Tarnobrzeg

Wielowymiarowość świata przejawia się w jego wielowarstwowej strukturze, przypominającej płyty tekttonicze albo układ poszczególnych wartstw kemowego ciastka z truskawkowym nadzieniem. Podróż, szczególnie ta powortna, do miejsca, które odkryło przed wędrowcem swoje centra i manowce, to ciekawskie odkrywanie kurzu na powierzchniach, które się kiedyś widziało, wąchało, dotykało, jadło, lizało. Ten kurz czasu przykrywa wszystko – tamte rzeki, które od tego czasu zdążyły mienić bieg, te restauracje i bary o inych nazwach i innym asortymencie, te już nie brukowane ulice, te już nie zwykłe, ale oświecowone świecowymi nabberami neonów. Warstwy zapominania przykrywają także ludzi, jak łuszcząca się skóra na rękach i piętach, jak słoje dorastających co roku i kilka milimetrów brzozy drzew.

W tarnobrzeskim rynku, okrytym całymi wieczorami ciemnością, rynku ani ładnym ani brzydkim, ani wielkim ani dużym, w miejscu gdzie powinien znajdować się ratusz, jebie prostu w oczy adresywny żółty szyld „Biedronki”. Światło z tego miejsca oświetla cały rynek, a z tej jasnej groty wychodzą i wchodzą, jak z betlejemnskiej stajenki, zadowoleni ludzie z zakupami, by po chwili znikać w zakamarkach drukondygnacyjnych kamienic, krętych uliczkach w różne strony.

Jaki ślad pozostanie po mojej kilkugodzinnej wizycie w Tarnobrzegu? Czy tej lśniący bezczelnie, dominujący wszystko neon, będze tą warstwą, która przyćmi brudny hotel w kształcie statku pirackiego, gdzie nocowałem, pizzerię, gdzie pijani chłopcy pokazywali kelnerkom swoje małe spocone  fiuty i blade owłosione tyłki? Księgrnię, w której coś kupiłem, choć nie wiem co? Telefon, który wykonałem do bardzo ważniej osoby, choć już nie pamiętam, z kim wtedy rozmawiałem?

Reklamy

Kraków

Lśniący wieczorną mgłą i tłuszczem z kebabów bruk Floriańskiej kilka godzin po zmierzchu. Tam, gdzie kiedyś była „Święta Krowa”, ta mała indyjska knajpka, w której zamiast stolików i krzeseł były same łóżka wyściełane orientalnymi kocami, rzyga łysy Angol w koszulce Arsenalu. Widocznie sushi nie smakowało.

Nie znam tego miasta. Nie jeżdżę jego tramwajami, nie korzystam z jego taksówek. Nie znam jego przedmieść, a tylko przedmieścia mówią o miejscu całą prawdę. Mieszkam zawsze w jednym z dwóch tanich moteli, gdzie za stówę jest jedynka ze śniadaniem. Słowackiego albo Szlak, bo blisko do dworca i blisko do Rynku. Jestem tu zawsze na chwilę, na kilka godzin, najwyżej na 2 dni. Dłużej i tak bym nie wytrzymał. Tutaj jest za duszno, tutaj zawsze w ciągu jednego wieczoru spotyka mnie tyle, co przez pół roku w mieście, gdzie żyję na co dzień. W drodze z gór do domu, coś mnie zawsze skłania, aby tu pobyć na chwilę, ale jak tylko wychodzę z dworca i schodzę szerokim pasażem w to hałaśliwe, tandetne, brudne i niebezpieczne przejście podziemne między Basztową a Lubicz, cuchnące chińskimi ciuchami i oscypkiem, od razu chce mi się uciekać z powrotem.

Nie mogę wrócić, bo przyjechałem tu po to, aby uciec. Nie ma odwrotu od tego zaklętego kręgu „Rynek, Szewska, Planty”. Wyłączam telefon, nie sprawdzam poczty, nie wchodzę na fejsbuka. O kolejny rok starszy, odwiedzam te kilka znanych miejsc: antykwariat przy Szpitalnej, w którym rządzi wielki, gruby biały kocur, most Powstańców Śląskich z widokiem na piękne Pogórze, „Zwis” w Rynku Głównym, gdzie mimo upływających lat zawsze jestem najmłodszym klientem i „Piękny Pies” na Stolarskiej, gdzie można siedzieć do rana. A następnego dnia śniadanie na Brackiej i internet u Księdza.

A potem wsiadam w ekspres do Warszawy i kiedy mijam Tunel, wtedy ziemia staje się znowu zupełnie płaska.

Błazny i złodzieje

  • Siedem godzin oczekiwania w przedziale pociągu pośpiesznego relacji Olsztyn-Kraków nie ma w sobie nic z Zen podróży. Jesteśmy w Piasecznie. Siedzący naprzeciw starzec-inwalida I grupy, niedowidzący i z niedowładem stanowczo żąda dalszej jazdy. – Na trakcję spadło drzewo, była wichura – ze spokojem tłumaczy drobna brunetka-konduktorka po ćwiczeniach z asertywności i trudnego klienta. – Nic mnie to nie obchodzi, jako inwalida pierwszej grupy domagam się natychmiastowej jazdy! Ten niedowidzący, siwy pan z irytacją co chwila wciska przycisk swojego telefonu, informujący go, że od ostatniej minuty minęły tylko jedna minuta. Pani obok obawia się o swoją palmę, która już na pewno zmarzła z powodu niedomkniętego balkonu, gdzieś w Jędrzejowie, cholera. Pali papieros za papierosem. Za moimi plecami jest kibel, a za kiblem ostatnie drzwi tego nieruchomego pociągu. Trwa tam Loża Narzekaczy na Polskie Koleje Państwowe. Przy papierosie i zaciśnietych ustach. Piaseczno pełną parą, jak wszystkie te podwarszawskie miejscowości: Skierniewice, Grodzisk, Tłuszcz, Rembertów, pełne są ludzi o zmęczonych twarzach, nieufnych spojrzeniach, pełnych złości i parcia po swoje. Jednodniowi, cykliczni warszawscy emigranci: noc w Warce, dzień w Warszawie, od świtu do nocy, pociągi i puszki z Żubrem. Żeby zasnąć, dotrzeć do domu, położyć się spać i wstać gdzieś o czwartej. Ci ludzie do zajmowania miejsc w kolejce używają łokci, nie chcą się przyznać do „dzień dobry” i „dziękuję”. To dokładnie ci ludzie, którzy już nie raz trącali cię po łydkach koszami na zakupy, kiedy stałeś w kolejce w supermarkecie, a kiedy się odwracałeś, udawali, że nic się nie stało.
  • Kraków między drugą a trzecią nad ranem w środku tygodnia w najbardziej obrzydliwej porze roku. Cała Polska jest teraz pogrążona w mroku, wilgoci i nieświeżym oddechu trawionych przez sen czterech piw Tatra Mocne. A Kraków jest takim niesamowitym mikroświatem. Też mokrym i wilgotnym, ale jednak żywym. Ulubiona krakowska zapiekanka z dziury w ścianie jakiejś kamienicy przy Kanonickiej była spożywana w towarzystwie  mało świadomych tego, co się dzieje wokół nich młodzieńców. Pochodziłem trochę w okolicach Sławkowskiej, św. Tomasza i Stolarskiej. A potem wsiadłem w osobowy do Krosna (4.07), z którego zobaczyłem małopolski świt.
  • W drodze powrotnej z Egeru (moja wycieczka do tego miejsca miała po raz pierwszy charakter zorganizowany, narodowy, imperialistyczno-polski i przez to była – bez przesady – liminalnym doświadczeniem) wysiadam w środku nocy na krośnieńskiej obwodnicy. Nocnych żeglarzy halsujących po ulicach miasta pytam o drogę do dworca. W taki październikowy świt jedynym elementem żywym na takich dworcach są nieliczni taksówkarze, którzy niczym hieny czają się na zmęczonych podróżą turystów, aby zaproponować im nieakceptowalne stawki. O piątej trzydzieści otwierają poczekalnię i knajpę w budynku dworca. Knajpa ma więcej klientów. W ponurych, ciemnych wnętrzach zszarzałych dymem papierosowym ci klienci – dwudziestotletni robotnicy na pierwszą zmianę – zamawiają dwie setki i piwo. A ich twarze wyglądają co najmniej na czterdzieści lat. Pierwszą setkę wypijają jeszcze przy barze, kiedy kelnerka leje piwo i drugie sto. Biorą jedno w jedną rękę, drugie w drugą i dosiadają się do codziennych towarzyszy. Piją w milczeniu, co chwila ze znudzeniem zerkając na zawieszony pod sufitem telewizor. Ożywiają się tylko, kiedy dziennikarz mówi o brakach prądu na Podkrapaciu i wsiach odciętych od świata.
  • Wysiąść na samym początku Lutowisk, przy ośrodku zdrowia. Dostać znowu po twarzy tym samym otryckim wiatrem. Popatrzeć przez chwilę na grzbiet pasma, zasłonięty przedpołudniową mgłą. W sklepie zrobić zakupy, osłonić kalosze torebkami firmowymi Delikatesów Centrum, przejść obok szkoły, przystanku i starego cmentarza. Tam rozpocząć marsz pod górę wąską asfaltówką. Przy ostatnich zabudowaniach skręcić w prawo. Wejść w śnieg. Po kilkuset metrach brnięcia po pas poddać się i zawrócić.
  • Otryt o tej porze roku to widok osobliwy. W końcu decyduję się podjechać na drugą stronę, do Dwernika, i spróbować wejść stamtąd. Wejście przetartę przez bohaterską dziesięcioosobową grupę, która tej nocy wdrapywała się prawie na przełaj. Więc duża improwizacja na temat niebieskiego szlaku, wiodącego normalnie na górę. Idę po ich śladach, które czasami odbijają od szlaku nawet na kilkadziesiąt metrów. Droga pozawalana jest konarami drzew. Widok przerażający dla każdego, kto wchodził tam kiedykolwiek o dobrych warunkach. Idzie się wąskim korytarzem śniegu sięgającym chwilami nawet do piersi. Idzie się ciężko, bo śnieg jest mokry. Zwały białych brył leżą na niekiedy jeszcze zielonych liściach drzew i co chwila spadają razem z gałęziami to tu, to tam.
  • W Chacie przewidywalnie i jak zwykle. I dobrze, bo tego „jak zwykle” było mi potrzeba. W lutym znienawidziłem to miejsce i obiecałem sobie, że nigdy tu nie wrócę. Wróciłem szybko i bałem się tego powrotu. A jednak, było wspaniale, choć to jedna z takich rzeczy, których nie da się w dwóch zdaniach opisać ani zrozumieć. To jest chyba to miejsce z pierwszych wersów „All Along the Watchtower”. gdzie spotykają się wszyscy błaźni i złodzieje, którzy nie potrafią nigdzie zaznać ukojenia. Uciekają z zamieszania na dole, bo nie ma tam niczego, czym warto się podniecać. Życie nie jest żartem, ale o tym wie tylko księżniczka na wieży, otoczonej ciemnością. Kiedy siedziałem na werandzie i grałem tę piosenkę do nocy, byłem przekonany, że ta wieża jest właśnie tam.

Tak jak nie da się zrozumieć i opisać tego, co bardzo dobre, podobnie, trudno zrozumieć i opisać to, co straszne i tragiczne. Tą drogą poszedł wtedy Jarek.

Ściany w brokacie

Kiedy szliśmy dzisiaj w Jarocinie ulicą Wrocławską w stronę centrum i kiedy zobaczyliśmy w końcu barokowy ratusz w rynku tak bardzo przypominający ten dukielski, pomyślałem, że takich ziejących chłodem i pustką małomiasteczkowych rynków jednak bardzo nam potrzeba. Jeszcze dwa lata temu, w podobny czwartkowy wieczór, rynek mojego miasta był o tej ósmej czy dziewiątej wieczorem całkowicie pusty. Brak w nim było ludzi, jeśli nie liczyć przekomarzających się podniesionym głosem bezdomnych, toczących debaty o wysokim stopniu emocjonalnego zaangażowania. Świadczył o tym głos niosący się od Fary do Ratusza, od Surażskiej do Spółdzielczej i jeszcze dalej. Te rynki się przechodziło albo obchodziło z dala, bo nic przyjaznego nie mogło cię na nich spotkać. O tych miejscach mówiło się „rynki”, choć rynkami nie były od dawna.

No więc taki był dzisiaj rynek w Jarocinie. A może – nie tyle był jakiś, co nie był taki, jak dziesiątki podobnych miejsc w Polsce. Nie tyle cokolwiek na nim zobaczyłem, co wiele nie udało mi się zobaczyć. Nie widziałem ogródków piwnych z barbie przy kawie (jak u Staszewskiego),  filii banków i Romów o smutnych oczach, nie poczułem zapachu perfum i chłopców na motorach. Nie zobaczyłem tam niczego, co spodziewałem się zobaczyć.

W jarocińskim rynku usłyszałem tych białostockich kloszardów sprzed dwóch lat. Poczułem ten sam wiatr, który prześwistywał od bramy przy Delikatesach do wlotu Spółdzielczej, przefruwając przy okazji przed te krzaki, w których owi kloszardzi pomieszkiwali. Siedząc w jedynej otwartej knajpie, próbując jeść coś, co stanowiło połączenie hamburgera, hot-doga i kebaba i patrząc na ścianę przyozdobioną brokatem, na której wisiał telewizor nadający VIVA Polska i niemieckie teledyski z podpisami po polsku, pomyślałem, że te prowincjonalne miasta, które nie są miastami i te rynki, które nie są rynkami, są jednak na wskroś polskie i dobre. Polskie, bo dobre. Dobre, bo polskie.

Poranna publicystyka, puszczańska niewyraźność

Miałem ostatnio wielką przyjemność „zadebiutować” publicystycznie dwoma tekstami w „Kurierze Porannym„. Pierwszy poświęciłem wielkiemu – moim zdaniem – paradoksowi miasta, w którym obecnie mieszkam. W tym mieście, po wojnie, rynek – podobnie jak setki innych rynków w setkach innych miast – został przez komunistów zadrzewiony. Powody można wskazać co najmniej dwa: przerabianie rynków na „skwerki” miało na celu wymazanie miejsca, które zazwyczaj było kojarzone z żydowskim handlem, i które zazwyczaj były opanowane przez Żydów. Drugim powód jest dużo bardziej oczywisty: rynek – marketplace – to symbol i destylat kapitalizmu. Nic więc dziwnego, że przez kilkadziesiąt lat białostocki ratusz otaczał przaśny „skwerek”, heroicznie broniony niedawno przez lokalnych ekologów. Skwerku już nie ma, jest za to plac z knajpą „Esperanto”, deskorolkarzami i żydowską buzą. Po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza powstaje drugi plac, przeznaczony do celów narodowo-religijnych. Przeniósł się tam marszałek Piłsudski, a obok pomnika postawiono biało-czerwony, groteskowy maszt, który jako żywo przypomina mi maszt na środku polany w Poddębiu, gdzie jeździłem na obozy harcerskie. Jestem przekonany, że ten w Poddębiu był wyższy i porządniejszy.

Fakt, iż będziemy mieli miało dwa rynki jest dla mnie symbolicznym dowodem na rozdwojenie tożsamości społecznej tego miejsca, a właściwie dwóch miast: Białegostoku kosmopolitycznego, żydowskiego, wielokulturowego oraz Białegostoku narodowo-katolicko-prawosławnego. Pierwszy tworzony jest tak naprawdę „z zewnątrz”, drugi tworzy ludność przybyła do opustoszałego, spalonego miasta po wojnie. Białystok narodowo-katolicki dokonuje klasycznej operacji wypierania żydowskiej przeszłości miasta, nie jest w stanie zaakceptować jego kosmopolityzmu i dlatego buduje swój własny plac do swoich własnych rytuałów.

Artykuł o dwóch rynkach spotkał się z ciepłym przyjęciem znajomych, jednak wielu czytelnikom artykuł się nie spodobał. Głównym zarzutem było wyolbrzymianie problemu, którego albo nie ma, albo jest mało istotny. Zarzut to poważny i można nań odpowiedzieć albo po Freudowsku, tłumacząc to wypieraniem przez czytelników przykrej prawdy o tym, że są w tym mieście w gruncie rzeczy gośćmi, ukrytym antysemityzmem itd. Jako że psychoanalizy staram się nie traktować poważnie, na zarzut o wyolbrzymianiu odpowiedziałbym hipotezą o pewnej chorobie zawodowej, wyczuleniu na z pozoru mało istotne symbole, które przy określonej wrażliwości urastają do kwestii wartych pogłębionego traktowania.

Tutaj daję link do artykułu „Dwa rynki, dwa miasta”.

Drugi artykuł ukazał się dosłownie wczoraj. Pierwotnie miał dotyczyć migracji białostockich licealistów do Warszawy i innych wielkich miast i zastępowaniu ich młodymi elitami z podbiałostockiej prowincji. Miał to być pretekst do kilku tez o braku kapitału społecznego, a wyszedł tekst o braku elit – trochę z inspiracji redaktorów Kuriera, którzy zaproponowali nieco inny w stosunku do pierwotnego tytuł.

Z pierwszych komentarzy na forum wynika, że ludzie dostrzegają sam problem i jego wagę. Sam artykuł jest krytyczny wobec białostockiej rzeczywistości, a takie autosceptyczne podejście jest w Białymstoku rozumiane i podzielane. Mam nadzieję, że pozytywne przesłanie tekstu – apel do zatrzymywania w mieście młodych i ich energii oraz przyciąganie młodych, którzy przyjadą tu nie z konieczności, ale ze świadomego wyboru, również będzie przez czytelników odczytany i zaakceptowany. Uważam, że jeżeli w Białymstoku powstaną elity, to tylko pod warunkiem wychowania ich w otwartym, nowoczesnym mieście. A jedynym realnym na to sposobem jest prestiżowa, wygodna uczelnia wyższa z wielką biblioteką i najlepszymi naukowcami. Uważam, że taka inwestycja jest w Białymstoku możliwa i bardzo szybko zmieni miasto nie do poznania.

Tutaj daję link do artykułu „Białystok potrzebuje elit”.

Wczoraj krótka wycieczka do Białowieży, przy okazji przewożenia za pieniądze pary niemieckich turystów. Białowieski park oznajmia o nadchodzącej jesieni spadającymi liśćmi. Wczoraj te powoli usychające liście ociekały wodą, wszystko lśniło. Pora roku jest w tym momencie bardzo nieokreślona: już nie lato, jeszcze nie jesień. Wziąłem ze sobą aparat i zrobiłem kilka zdjęć tym aparatem.

Rynek żyje dzięki buzie

www.poranny.pl
Fot. Wojciech Wojtkielewicz, http://www.poranny.pl

Nowy rynek w Białymstoku zaczyna żyć. Po wschodniej stronie ratusza marszałek Piłsudski powoli szykuje się do przeprowadzki, a po stronie zachodniej właśnie uruchomiono Cafe Esperanto. Kelnerki są, jak na razie, całkowicie zdezorientowane i pogubione, ale pomysł na całodobową knajpę w samym sercu miasta jest genialny. W Cafe Esperanto jest co prawda drogo, ale chciałbym zobaczyć to miejsce w jakiś piątek lub sobotę, dwie lub trzy godziny po północy. Powinno ożywiać ten na razie senny rynek.

W Cafe Eksperanto uroczo nieporadne kelnerki podają słynną buzę – przedwojenny napój przywieziony do Białegostoku przez uchodźców z Macedonii, wyrabiany z kaszy jaglanej, słodko-kwaśny w smaku. Przed wojną w mieści roiło się od buzn – lokali sprzedających ten orzeźwiający, bezalkoholowy napój. Świetnie, że po sześćdziesięciu latach mamy w Białymstoku pierwszą po wojnie buznę. Co prawda taki lokal, aby odpowiadał bardziej chłopsko-robotniczemu charakterowi miasta, powinien być bardziej ludowy i zgrzebny, zaś w tej chwili bardziej sili się na eksluzywność niż jest eksluzywny w rzeczywistości (uporczywe zwracanie się do dwóch osób o tej samej płci per proszę państwa to, doprawdy, mało eksluzywne). Rozumiem jednak, że bezrobocie się już w Polsce skończyło i przyjmuje się do pracy tych, którzy się zgłoszą…

Myślę, że jest w Białymstoku miejsce na tani lokal o charakterze robotniczo-chłopskim, do którego przychodziliby pewnie co prawda głównie studenci z ludomańskim zacięcie (a nie chłopi i robotnicy, bo oni chętniej bawią się wieczorami na blokowiskach takich jak moje Dziesięciny.) Tam koniecznie powinno się sprzedawać buzę w kuflach. Powinno się tam grać żydowską muzykę, powinno być ciemno, zatęchle i nieco niebezpiecznie. Jak na razie mamy Cafe Esperanto, co też w gruncie rzeczy nie jest złe. Wybieram się tam dzisiaj w nocy, żeby sprawdzić, czy rynek już ożył.

Jedwab? Raczej terakota….

Mówi się, że w takich momentach wszechświat zwija się w mały rulonik, rozlega się donośne „plum” i następuje koniec świata. Takie właśnie miałem odczucie, kiedy przechodząc dzisiaj Rynkiem Kościuszki usłyszałem od strony miejskiej ślizgawki nową interpretację piosenki legendarnych Róż Europy:

Problem miejskiego lodowiska i – w szczególności – nadawanej na nim muzyki jest zagadnieniem domagającym się odrębnego potraktowania. Dzisiejszego wieczoru, wracając z całkiem przyjemnego seansu filmowego w sali kameralnej kina Pokój, i słuchając z konieczności w atmosferze dogorywającego weekendowego wieczoru ośmieszonego, odartego z bezpretensjonalności, subtelności i delikatności „Jedwabiu” miałem głębokie i fundamentalne poczucie nieadekwatności. Coś było nie tak i jednocześnie wszystko było nie tak.