Malwy białostockie

SONY DSC

Szorstkość i zimna woń liści pelargonii rosnących na parapecie południowego okna w mieszkaniu moich dziadków przy Broniewskiego 8c jest moim najgłębszym wspomnieniem tego miejsca. Pelargonie rosły w donicach przy wyjściu na balkon. Pod parapetem babcia trzymała plastikowe baniaki na wodę. Pod parapetem chodziły też mrówki, które babcia tępiła octem wymieszanym z wodą.

Oślepiający blask słońca docierającego przez zasłonę i firankę do tego pokoju z balkonem, w którym zawsze było gorąco i duszno, gdzie były dywany z wizerunkiem Jezusa zawieszone na ścianach i gdzie był telewizor Rubin na honorowym miejscu wielkiej meblościanki wypełnionej zastawą i kryształami, z szufladą pełną smakołyków zamykaną na klucz, to moje najważniejsze wspomnienie mieszkania dziadków w bloku przy Broniewskiego 8c.

Z balkonu tego mieszkania można było po metalowych schodkach zejść do ogrodu, w którym babcia pielęgnowała ogórki, pomidory, koper, cebulę i pietruszkę. Przy płocie zawsze było miejsce na rabarbar i malwy. Zapach tych pelargonii, tego ogródka z wielkimi krzakami kopru, tych malw przerastających mnie o kilka głów i kwaśny smak tych zielonych truskawek ubabranych w piachu, które jadłem potajemnie w połowie czerwca to równie ważny, jeden z niewielu, przebłysków mojego dzieciństwa.

Moja druga babcia, mieszkająca na podlaskiej wsi, też ma przy płocie malwy. Malwy są przy prawie wszystkich podlaskich płotach. Malwy są przy wszystkich płotach domostw, w których mieszkają babcie.

SONY DSC

Te malwy zobaczyłem przejeżdżając przez Rybaki. Wieś ma kilkanaście domostw i leży kilka metrów od wielkiej tamy na Zalewie Siemianówka, który zbudowano 40 lat temu, zalewając kilka innych podobnych wsi z drewnianymi chatami i malwami przy płotach. Rybaki ocalały i teraz witają przypadkowych gości tymi obłędnymi malwami. Przypadkowych, bo nikt tam nie przyjeżdża, a jedyna droga kończy się ślepo przy tamie.

„Malwy białostockie” wymyślił poeta Stefan Kubiak, a rozsławił Czesław Niemen śpiewając wyjątkową piosenkę o Polsce. W zgiełku awantur, intryg, oszustw i niesprawiedliwości, tych wyłącznie moich i tych, o których wszyscy mówią na ulicy, najpiękniejszą Polską jest kraj begonii na balkonach, pelargonii w kolorowych ogrodach działkowych i malw przy wiejskich płotach.

 

 

Moja babcia Ania Głowacka ma już prawie dziewięćdziesiąt lat i czasami mnie wkurza

IMG_1489.jpg

Moja babcia Ania Głowacka ma już prawie dziewięćdziesiąt lat i czasami mnie wkurza – wtedy kiedy gdy ją od święta odwiedzam i gdzieś tam podwożę. Najczęściej, gdy jedziemy na groby jej bliskich: rodziców, krewnych, no i dzieci.

A wkurza mnie wtedy, gdy wydaje instrukcje z fotela pasażera: „teraz w lewo”, „uważaj na te kwiatki co tu sprzedają”, „teraz można trochę szybciej, a tam zwolnij”… itd… Oczywiście karnie stosuję się do instrukcji babci, ale w środku jednak gotuję.

Wszystko to rekompensuje ilość wiedzy o mojej rodzinie od babci, którą dostaję podczas zaledwie kilkugodzinnych wizyt.

Dzisiaj byliśmy z babcią i jej córką (moją mamą), na dwóch cmentarzach, w Boćkach i Dziadkowicach, na których pochowane są osoby z tej strony rodziny. Najpierw wizyta na grobie męża Ani, a mojego dziadka. Wjeżdżamy tam zawsze autem pod sam nagrobek, bo babcia ma kłopoty z chodzeniem. Na srogie i pełne oburzenia spojrzenia rozstępujących się przed nami przechodniów uchylam okno i odpowiadam: „proszę mi wybaczyć, ja tu wiozę moją babcię Annę Głowacką do grobu jej męża Józefa, który nie dość, że układał w intencji parafii własnoręcznie posadzkę, po której tu jedziemy, ale montował dzwon na kościele św. Józefa, a także wiele innych prac dla lokalnej społeczności, państwo Głowaccy są rodziną niezwykle poważaną w Boćkach i okolicach familią”. Po takiej wiąsze nie ma takich, którzy by się z pokorą i przeprosinami w oczach nie rozstąpili.

Potem najsmutniejsza część wędrówki: zapalanie zniczy przez matkę na grobach swoich dzieci: babcia pochowała dwie córki – jedną niedawno, po osiągnięciu przez nią sześćdziesiątki, jednak tą śmierć przeżywa bardzo każdego roku. Trudno pomyśleć, jak przeżywała śmierć dziecka, która spotkała ją na początku stycznia 1950 roku. 13 grudnia 1949 roku urodziła się im córka, Wanda. Mieszkali na kolonii wsi Żurobice, przy lesie, w prymitywnej, drewnianej chacie połączonej jedną ścianą z oborą. Była mroźna zima i gdzieś przed Świętami Bożego Narodzenia noworodek zapadł na zapalenie płuc. W tych czasach, w tym miejscu na Ziemi, był to wyrok śmierci. Nowy rok powitali pogrzebem.

img_1488Podczas podróży do Dziadkowic rozmowa o infrastrukturze drogowej w tych rejonach. Moja mama pamięta jeszcze bruk na całej trasie Bielsk Podlaski – Siemiatycze (dalej się wtedy nie zapuszczano) i jak gdzieś w latach 60. wylewano tam pierwszy asfalt, a babcia pamięta jeszcze, gdy miasta te dzieliło zwykłe klepisko, w którym po deszczach chodziło się po łydki w błocie. Boso, nawet w drodze do kościoła, bo buty niosło się wtedy w rękach i zakładało już przed samym budynkiem.

Na końcu – wizyta na grobie rodziców Anny. Józef i Antonina Brzezińscy urodzili się jeszcze w XIX wieku. Dziadka nie pamięta żadne z moich wujków i cioć, ale babcię – już wszystkie. Moi dziadkowie większość czasu spędzali na pracy w polu, a obowiązki wychowawcze pięciorga dzieci urodzonych w zasadzie co drugi rok, spełniała babcia Antonina. Nigdy na żadne nawet nie krzyknęła, a rodzicom po powrocie z pracy zawsze mówiła, że dzieci dobrze się sprawowały. Nie chciała spać na łóżku, spała tylko na szczycie kaflowego pieca. Nigdy nie była u lekarza, nigdy nie pobierała żadnej renty ani emerytury… Zmarła ze starości…

Moja babcia doczekała się dziewiętnastu prawnuków. Ten dziewiętnasty to mój syn.

Choć poświęcone śmierci, takie dni niosą z sobą coś dobrego.

Wczoraj byłem na grobie ojca i dziadków. Jutro idę na grób pradziadków ze strony ojca i do innych moich przyjaciół, którzy odeszli.

Gnojek

Przez ostatnie cztery dni dzieliłem szpitalną salę z osiemnastoletnim  gnojkiem z Warszawy.

K. cerpi na wrodzoną łamliwość kości. Takich złamań miał już w życiu trzydzieści. Stoi przy oknie i – trach! – piszczel. Otwiera auto – trach! – ramię. I tak przez całe życie. Zanim zdiagnozowano mu tę łamliwość, K. zdążył już złamać się wielokrotnie. I teraz też się łamie.

To znaczy, właśnie o to chodzi, że się nie łamie.

Obserwowałem tego gnojka przez te kilka dni bardzo uważnie. Przebywając z konieczności dwadzieścia cztery godziny na dobę w jednym pomieszczeniu, musieliśmy ustalić między sobą pewne relacje. Dzięki jego bystrości i czemuś, co  stanowiło niezwykłe połączenie skromności, inteligencji, pokory, ale też takiej gówniarskiej bezczelności, traktowaliśmy się po partnersku, jednocześnie zachowując pewne naturalne dystanse wynikające z różnicy wieku, wykształcenia i doświadczeń. Słuchał mnie z nieudawaną uwagą, kiedy popisywałem się pseudoerudycyjnymi akrobacjami, ale zawsze miał coś do dodania.

K. to – wbrew temu, co piszą gazety – typowy prawicowiec. Prywatne katolickie liceum, rodzina lekarska, kościół co niedziela, prawdopodobnie jakieś szlacheckie rodowody. Mieszka gdzieś pod Warszawą (pewnie domek z ogrodem w jakimś Komorowie, Kostancinie albo Podkowie Leśnej), ale mówi, że nie zna nikogo, kto by głosował na PO. K. stanowi żywy dowód na to, że posiadając mocny kręgosłup moralny, system wartości, fundament poglądów politycznych, można nie popaść w niezdrowy dogmatyzm.

Prowadziłem z tym gnojkiem dyskusje, których nigdy bym się przed nikim nie powstydził. Chujowy interlokutor sprawia, że sam stajesz się chujowym interlokutorem. Dyskusje z K. były inspirujące, twórcze i ciekawe. Otwarty umysł, odważny, ale pozbawiony zacietrzewienia, wyposażony w pewien zasób wiedzy koniecznej, ale pozbawiony tego całego ogromu wiedzy niepotrzebnej.

Nie miałem najmniejszej ochoty zmieniać tego gnojka, bo widziałem, jak rozmawiając z nim, sam się rozwijam.