrzałych chłopców, których życie jest czarnym bluesem.

Pan Michał i Trąbka

20190815_134731

Był ucieleśnieniem białostockiego mieszczaństwa. Od zawsze mieszkał w bloku przylegającym do domu mojej mamy. Na drugim piętrze. Widywałem go, jak wychodził do sklepu po mleko. Na moje „dzień dobry” zawsze się lekko kłaniał i przykładał rękę do czoła. Połączonym kciukiem i palcem wskazującym imitował skinienie kapelusza.

Starszy pan, ale kiedy się uśmiechał do mojej mamy, jego szelmowski uśmiech zdradzał, że miał powodzenie u kobiet. Do ostatnich lat przychodziła do niego jakaś starsza pani z siwymi włosami. Elegancka sukienka, kapelusz. Szli wspólnie na mszę do kościoła. Któregoś dnia wyszła z płaczem z jego klatki i potem jej już nie widziałem.

Kiedy wychodził, musiał się zatrzymywać co kilkadziesiąt metrów na minutę lub dwie. „Po trzech zawałach jestem” – mówił, jakby chciał się usprawiedliwić z tych postojów przy klatce.

Podobno kiedyś był mechanikiem. Pewnie to prawda, bo choć nie miał już auta, to jeszcze jak dawał rady fizycznie, podłączał mamie prostownik do wyładowanego akumulatora. Ona mówiła do niego „panie Michale”. On do niej – „pani profesor”. A dzieliło ich ponad trzydzieści lat różnicy.

Od pewnego czasu przestał wychodzić, a potem karetka zabrała go do szpitala. Męczył się z trzy miesiące, a potem umarł. Nie wrócił już do swojego bloku na Nowym Świecie.

Nie widziałem go po śmierci i nie bardzo mnie to interesowało. Nawet ciało przyjaciela, po śmierci nie wygląda już tak samo. Po wiadomości o  śmierci nie myślałem o duszy pana Michała i co się z nią będzie działo. Nie miałem też żadnych poważniejszych wspomnień z nim związanych. Nie mam zdjęcia, a nawet nie pamiętam nazwiska.

Chociaż byłem na jego pogrzebie. Pamiętam odgłos emaliowanej, czarnej puszki uderzającej o piasek na dnie grobu. Pracowników palących fajki za drzewem po skończonej robocie. Grubego księdza. Rodzinę i znajomych. Jedni płaczący, inni znudzeni, jeszcze inni rozglądający się „kto przyszedł”. Inni myślący tylko o sobie. Pamiętam też przeszywający głos trąbki takiego gościa, którego pamiętam z Odeonu, a który w czasie tego pogrzebu stanął za drzewami i zagrał tak, że łza poszła.

Pogrzeby są dla tych, którzy zostali. To nasze rytuały mierzenia się z tym, co się wydarzyło. Czasami wydaje się, że jęki nad trumną wynikają bardziej z lęku o nas samych niż z sympatii dla zmarłego. I tak było na pogrzebie pana Michała.

Przez całe życie poszukujemy stałej harmonii ze światem. Próbujemy zadowolić naszych najbliższych i współpracowników. Odnaleźć miłość, założyć rodzinę, mieć dzieci. Doznawać świata naturalnego, literatury, muzyki w sposób najczystszy z możliwych.

Jednak ten stan harmonii jest zawsze przejściowy i zakłóca go o wiele potężniejszy stan potknięć, dysonansów, zakłóceń, swad i konfliktów. Czas pogodzenia się ze światem zależy tylko od naszej determinacji i ćwiczeń. Dlatego nie można czekać na śmierć, bo po niej nie ma nic, nie ma również żadnej harmonii.

 

Codziennik trzydziesty dziewiąty – co właściwie umiera?

Wojciech Weiss, Pogrzeb

Wojciech Weiss, Pogrzeb

Śmierć jest
Przeciwnością
Czasu.

Death is
The opposite
Of time.

Nadajemy śmierci różne metafory. Ukrywamy ją w różnych znaczeniach i wymyślamy o niej różne historie, ale tak naprawdę nie wiemy, co się nam stanie, gdy umrzemy. Kiedy ktoś umiera, nie widzimy nic poza zwłokami. Spekulujemy o reinkarnacji lub odwołujemy się do wieczności. Jednak śmierć jest niepoznana, jest tajemnicą. Znajduje się w świecie, gdzie czas przestaje mieć znaczenie. Wszystkie prawa fizyki są zawieszone. Śmierć jest przeciwnością czasu.

Co właściwie umiera? Czy coś ulega zniszczeniu? Na pewno nie ciało, które rozpada się do swych części składowych – do wody i innych pierwiastków. Jest to zatem transformacja, nie zaś destrukcja. Co zatem z umysłem? Czy przestaje funkcjonować, czy też przechodzi do innej egzystencji? Niewiele wiemy na pewno i mało kto może dostarczyć nam jakichkolwiek wniosków.

Co umiera? Nic, co stanowiła istota ludzka nie umiera w sensie kompletnego zniknięcia jej elementów z jakiegokolwiek istnienia. Tym, co umiera, jest jedynie tożsamość, skojarzenie zbioru części, który nazywaliśmy osobą. Każdy z nas jest przebraniem, jak szaman noszący warstwy szat z niezliczonymi symbolami znaczeń. Znikają tylko ubrania i dekoracje. Tym, co umiera, jest tylko nasze ludzkie znaczenie, które nadaliśmy swojemu życiu. Pod spodem, przez cały czas jest ktoś całkowicie nagi. Jeśli zrozumiemy, kim jest ten ktoś, śmierć przestanie nam przeszkadzać. Tak samo, jak czas.

Deng Ming-Dao „365 Tao: Daily Meditations. Chapter 49 – Death”, tłum. własne