To chyba wreszcie dojrzałość

To pierwsza duszna noc po pierwszym gorącym dniu. Pod oknem żywiołowe rozmowy o życiu, dziewczętach i o muzyce. Wysiadasz z taksówki. Stoję w drzwiach. Pięć długich dni spędzonych w oczekiwaniu. Ja – uciekam w pracę, aby niecierpliwość nie mierziła. Ty – siedem godzin w pociągu – z podkurczonymi nogami, tymi najśliczniejszymi nogami na świecie. Ja – łykam tabletki na sen, aby przespać to czekanie, jednak sen nie przychodzi, więc znęcam się nad jakimś strategicznym dokumentem samorządowym. Ku chwale małej ojczyzny.

Tobie, gdzieś między Tłuszczem a Małkinią, znowu śni się praca.

Budzi Cię dźwięk dzwonka. W słuchawce słyszysz mój głos. Wszystko jest uporządkowane, proste i porządne. Wymieniamy się nazwami zespołów, których słuchaliśmy poprzedniej nocy na Spontify. W Tychach i w Białymstoku.

Zostawiamy nasze dziwne przeszłości za sobą. Wiemy, że to, co się wydarza, jest wyjątkowe w swojej normalności, w dojrzałości, w zaufaniu i przywiązaniu. Oboje zmarnowaliśmy kawałek naszych żyć przez coś, co nie miało prawa się wydarzyć. Wyszliśmy z tego poharatani, ale wolni. Wykorzystajmy tę wolność jak najlepiej, dzielmy się nią. Smakujmy każdy kęs, celebrujmy każdą chwilę spędzoną razem. Przytulajmy się, całujmy, kochajmy do omdlenia. Wykorzystajmy tę wolność seksualnie.

A teraz śpisz na łóżku obok, pod wykrochmaloną kołdrą słyszę Twój miarowy, spokojny oddech. Wiem, że jesteś bezpieczna, więc i ja odpoczywam.

Doczekałem się. Jesteś. Nie chcę niczego więcej

Reklamy

Insomnia

DSCF0484Z tego wszystkiego najbardziej dokuczliwa jest bezsenność. Zgaszone światło, sciszona muzyka – brak bodźców powoduje, że mózg próbuje zastąpić tę próżnię milionem myśli, lęków, wspomnień i planów. Wszystko to się intensyfikuje, bulgocze i nie daje spokoju.

Sny na opioidach nie są snami w zwykłym rozumieniu tego słowa. Leki te nie działają wprost przeciwbólowo, ale sprawiają, że ból staje się obojętny, tak jak obojętna staje się większość spraw, które nie pozwalają zasnąć.

Opioidy wprawiają organizm w stan, w którym senność rzeczywiście przychodzi, ale w momencie zapadania w sen, kiedy wiodczeją mięśnie i pozycja minimalizująca dokuczliwe doznania przechodzi na inną, ból znowu wraca i następuje przykre przebudzenie. Taki proces trwa dziesiątki razy w ciągu jednej nocy. Zasypiasz i po kilkudziesięciu sekundach się budzisz, zasypiasz i się budzisz, zasypiasz i budzisz.

Bezsenność w nocy, w ciągu dnia skutkuje obniżonym nastrojem, lenistwem, brakiem motywacji do działania, jak również ogólnie pesymistycznym stosunkiem do otaczającej rzeczywistości.

Po dwóch tygodniach niespania, w końcu przykrywam się kocem i zasypiam na 20 godzin. Budzę się zmęczony nienaturalnie długim snem, a nierozgrzane stawy wymagają długotrwałego treningu przed spacerem dłuższym niż te do i z łazienki.

Runnin’ up

Szósta rano. Wysypiam się tu nadzwyczaj dobrze, bo przed ciszą nocną do sali numer jeden mojego oddziału na czwartym piętrze z widokiem na lądowisko helikopterów i pięknym skajlajnem puszczy wkracza siostra z naręczem przeciwbólowych i nasennych narkotyków. I zachęca, by wybierać.

Oto czas na bezbolesny sen, na głębokie, realistyczne marzenia senne, na poranki z dobrym nastrojem.

I nie przeszkadzają już obce zapachy starszych współtowarzyszy, jęki pooperacyjne, parsknięcia salowej z białoruską chustką na głowie. Po obudzeniu bez lęków i z wypoczętą głową czytam z uważnością, pozwalam, aby Kurt Vile – choć słucham tej płyty już po raz tysięczny – mościł się i sadowił swoim spokojem i przestrzenią i tą fruwającą gitarą i tym wyluzowanym głosem w całej mojej głowie.

Siódma piosenka o jesieni jest o potencjalności

W jednym z pierwszych wierszy Czesława Miłosza jest zachwycający fragment poświęcony porankom.

Niebo pękało o świcie, ukazując bezwstydne mięso słońca. / Ziemia, poryta tunelami, wstrząsana dreszczem pierwszych pociągów, syczała.

Kłopoty ze snem mają jedną wielką zaletę. Zasypianie i wybudzanie się co kilkadziesiąt minut oznacza bardzo intensywne przechodzenie z jawy, wprost w fazę REM. Wtedy marzenia senne są najbardziej intensywne i dojmujące, a granica między świadomością a jej brakiem właściwie umowna.

Wtedy wszystkie „gdyby” są blisko i o świcie wszystko dokładnie pamiętam. Wtedy sny są bardzo blisko aktualnych przeżyć i myśli. Bezsenność ma swoje dobre strony.

Kiedy budzisz się co kilkanaście minut, kilkadziesiąt razy w ciągu 4 godzin snu, wejście w lucid dreaming jest właściwie tylko kwestią chęci. To żadna magia ani ezoteryka, świadome śnienie to czysta fizjologia i bardzo pouczające doświadczanie swojego ciała. Leśmian nazwał Dusiołkiem tego pana, który przychodzi w momencie, kiedy się zasypia, a świadomość zapomina się wyłączyć. Mięśnie klatki piersiowej i przełyku wiodczeją, wchodząc w stan odpoczynku, a zasypiający czuje, jakby był przyduszany. Należy zaprzyjaźnić się z Dusiołkiem.

Od „gdyby” do tej bardzo namacalnej cielesności jest bardzo blisko. Pamiętam, jak którejś zimy, kilka lat temu, jeździłem mroźnymi świtami do pracy, dwieście kilometrów krajową „ósemką”. To była naprawdę mroźna zima, a ta droga, pełna tirów, ma może dwa prawdziwe zakręty. Dwieście kilometrów prostej asfaltowej nitki. Uwielbiałem wstawać o czwartej, mijać tiry na tej oblodzonej, pełnej kolein drodze, by na ósmą być w biurze na Fredry, a potem wracać w nocy tą samą trasą, kłaść się o dwudziestej trzeciej na swoim materacu, by następnego dnia powtórzyć ten sam rytuał. To było fizycznie ciężkie, ale nadawało życiu sens i cel. Nie było nad czym się zastanawiać, a zasypiało się w ciągu kilkunastu sekund. I o niczym się nie śniło.

Didymosa kuszenie snem

W drugim ważnym wierszu Różyckiego („Magia”) mamy klasyczną grę o sumie zerowej. Do poety oczekującego na sen, przychodzi Didymos, aby go kusić. Poeta wybiera, czy mówić „to, co ciemne”, czy „to, co czarne”, co samo w sobie jest dylematem zgoła tragicznym, zwiastującym, że pragnący snu powinien oczekiwać inspekcji najbardziej dosłownych aspektów minionego dnia. Stąd ta krew, którą spisuje się te codzienne historie, stąd chciwość, bo przecież skoro codzienne historie nie mają głębi, to wypijmy je aż do dna. A wszystko to z desperackiej, tragicznej potrzeby snu.