Codziennik szósty – o uważności

DSC_2878.jpg

Może z dziesięć lat temu kupiłem i przeczytałem „Cud uważności” wietnamskiego mnicha Thích Nhất Hạnha. Pamiętam, że ta książka zrobiła na mnie spore wrażenie. Byłem wtedy na etapie utwierdzania się w moich sceptycznych co do istnienia Boga lub bogów poglądach. Połykałem garściami książki Dawkinsa, Hitchensa, Denetta i Davisa i to mi właściwie wystarczyło, by zrezygnować z Boga jako elementu uzasadniającego moje poglądy moralne, antropologiczne, społeczne i duchowe. Nigdy nie wyszydzałem jednak instytucji kościelnych, które uważam za bardzo ważny element scalający społeczeństwa w czasach, kiedy wiedzieliśmy o świecie wiele mniej, niż wiemy dzisiaj.

Smuci mnie reakcja przedstawicieli polskiego Kościoła Katolickiego na coraz częstsze żądania oczyszczenia się z różnych patologii, które się za nim toczą i zniechęcają ludzi do coniedzielnej mszy. Smuci mnie, bo również dla mnie – ateisty – katolicyzm jest ważną częścią historii mojego narodu, ważną częścią tradycji i kultury. I – gdybym miał tylko na to wpływ (bo nie miałem) – ochrzciłbym mojego syna w kilka tygodni po jego urodzinach. Bo chrzciny są nie tylko aktem religijnym, ale zakorzenionym głęboko w polskiej tradycji rytuałem.

Jaki ma to związek ze wschodnimi, buddystycznymi technikami uważności (mindfullness), które teraz studiuję i próbuję praktykować? Kiedy dekadę temu czytałem książkę Thích Nhất Hạnha po raz pierwszy, z tyłu głowy miałem głos, że to przecież kolejna wiara w Boga, tyle że innego. I ta cała medytacja, to jest taki różaniec, tylko że tybetański….

No i do pewnego stopnia nie myliłem się. Katolicki różaniec to też forma medytacji, działająca w dużym stopniu podobnie, jak medytacje dalekowschodnie. Poprzez zastosowanie różnych technik (powtarzanie, słuchanie dźwięków, intensywne myślenie o czymś) ludzie wprowadzają się w stany, które dają im, zależnie od potrzeb: ekscytację, spokój, sen, powstrzymywanie się przed snem, odwagę itp. Medytacja polega na osiągania tych stanów wyłącznie za pomocą pracy nad własnym umysłem.

Podobają mi się opinie tych, którzy nie wiążą medytacji z żadną metafizyką i którzy uznają ją po prostu jak pracę nad własnym umysłem. Dla jednych wyłącznie kontakt z Bogiem może dostarczyć ukojenia i szczęśliwości. Medytacja „uważności” proponuje wyłącznie ponowne nawiązanie kontaktu z własnym ciałem – przyjrzenie się temu, jak działają nasze organy, co odbierają nasze zmysły. Jest to dla mnie wyjęcie istoty potrzeb duchowych człowieka z całego tego instytucjonalnego, filozoficzno-religijnego anturażu.

Bo choć to wydaje się niewiarygodne, dziesięć świadomych, głębokich i spokojnych oddechów może dać nadzieję, cierpliwość dla złych ludzi i spokój w oczekiwaniu na Małego na cały dzień.

Reklamy

Co było pierwsze: jajko, czy kura?

egg

Lubię sobie czasami poczytać Biblię. W zasadzie to czytam ją co kilka dni, co – podejrzewam to z niepokojem – jest wynikiem znacznie przewyższającym polską średnią. Nie zdziwiłbym się, gdyby ta średnia wśród ateistów była wyższa, niż wśród wierzących. Myślę wręcz, że katolików raczej nie zachęca się do studiowania Biblii. Warto ją mieć w domu, oczywiście, na wypadek wizyty księdza, żeby stała w ładnej okładce za szybą w meblościance, ale obawiam się, że studiuje się ją w polskich domach raczej rzadko. Lepiej posłuchać wykładni na kazaniu, niż samemu coś tam analizować. (Obym się mylił.)

A szkoda. Bo wystarczy przeczytać pierwsze dwadzieścia wersów Starego Testamentu, aby odnaleźć odpowiedź na fundamentalne i dotąd nie rozstrzygnięte pytanie:

Co było pierwsze: jajko, czy kura?

…a więc już w dwudziestym pierwszym wersecie Księgi Rodzaju czytamy:

Tak stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe, którymi zaroiły się wody, oraz wszelkie ptactwo skrzydlate różnego rodzaju. Bóg widząc, że były dobre, pobłogosławił je tymi słowami: „Bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście zapełniały wody morskie, a ptactwo niechaj się rozmnaża na ziemi”.

… tak więc pierwsza była kura. Problem rozwiązany. Nie ma za co.

O tym, jak nie znalazłem Wierszalina

SONY DSC

Stolica nie musi być największa. Stolica musi być spektakularna. Warszawa to miasto wielkie powierzchnią i liczbą ludności, ale małe duchem i pod żadnym względem niespektakularne.

Dla mnie osobiście, stolicą Polski mogłyby być Krynki.

Mogłyby dlatego, że są spektakularne. Spróbujcie wjechać do Krynek od dowolnej strony. Czy to od Supraśla, czy od Jurowlan, czy też jadąc z Grodna albo z Kruszynian, a także piaszczystym leśnym traktem z Gródka przez katolicką dzielnicę, obok kościoła i cmentarza.

Z którejkolwiek strony nie wjeżdżalibyście do Krynek, powita Was zapierający dech w piersi skyline miasta. Szeroka perspektywa, w której znajdą się mniejsze i większe domy, kościoły, cerkwie, istniejące i nieistniejące synagogi. Jadąc do Krynek z Supraśla zobaczycie po prawej zabudowania dawnej dzielnicy fabrycznej, gdzie kiedyś dziesiątki garbarni uczyniły to miasto europejskim potentatem w branży. Jeszcze bliżej zobaczycie pozostałości zespołu pałacowego, po którym pozostał już tylko park i kilka cegieł. W tle, za nim, pozostawiony nieco na uboczu – neogotycki kościół katolicki i cmentarz. W samym centrum widać cerkiew i zieloną plamę największego rynku w tej części Europy. Na wzgórzu, jeszcze przed granicą, jest wzgórze z żydowskim cmentarzem, za którym jest prawosławny cmentarz. A już skrajnie po lewej – krynieńskie blokowisko przy drodze na Jurowlany.

SONY DSC

Kiedy się wjeżdża do Krynek, panorama tego miasta daje wyobrażenie, że oto wjeżdżamy do miasta z wielowiekową tradycją. Żadne tam Marki czy inne, zdychające od smogu i dymu Piaseczna, przez które przejeżdża się jak sardynka w wielokilometrowych korkach. Krynki witają przyjezdnych z daleka piękną, szeroką i dumną panoramą. To wielkie miasto. I z każdej strony wygląda ono spektakularnie.

Jak się jest w Krynkach i ma się trochę czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę czasu, koniecznie trzeba napełnić butelki wodą mineralną, która tutaj płynie z ogólnie dostępnego ujęcia, a także zjeść kawałek kiszki w gospodzie „Pod Modrzewiem”, położonej przy trzecim z jedenastu zjazdów z monumentalnego krynieckiego ronda. A jak się ma trochę więcej czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę więcej czasu, trzeba pojechać do Wierszalina.

Od kiedy przyjechałem tu którejś zimy, podążając za Polonezem takiego jednego popieprzonego pozytywnie doktora, zawsze wracałem do Wierszalina na wyczucie. Na żadnej nawigacji nie ma ani Wierszalina, ani Kolonii Leszczany, ponoć oficjalnej nazwy tego miejsca. Teraz, kiedy siedzę przed ekranem, oczywiście znalazłem tę małą plamkę wśród lasów, ale dzisiaj krążyłem po tych lasach i za nic nie mogłem znaleźć tej leśniczówki przy drodze na Leszczany, gdzie trzeba skręcić i dalej jechać kawałek przez las, by po lewej stronie znaleźć tę polanę. Stoi tam jeden dom i stodoła. W tym domu miał ponoć miejszkać Ilija ze swoimi dwudziestoma kochankami, a na tej stodole miał być ponoć powieszony na krzyżu, aby ponowne przyjście Mejsasza stało się ciałem. Nie stało, bo prorok, usłyszawszy, że jego wyznawcy chcą go przybić do krzyża, najpierw schował się w ziemiance na kartofle, a potem uciekł do Związku Sowieckiego, pozostawiając tysiące swoich wyznawców w oczekiwaniu na ponowne przyjście

Bo wcześniej Ilia był zwykłym chłopem, który zdobył uznanie lokalnej społeczności tym, że zatłukł drewnianym kołkiem okolicznego bandytę szerzącego strach wśród ludzi. Postanowił, że wykorzysta moment sławy i ogłosił się Mesjaszem. Umożliwiło mu to sławę sięgającą miejscowości odległych nawet o sto kilometrów, co w czasach bez, radia i telewizji oznaczało fejm spektakularny. Były lata 30-te XX wieku. Ilja głosił, że koniec świata się zbliża nieubłaganie, a w tym miejscu, którego wczoraj po raz pierwszy nie znalazłem, będzie nowa stolica świata – Wierszalin. Kazał oddawać ludziom pieniądze na budowę świątyni, a co ładniejszym kobietom nakazał mieszkać w swoim domu.

– Te jego kobiety mają niebieskie wstążki – powiedziała stara kobieta sprzątająca grób na cmentarzu w środku lasu, gdzie Ilja zbudował cerkiew dla swojego kościoła – a ten Bazyl, co tutaj leży, tak pięknie śpiewał, mama mi opowiadała.

Rzeczywiście, kilka nagrobków na cmentarzu w lesie opodal Grzybowszczyzny ma niebieskie wstążki. To kobiety, które w latach 30-tych XX wieku miały 20-25 lat. Cmentarz jest zadbany, trawa przystrzyżona, a zbudowana przez Eljasza cerkiew służy teraz prawosławnym, choć skonfliktowany z kościołem ortodoksyjnym prorok przekazał ją w złośliwości katolikom.

SONY DSC

To wszystko, o czym piszę i gdzie wczoraj byłem, odbywało się w wielkim lesie, otulającym Krynki od południa i zachodu. Nie ma tam asfaltowych ani brukowanych dróg. Jeździ się po piasku, błocie albo śniegu. Patrząc nań z góry widać wielkie plamy zieloności, w których gdzieniegdzie chowają się ludzkie osady, w których żyją ludzie utrzymujący się ze zbierania runa leśnego.

W Grzybowszczyźnie mieszkają jeszcze wnuczki tych kobiet, które mieszkały z Ilją. Niewykluczone, że któreś z nich to również jego wnuczki. Wyznają potajemnie kult swojego dziadka, a podczas nabożeństw stoją w ostatnim rzędzie, bo kult Ilji został oficjalnie potępiony.

Latem do domu Ilji przyjeżdżają młode kobiety z Warszawy. Miejscowi chłopi, mówiąc żonom, że idą na grzyby, podchodzą pod tę polanę i z krzaków podglądają, jak dziewczęta ze stolicy biegają nago po  łące, która miała być centrum świata.

 

Pooddawał wszystkie książki o Bogu…

Pooddawał wszystkie swoje książki religijne rudej koleżance, dla której stanowi to wszystko rodzaj drogowskazu. Tischner, Levinas, Halik, Wojtyła, Katechizm Kościoła Katolickiego i kieszonkowe wydanie Biblii w skóropodobnej okładce, które zabierał we wszystkie podróże po Polsce. Gdzieś w środku studiów socjologicznych ateistyczna profesor filozofii podrzuciła mu coś Tischnera, potem Levinasa i przez te dwa, trzy lata, dawał Jezusowi szansę. Chodził do kościoła, słuchał kazań, próbował podchodzić do sprawy z różnych stron, a to mistyka, a to rozum. Na marne.

To już nawet nie jest kwestia wiary, bo uwierzyć można w cokolwiek i w ten sposób skutecznie usprawiedliwiać swoje dobre lub złe zachowania. Nie ma podstaw, aby sądzić, że człowiek ma niematerialną duszę, że istnieje cokolwiek po śmierci, że jest jakaś posiadająca cechy osoby istota, która nas stworzyła i w jakiś sposób wpływa na nasze życie. Owszem, dla wielu osób stanowi to rodzaj uzasadnienia i instrukcji obsługi życia, ale – niestety – jednocześnie często bywa wytrychem i usprawiedliwieniem własnych słabości.

Dlatego podziwiam ludzi, którzy radzą sobie bez wiary w cokolwiek i jednocześnie zachowują twardy kręgosłup moralny. Są dobrzy nie dlatego, że wierzą, że należy być dobrym, ale wiedzą, że trzeba być dobrym. Wiedza przewyższa wiarę. Jesteśmy zwierzętami i prawdziwa siła polega na tym, żeby wiedzieć, że czeka nas jeszcze te 30-40 lat życia, które trzeba spędzić w zgodzie z samym sobą, godnie, dając szczęście tym, których się kocha. Bo potem – na szczęście – nie ma już nic – więc żyj.

Wierszalin

dscf2296Minęło już z górą siedemdziesiąt lat od czasu, kiedy kilkanaście kilometrów na południowy zachód od Krynek, w niewielkiej dolinie pośrodku puszczy, nieopodal wioski Grzybowszczyzna, gdzieś obok niewielkiej rzeczki Nietupa, prawosławny prorok Ilija założył nową Stolicę Świata. W czasach, kiedy o pierwszej wojnie światowej wszyscy jeszcze pamiętali, a drugą przeczuwali. W czasach, kiedy wszystko stało pod znakiem zapytania, w czasach realizacji wielkich projektów i rewolucji, kiedy wszystko, co stałe i niezmienne przestawało takie być, prawosławny Ilja ze swoją sektą oczekiwał końca świata.

dscf2297Dzisiaj z wierszalinowej stolicy świata pozostał dom proroka i stodoła. Dwieście metrów dalej mieszka jeszcze pustelnik Borys Wołoszyn, syn Pawła Wołoszyna, jednego z liderów sekty. Stary Wołoszyn konstruował pojazdy, elektrownie i maszyny rolnicze według własnych pomysłów.

Kiedy dzisiaj się tam zagląda, nie ma już nic z atmosfery lat trzydziestych, kiedy w Wierszalinie mieszkało kilkadziesiąt osób. Codziennie z bliższej i dalszej okolicy odwiedzali Wierszalin pielgrzymi. Ilija spowiadał i błogosławił. I zapowiadał wielokrotnie koniec świata. Zniecierpliwieni sekciarze postanowili, idąc z duchem czasu, wziąć historię we własne ręce i ukrzyżować Iliję. Liczyli, że z martwych wstanie i zbawi świat. Udało mu się zbiec szykującym krzyż i trzy dni spędził w komórce z ziemniakami. Resztę życia spędził gdzieś w Rosji i jeszcze w latach pięćdziesiątych pisał do oczekujących go w Wierszalinie Marii, Józefów, Janów i Marków.

Końca świata nie było, wierszalińska polana opustoszała, a drzewa wyrosły. Pozostały cisza i spokój. I drewniana chata, w której można nagrzać, a potem usiąść przy oknie, patrzeć na padający śnieg bez pośpiechu oczekiwać końca.

Hipnotyczna pasterka

Bożonarodzeniowe śpiewanie kolęd w dominikańskim kościele św. Jacka na Freta w Warszawie obfitowało w elementy hipnotyzujące. Wśród najważniejszych elementów determinujących osiągany przez uczestników pasterki magiczny nastrój wymienić należy:

  1. późną porę odbywanej uroczystości, która połączona ze znacznym zmęczeniem obecnych (tydzień biegania po sklepach, stres wigilijnych życzeń, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu) wywołała efekt znany górskim wędrowcom po dotarciu na szczyt.
  2. duże skupienie znacznej ilości osób na małej przestrzeni; nieprzywykli do bliskich kontaktów fizycznych z nieznajomymi, nową sytuację uznajemy za nietypową, ale w wyjątkowych sytuacjach nie traktujemy jej jako opresywnej, ale stymulującą.
  3. mantryczny charakter bożonarodzeniowych pieśni; są one najczęściej skonstruowane według powtarzających się wielokrotnie dwuwersów, co – z jednej strony – sprzyja uczestniczeniu w śpiewach dużej liczby uczestników – z drugiej zaś – wywołuje efekt transu.
  4. oszałamiający efekt podręcznych dzwonków i dzwoneczków przyniesionych przez uczestników rytuału; jednolity hałas oparty na dźwiękach o wysokich częstotliwościach jest powszechnie stosowanym sposobem wywoływania odmiennych stanów świadomości. We wczorajszym dzwonkowym hałasowaniu uczestniczyła większość obecnych.
  5. szczególny miks zapachowy, na który składały się: zapach wyjątkowo obficie palonego kadzidła, wonie dawno nie wyjmowanych z szaf futer z norką żywioną naftaliną, wielu perfum zróżnicowanych pod względem ceny oraz jakości, wyziewy trawionych karpi, niedokładnie pogryzionych opłatków spod języków, pierogów pływających w żołądkach wypełnionych barszczykiem.

Należy tu zaznaczyć, że powyższe spostrzeżenia, wyrażone w dosłownym i technicznym języku, pomijają z konieczności całość duchowego wymiaru tego wydarzenia, nie oddając szczególnego religijnego klimatu, które dla przeżywających głęboko Święta nie mogło nie pozostać bez znaczenia (przyp. red.)