Wielkie Miasto Mińsk

W listopadzie pojechałem do Mińska, na międzynarodową konferencję socjologiczną w Białoruskiej Narodowej Akademii Nauk.

Jeśli chce się zrozumieć to podlaskie polsko-białoruskie pogranicze, na którym mieszkam,, trzeba chociaż raz znaleźć się o piątej pięć rano na dworcu w Białymstoku i wsiąść do pociągu na Sokółkę. Najlepiej spróbować tego o jakiejś nieprzyjaznej porze roku. Listopad jest wręcz wymarzony na takie wycieczki. Białystok jest takim smutnym miastem na godzinę przed wschodem słońca, że chce się rzygać. Jeszcze gorzej wygląda Wasilków o poranku, a z każdym kilometrem jest coraz smutniej. Kiedy pociąg dojeżdża do Sokółki i trzeba się przesiąść, ta rozpacz osiąga maksimum. I w tej smutnej Sokółce o szóstej rano trzeba czekać pół godziny na pociąg do Kuźnicy, tam – przesiąść się na pociąg do Grodna i z pogranicznikami na pokładzie jedzie się już do samego Grodna rozklekotanym osobowym, w którym żadna śruba nie jest dokręcona i wszystko trzyma się kupy nie wiadomo tak naprawdę dlaczego. A kiedy do pierwszego wagonu, gdzie – podobnie jak w pozostałych – nie grzeją, a wiatr świszcze z jednej dziury w dykcie do drugiej – wsiada białoruska służba graniczna w wielkich czapach i rozkłada się na całych szerokościach siedzeń, patrząc na ciebie z pogardą i lekceważeniem, dostaje się coś, czego Unia Europejska nie da ci nawet jeśli udowodnisz, że wynika to z twoich konstytucyjnych praw jako obywatela tak zwanej Wspólnoty. Tym czymś jest trudna do opisania małość i zgoda na rzeczy zastane, jakich doświadcza się na Białorusi.

Dokumenty sprawdzają ludzie w mundurach i twarzach zasłoniętych maseczkami AH1N1. W Grodnie wychodzisz na peron i idziesz wzdłuż szeregu żołnierzy w tych absurdalnie wielkich czapach, idziesz wprost do sowieckiego dworca. Tam człowiek za szybą sprawdza, czy osoba na zdjęciu w paszporcie to ty i podbija wizę pieczątką. Potem przechodzi się jeszcze przez pomieszczenie z kilkunastoma stołami obitymi blachą, przypominającymi stanowiska rzeźnicze, gdzie trzeba powiedzieć, w jakim celu się przybywa i co się wiezie. Niektórym każą otwierać torby i plecaki. Wszystko to sprawia wrażenie kompletnej celebry, manifestacji władzy i dominacji.

A potem wychodzi się już na halę grodzieńskiego dworca, którego najwspanialszym elementem są gigantyczne, spektakularne żyrandole zrobione z kawałków szkła. Zawsze, kiedy myślę o dworcu w Grodnie, przychodzą mi na myśl te żyrandole.

Aby dostać się na dworzec autobusowy, trzeba przejść przez tory. Tak jak dworzec kolejowy w Grodnie jest monumentalny, choć odjeżdża z niego niewiele pociągów, tak dworzec autobusowy przypomina taki prowincjonalny przystanek autobusowy, choć obsługuje setki połączeń dziennie. Kupuję w kasie bilet i idę na krótki spacer po mieście. Grodno jest mi jakoś podprogowo bliskie, czuję się tam jak w domu. Robię małe zakupy na drogę i wracam na dworzec. Bilety sprawdza specjalnie do tego przeznaczona pani w żółtej kamizelce, która jednocześnie pilnuje, aby busik wyjechał o czasie.

Po raz pierwszy mam okazję zobaczyć „wnętrze” Białorusi za dnia. Jest to kraj ogromnych, pustych przestrzeni. Lasów, łąk i bagien. Trzysta kilometrów między Grodnem i Mińskiem przemierzam w tym autobusie, w uszach piosenki Aliny Orlovy, a za oknem pustka po horyzont. Nieliczne domy co kilkanaście kilometrów, a poza tym po prostu nic. Na tle Białorusi Polska to kraj kompletnie zurbanizowany i odarty z natury.

Ponad pięć godzin podróży. W autobusie jeszcze kilka osób. Przejeżdżają trzysta kilometrów, a ich jedynymi bagażami są podręczne torby i plecaki. Tak jakby to była podróż z pracy do domu, tak jakby to wydarzało się na co dzień.

I wreszcie wjeżdżamy do Mińska. Na węzłowych rozjazdach stoją dziesiątki prostytutek w krótkich spódnicach i białych kozakach. Potem stacje benzynowe, jedna za drugą, i – wreszcie – ogromne, sięgające po horyzont, blokowiska. Białoruskie osiedla z wielkiej płyty, pod względem zagęszczenia, wielkości i częstotliwości, biją na głowę wszystko. Są to ogromne, przeważnie szare, budowle z setkami identycznych balkonów. I nikt się tam nie silił na jakąkolwiek oryginalność: jedzie się kilka kilometrów i po obu stronach ulicy otaczają cię dokładnie takie same, kilkusetmetrowe bloki. Takie są przedmieścia Mińska. Takie wielkie tunele otoczone betonowymi murami po obu stronach drogi.

Wysiadam przed Dworcem Głównym i postanawiam przejść na nogach tę wielką i długą ulicę, wzdłuż której leży Wielkie Miasto Mińsk. Prospekt Niepodległości to szeroka na osiem pasów ruchu główna arteria komunikacyjna, otoczona monumentalnymi budowlami w stylu sowieckim (choć można znaleźć też trochę konstruktywizmu z początku XX wieku), po której obu stronach położono absurdalnie szerokie, granitowe chodniki. Mają z dwadzieścia metrów szerokości i przechadzają się po nich białoruscy mężczyźni i kobiety. Ci pierwsi ubrani bardzo przewidywalnie i nudno: zazwyczaj szare lub czarne kurtki, czapki uszatki i koniecznie pantofle. Niekiedy wprowadzają do tej przewidywalnej konfiguracji jakiś zaskakujący szczegół: na przykład spodnie od dresu albo złote nitki w obszyciach czarnych skórzanych kurtek, ale – w gruncie rzeczy – białoruscy mężczyźni ubierają się nudno i bez polotu.

Z białoruskimi kobietami jest zupełnie inaczej. Kiedy na nie patrzysz, kiedy widzisz te wymyślne makijaże, te białe skórzane kozaki na dziesięciocentrymetrowych obcasach, te różowo-biało-czarne kurtki z błyszczącymi cekinami, te fryzury misternie modelowane i utrwalane, obficie posypywane brokatem, te paznokcie poprzyozdabiane w misterne wzory wymagające jakichś nanozdolności malarskich, te makijaże sprawiające, że buzie tych dziewcząt stają się kompletnie nową produkcją i nie wiadomo, co tak naprawdę jest pod spodem, ogrania cię podziw dla tej ich mozolnej pracy. Przygotowanie takiej konstrukcji musi wymagać godzinnych poświęceń. Białoruskie kobiety spędzają przed lustrem całe miesiące. Codziennie.

Docieram do hotelu uniwersyteckiego przy Surganowa, na tyłach Białoruskiej Akademii Nauk. W tutejszych hotelach, podobnie jak we wszystkich urzędach czy sklepach, personel stanowi jeśli nie większość, to na pewno znaczącą część przebywających tam osób. W recepcji Hotelu Uniwersyteckiego dyżurują dwie panie, które wiecznie wpisują jakieś magiczne cyfry do szarych płacht wielkości starego Tygodnika Powszechnego, co chwila zerkając na telewizor stojący w kącie przeszklonej kabiny. W drugim kącie holu stoi mały stolik z małym telewizorkiem, za którym siedzi – wiecznie ten sam(!) starszy siwiejący pan. Pan prawdopodobnie kontroluje pracę pań, a właściwie to pewnie nie kontroluje, ale po prostu wykonuje swój zawód polegający na siedzeniu przy tym stoliku. Bo z paniami zza szklanej kabiny jest już od wielu lat zaprzyjaźniony i co chwila się do nich uśmiecha rozświetlając ciemne i ponure wnętrze holu blaskiem złotych trójek. Panie odpowiadają również blaskiem. Ta starsza nie tylko blaskiem dolnych trójek, ale prawie całej góry. I ślą sobie te magiczne sygnały świetlne, dopóki ktoś nie zakłóci im tego urzędowego romansu, tej dentystycznej komunikacji jakimś nagłym najściem. Wtedy biurokracji musi stać się zadość, na twarze powraca sowiecka pogarda dla bliźniego i urzędnicza wyższość.

Podczas wieczornej przechadzki trochę dokładniej zwiedzam Prospekt Niepodległości. Kiedy w mieście robi się ciemno, a ty nie znasz go za dobrze i gdy w dodatku z językiem krucho, pozostaje tylko ten prospekt. Wchodzę do znanego z poprzedniej wizyty pół-samoobsługowego baru naprzeciwko wielkich delikatesów CUM (potem odkryję, że takich delikatesów jest w Mińsku chyba z pięćdziesiąt i że są one tamtejszymi odpowiednikami naszych galerii handlowych). W tym barze mają białoruskie jedzenie, które można – inaczej niż w restauracji – zobaczyć przed skonsumowaniem. Białorusini jedzą cięższe rzeczy od nas, wszystko polewają tłuszczem i śmietaną. Nawet ryby, których jest tam zatrzęsienie, podają zazwyczaj oblane serem, tłuszczem i cebulą. Nie widziałem natomiast zbyt wielu ziemniaków, co potwierdza stereotyp, że to Polska jest narodem kartofla i że zdecydowanie przesadzamy nie tylko z wódką, ale również z tymi bulwami.

Chcę się napić tutejszego piwa, ale wszystko, co widzę na tym prospekcie, to wylansowane na sposób włoski lub amerykański restauracje z szyldami Heinekena albo Carlsberga. Nie po to przyjechałem do Mińska, aby czuć się jak w Mediolanie czy Chicago. Wchodzę więc do ogromnych delikatesów zaraz przy wyjściu ze stacji metra Плошча Якуба Коласа. Jest to długi na dobre sto metrów ciąg stoisk z ciastami i ciastkami, wędlinami, serami, rybami, słodyczami  i alkoholem. Naprzeciwko, wzdłuż ogromnych okiennic wychodzących na prospekt, zainstalowano ladę, przy której od rana do wieczora mieszkańcy białoruskiej stolicy spożywają piwo oraz wódkę. Jedno i drugie można kupić w sklepie i wypić na miejscu. W ogóle w sklepach spożywczych znajduje się zazwyczaj wydzielone miejsce, najczęściej w formie wysokich stolików bez krzeseł, przy których obywatele spotykają się w celu konsumowania alkoholu. Jest on kompletnie nieracjonalnie tani, podczas gdy pozostałe produkty spożywcze, nie wspominając o innych, są w Mińsku droższe niż w Polsce. Picie alkoholu jest na Białorusi społecznie akceptowane. Jest to sport uprawiany publicznie, we wszystkich możliwych miejscach. Dlatego pewnie wydaje się, że alkoholizm jest tam problemem większym niż na przykład u nas. Prawdopodobnie i tu, i tam, jest podobnie, tyle że tam po prostu nikt się tego nie wstydzi. Dzieciaki taszczą po ulicach dwuipółlitrowe butelki z piwem. Przy dworcu w Grodnie widziałem dwie nastoletnie dziewczyny, które w piątkowy wieczór siedziały przy stoliku i kończyły właśnie takie dwie dwuipółlitrowe butelki mocnego piwa.

Drugiego dnia jestem na otwarciu konferencji. Widzę kilka znajomych osób, poznanych podczas poprzedniego wyjazdu. Wydział Filozofii mieści się w dwunastopiętrowym wieżowcu z miniaturowymi windami, odrapanym tynkiem i ogólnie panującą szarością. Po inauguracji jestem proszony na obiad w uniwersyteckiej restauracji. Dostajemy niezłą przystawkę z czerwonymi burakami, rybą i warzywami oblaną oczywiście bogato majonezem, zaś głównym daniem jest kawałek mięsa i ryby połączony stopionym żółtym serem. Białorusini są bardzo gościnnym narodem, tyle że są bardzo zblokowani przed ujawnianiem swoich uczuć. Obok mnie siedzi młody naukowiec z Ukrainy, z którego na każdym kroku bije gościnność wobec przybyszy z „Zachodu”, choć przecież sam też jest za granicą. Pilnuje, aby goście pierwsi dostali swoje dania, troszczy się o atmosferę. Trochę paradoksalnie, jutro będzie mówił o wschodniosłowiańskim nacjonalizmie (o ile byłem w stanie zrozumieć jego wystąpienie).

Po obiedzie urywam się i idę dalej zwiedzać miasto. Tym razem metrem dojeżdżam w okolice mińskiej starówki. Przypadkowo trafiam na pomnik Adama Mickiewicza z podpisem w języku polskim. Idę na Górne Miasto – pozostałości mińskiej starówki. Jest to dosłownie kilka uliczek i kilkanaście kamienic, w których większości znajdują się ambasady. Stamtąd schodzę na dół i przechodzę przez ulicę Nemiga. Znajduje się tam wejście do stacji metra, gdzie w 1999 roku tłum stratował 53 osoby. Był koniec maja, tysiące ludzi wracało z festiwalu piwnego. Zaczął padać deszcz. W ciągu 10 minut w tratującym tłumie śmierć poniosło pół setki ludzi, a ćwierć tysiąca odniosło różne obrażenia. Spośród ofiar śmiertelnych, 42 stanowił młode (szesnasto-, siedemnastoletnie dziewczęta). W miejscu tragedii znajduje się teraz pamiątkowa tablica. Nieco dalej, idąc wzdłuż rzeki, stoi ogromna hala sportowa i wielkie lodowisko.

Wracam na prospekt Niepodległości i zwiedzam jeszcze kilka tych ogromnych, wielopiętrowych domów handlowych, w których można kupić wszystko. Błądząc po piętrach pełnych asortymentu, znajduję niewielki bar z zapiekankami, kanapkami, ciastem, piwem i wódką. Jakimś cudem znajduję wolny stolik w kącie, skąd z przyjemnością obserwuję mińszczan. Takie miejsca odwiedza przekrój tego społeczeństwa. Dzieciaki nie różnią się prawie w ogóle od swoich rówieśników z Zachodu i im młodsi, tym różnica mniejsza. U starszych widać wpływ dekad komunizmu. Wobec nieznajomych przejawia się to przede wszystkim unikaniem kontaktu wzrokowego, nie mówiąc o werbalnym. Wobec znajomych Białorusini są – przeciwnie – niezwykle serdeczni. Mińsk jest pod tym względem o tyle nietypowy, że jest to naprawdę wielkie miasto.

Wieczorem wracam do hotelu. Dopada mnie coś w rodzaju tej hotelowej loneliness, pięknie pokazanej w „Lost in Translation” Sofii Coppoli. Trzy dni bez szansy na zamienienie choćby dwóch zdań po polsku, rozmowy telefoniczne z Polską chyba po dziesięć złotych za minutę, wokoło wszystko napisane cyrylicą, której kompletnie nie potrafię czytać i jeszcze to wielkie miasto zbudowane po to, aby człowiek czuł się tak mały, jak to tylko możliwe. Dodatkowo, wszechobecny zapach jakiegoś środka dezynfekującego, który pamiętam jeszcze z dzieciństwa, a którym na Białorusi oblewa się wszystko. Ciężki i słodki zapach stacji metra, hoteli i dworców, sklepów spożywczych, a właściwie jest to zapach wszystkiego na Białorusi.

Nocą – jak zwykle – nie mogę spać, więc oglądam białoruskie seriale detektywistyczne i jem kupione w hurtowych ilościach suszone rybki. Nie da się ich kupić w Polsce, a tam są wszędzie. Czasami myślę, że gotów byłbym oddać Białorusinom naszą część Puszczy Białowieskiej za te rybki w naszych sklepach.

Rano mam wystąpienie na konferencji. Lekkomyślnie i niezbyt uczciwie zakładam, że uczestnicy konferencji rozumieją język polski. Dla bezpieczeństwa przygotowuję swoją prezentację w języku angielskim. Okazuje się, że mylę się zarówno co do znajomości polskiego (swoją drogą, niezbyt to ładnie z mojej strony coś takiego zakładać), jak i do tego, że będę mógł wyświetlić swoje slajdy (można je obejrzeć tutaj). Mówię więc regulaminowe piętnaście minut, a słuchacze udają, że rozumieją. Pytań nie ma.

Chwilę po referacie czeka mnie niespodzianka. Dzwoni białoruski kierowca autobusu, którym miałem wracać do Białegostoku i informuje, że kurs nie odbędzie się. Proponuje w zamian przejazd w niedzielę. Z przyjemnością zostałbym w Mińsku jeszcze te parę dni, ale wiza kończy mi się w sobotę, więc muszę sobie radzić sam. Szybko się pakuję, wsiadam w metro i – z przesiadką i półgodzinnym spracerem – docieram do Dworca Moskiewskiego, skąd odjeżdżają teraz wszystkie autobusy. Dworzec jest skonstruowany w iście sowieckim stylu i stoi w środku wielkiego blokowiska, na peryferiach miasta. Kasy znajdują się na pierwszym piętrze, ale zanim tam docieram, zaczepia mnie kilku młodych mężczyzn w czarnych streczowych dresach i czarnych czapkach z pytaniem, gdzie chcę się dostać. Szybko uzgadniamy wspólne interesy. Oni mówią, że zawiozą mnie do Grodna za 45000 rubli, czyli dokładnie tyle, ile wynosi cena marszrutki. Jeden z nich prowadzi mnie na parking przed dworcem, gdzie stoi duża amerykańska taksówka. Wkładam tam swój bagaż. Odjazd za pół godziny. W hali dworca kupuję coś na drogę. O 13.00 przy taksówce jest już sześć osób. Kierowca pakuje nas do środka i zręcznymi ruchami pozbawia auto taksówkarskich emblematów.

Podróż jest komfortowa. Pędzimy 80-90 mil uszka.na godzinę na zachód. Kierowca zatrzymuje auto, kiedy mamy ochotę załatwić potrzeby fizjologiczne. W ciągu trzech godzin jesteśmy w Grodnie. Po drodze zahaczamy jeszcze o Lidę, gdzie publiczną toaletę obsługuje mówiąca ślicznie po polsku staruszka.

W samym Grodnie kupuję bilet do Białegostoku. Popełniam przy tym straszny błąd i przepłacam dobre 30 złotych. Zamiast kupić bilet do samej Kuźnicy, a potem dokupić – u konduktora – bilet na resztę trasy, kupuję od razu bilet na całą podróż. Mam jeszcze dobre dwie godziny do odjazdu. Z zachłanną radością chodzę po moim ulubionym mieście, które wydaje mi się bardzo bliskie, choć jestem tu dopiero drugi raz w życiu. Wiem, gdzie można kupić najlepsze białoruskie słodycze. Wiem, w której budzie w drodze z dworca mają najpyszniejsze czeburieki. Wiem, gdzie można dostać skandalicznie tanio najlepsze gruzińskie wina (nie przepadam za gruzińskimi winami, ale to dobry prezent). Wiem też, z którego miejsca bulwarów jest najpiękniejszy widok na Niemen. Coraz lepiej też rozumiem mieszkańców tego miasta, które jest pod względem wschodnio-zachodniego rozdarcia podobne do Lwowa. Zawsze mam w głowie ten miejski gwar i chaos, kiedy myślę o Grodnie.

Na godzinę przed odjazdem jestem już pod dworcem. Przed jedną z bud, takich samych jak na wszystkich dworcach tej części Europy, jest długa kolejka. Jest to jedno z niewielu miejsc w mieście, gdzie tego dnia sprzedawane jest piwo. W związku z jakimś świętem państwowym, tego dnia obowiązuje zakaz, poza punktami, w których konsumpcja następuje równocześnie ze sprzedażą. Piwo jest tam więc sprzedawane w tych plastikowych butelkach, po czym sprzedawczyni otwiera obowiązkowo tę butelkę przed przekazaniem jej klientowi. Ludzie kupują więc te butle i niosą je – otwarte – we wszystkich kierunkach. Co sprytniejsi przychodzą z własnymi nakrętkami. Wszyscy przyjmują to utrudnienie z anielską cierpliwością. Są wręcz szczęśliwi, że udało im się nabyć ulubiony płyn. Siedząc przy stoliku, obserwuję z rozkoszą ten spektakl.

Najchętniej nigdzie bym się nie ruszał i – jeśli by to było możliwe – zamieszkał w tym pięknym mieście na stałe. Godzina odjazdu zbliża się jednak nieubłaganie. W strefie wolnocłowej kupuję jeszcze jakieś słodycze i obserwuję znany rytuał przygotowywania się przemytników do kolejnego kursu. Ponad połowa oczekujących to ludzie, którzy utrzymują się z przemytu papierosów ze Wschodu na Zachód. Kupują w strefie wolnocłowej kartony białoruskich papierosów, a teraz cierpliwie czekają, aż żołnierz w wielkiej czapie otworzy drzwi na peron. Taśmami klejącymi polepili już te paczki w różne konstrukcje. Kiedy widzą nieznajomą twarz, podchodzą do ciebie i proszą o przewiezienie trzech regulaminowych paczek.

Kiedy wsiądą do pociągu, nie zważając na białoruskich pograniczników (ze wzajemnością) ani polską obsługę składu, wyjmą śrubokręty i latarki i będą upychać te papierosy w przeróżnych miejscach. Za siedzeniami, nad głową, pod oknem, gdzieś w kiblu, na korytarzu. Trwać to będzie kilkadziesiąt minut, bo tyle potrzebuje pociąg, aby doczłapać się do granicy. Tam Białoruscy pogranicznicy wysiądą. Pociąg ruszy, by po kilkustem terach zabrać na pokład polskie służby graniczne.

Obserwuję dwójkę na oko dwudziestoletnich chłopaków, wyglądających bardzo młodzieżowo, by nie rzec – alternatywnie. Oni również żyją z przemytu, a studenckie plecaki, indie-fryzury i luźne zachowanie to tylko wybieg mający na celu zmylić służby celne. Jeszcze przed chwilą biegali po całym pociągu, ukrywając te papierosy w różnych miejscach. Teraz siedzą wyluzowani, ze słuchawkami w uszach. Polskiej służbie granicznej oznajmiają, że są studentami historii na KUL-u w Lublinie. Interesują się historią najnowszą, ale pracę magisterską będą pisali o XIX wieku. Pogranicznik jest wyjątkowo dociekliwy, pyta o adres wydziału, na którym się uczą. Oni spokojnie podają dokładny adres.

W Kuźnicy pociąg staje, a polskie służby celne przetrząsają skład w poszukiwaniu przemycanego tytoniu. Mają na to niecałą godzinę. Widząc, że jestem Polakiem, jeden z nich pyta, gdzie Białorusini ukryli fajki. Z bólem serca odmawiam udzielenia tej informacji, czym nie wzbudzam szczególnego zdziwienia celnika. Sami są zdziwieni, że deklaruję jedną puszkę piwa i zero papierosów w moich bagażach.

Celnicy znajdują w ciągu tej godziny trochę papierosów, ale przemytnicy i tak prawdopodobnie wychodzą na swoje. Ten rytuał jest tu odprawiany codziennie kilka razy. Wszyscy wiedzą, o co chodzi i jaka jest ich w tym rola. Panują wszechogarniające przyzwolenie, pogodzenie i rytualność.

Na dworzec w Białymstoku, który przecież jest taką bramą na Wschód, wjeżdżam z poczuciem powrotu do tego znanego, przewidywalnego, nudnego i sterylnego Zachodu.

Reklamy

Dom jako miejsce gromadzenia zdjęć z podróży – relacja z wyprawy na Otryt

1.

Miły zbieg okoliczności sprawił, że przeczytałem „Into the Wild” Jona Krakauera niedługo po powrocie z Otrytu. Dobrze, że się tak stało, bo przestrzeń niedopowiedzenia i niepokoju w opowieści o tragicznej wędrówce Chrisa McCandlessa okazała się klamrą spinającą nie dość jeszcze uporządkowane refleksje z Warsztatów.

„Into the Wild” to rekonstrukcja podróży życia i śmierci dwudziestokilkuletniego młodzieńca, który pewnego dnia postanawia opuścić swój dom i wyruszyć „w dzicz” (into the wild). Zafascynowany postawą moralną Lwa Tołstoja i awanturniczym życiem Jacka Londona, przemierza Amerykę – najpierw samochodem, porzuca na rzecz autostopu, kolei i pieszej wędrówki.

Stacją Astopowo Chrisa McCandlessa jest opuszczony, zdezelowany autobus nr 142 z Fairbanks, stojący w głębi alaskańskiej tundry. Mieszka tam około 100 dni, w całkowitym osamotnieniu, by na przełomie lipca i sierpnia 1992 roku umrzeć śmiercią głodową.

Historia McCandlessa jest na wskroś niepokojąca, tajemnicza i niejednoznaczna. Interpretować ją można albo trywialnie, albo bardzo głęboko – wszelkie interpretacje pośrednie nie są możliwe. Jednocześnie, im bardziej autor opowieści próbuje ją zracjonalizować i wytłumaczyć, tym większa tworzy się przestrzeń głębi. W ten sposób pozostajemy z wrażeniem, o czym słusznie napisał mój kolega Mirek, że najważniejsze w tej historii jest to, co nie zostało powiedziane, że jest jakaś wielka otchłań, która bez wątpienia jest, lecz o której należy milczeć. Zupełnie jak u Wittgensteina, który przecież podobnie jak McCandless zaczytywał się Tołstojem, a następnie pisał w Traktacie Logiczno-Filozoficznym: O czym nie da się powiedzieć jasno, o tym trzeba milczeć.

Podobnie jak ludzie gór, nomadzi i wagabundowie nie potrzebują metafizyki, by żyć głęboko i „metafizycznie”, podobnie ludzkie historie potrzebują przestrzeni milczenia, niewiedzy. Przestrzenie te są trochę jak bańki mydlane – ulatują, gdy tylko próbujemy ich dotknąć. Jedyną metafizyką jest dla nich milczenie o metafizyce.

2.

Gra z Naturą, wymiana społeczna, jednia ideologiczna, klarowność relacji społecznych, zbyteczność metafizyki: oto najważniejsze słowa-klucze tegorocznego wyjazdu na Otryt. Wyjazd był przejrzysty pod wieloma względami i z tego punktu widzenia przypominał przejrzystość otryckiego nieba, która towarzyszyła nam do ostatniego dnia pobytu.

Pierwszym wrażeniem, które wraca, jest melancholia porannych podlaskich i lubelskich krajobrazów. Andrzej kończy audycję w radio o piątej, a już godzinę później odbieramy go z Radkiem i kierujemy się na południową wylotówkę miasta. Znam te okolice dobrze, ale rzadko zdarza mi się przemierzać je o brzasku, kiedy spowite mgłą wydają się być nieruchome. Mgła robi się coraz bardziej gęsta i ciężka w miarę zbliżania się do Lublina. Wtedy po raz pierwszy dostaję lekkiego krwotoku z nosa. Będzie się to powtarzać codziennie.

Za Lublinem zaczyna się robić pagórkowato i galicyjsko. W Nisku, na miejskim rynku, umawiamy się z Bartkiem. Jest słonecznie, powietrze pachnie wiosną. Andrzej przesiada się do Bartka i już na dwa auta jedziemy w kierunku Rzeszowa, by tam zjeść jakiś obiad.

Rzeszowski rynek jest z roku na rok coraz piękniejszy. Rosnąca różnica cywilizacyjna pomiędzy tym miastem a Białymstokiem jest bardzo widoczna. Duże miasta w Polsce przypominają ostatnimi laty place budowy. Niestety, Białystok jest pod tym względem w dalekim ogonie. W Rzeszowie, żartując, przechodzimy przez rynek i wchodzimy do jednego z wielu lokali gastronomicznych. Zamawiamy dwie duże pizze, które okazują się naprawdę ogromne. Nasze żarty dotyczące techniki śpiewu wokalisty zespołu Feel nie znajdują uznania osób przy sąsiednich stolikach, w związku z czym opuszczamy pośpiesznie lokal.

Podróż mija bardzo miło, jest słonecznie i wiosennie. Mijamy galicyjskie wsie i miasteczka: Tyczyn i Dynów. Jednak dopiero po przejechaniu Sanoka czuje się, że to już Bieszczady. Krótki postój w Sanoku, gdzie szukamy ulubionego supermarketu Bartka. Ostatecznie zakupy robimy w kultowym Haliczu, w Ustrzykach Dolnych. Piękna, malownicza droga 896, łącząca Ustrzyki Dolne z Górnymi kręci się w prawo i lewo, idzie raz w górę, raz w dół. Zbliża się wieczór, ale po prawej stronie doskonale widać mroczny, ponury i smutny grzbiet Otrytu.

Do Dwernika dojeżdżamy o zmierzchu. Samochody parkujemy u pani Ciomborowej, która wita nas bardzo serdecznie. Niebawem przychodzi Piotr, który załatwia w Dwerniku sprawy związane z zakupem ziemi. Postanowili razem z dziewczyną zbudować dom nad Sanem i zamieszkać tam na stałe. W celu odpowiedniego „zakorzenienia” niezbędne jest opicie faktu nowego sąsiada z miejscowymi, stąd częste zejścia Piotra na dół.

Zmieniamy buty, zakładamy plecaki i ruszamy w górę. Z każdym krokiem czuje się coraz wyraźniej, że Otryt jest naszym „miejscem mocy”, że w tym miejscu jest coś ważnego, „innego”. Podejście jest błotniste, dopiero za drugą ławką zaczyna się śnieg. Trudy całodziennej podróży gdzieś ulatują, jest bardzo wesoło i entuzjastycznie. Zostaję nieco z tyłu, aby w skupieniu celebrować wchodzenie. Dopiero przy trzeciej ławce wyprzedzam grupę i do Chaty wchodzę jako pierwszy.

Na Górze są już studenci, rolę Gospodarza pełni pod nieobecność Piotra Jarek, co jest szczególnie miłe, bo oznacza, że uznaje się już nas za „zasłużonych” Otrytczyków. Zajmuję moje ulubione miejsce na górnej pryczy przy kominie. Oczywiście o spaniu nie może być mowy. Schodzimy na dół, skąd słychać już dźwięk gitary i podniesione głosy. Jest dobrze, jak zwykle. Okazuje się, że w Chacie są znajomi z ubiegłorocznego wyjazdu, przede wszystkim Paweł i Stasiek.

Pierwszego wieczora zmęczenie podróżą nie pozwoliło na zbyt długie biesiadowanie. Rano po raz pierwszy w tym roku widzę bieszczadzkie połoniny. Nie zastanawiając się zbyt długo, po umyciu się i małym śniadaniu, wyruszamy z Bartkiem i Radkiem na spacer do Lutowisk. Po drodze spieramy się o Fragmenty. Próbuję – może niepotrzebnie za wszelką cenę – godzić pokłócone towarzystwo. Na dole jak zwykle wieje. W tym sezonie „U Biesa i Czada” jest zamknięte. Idziemy więc do „Rysia”, na drugim krańcu Lutowisk, przy Ośrodku Informacji i Edukacji Turystycznej Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Cywilizacja: czysty kibel, telewizja, piwo z nalewaka…. Wracamy tuż przed zmierzchem.

3.

Drugiego wieczoru zaczynamy referaty. Pierwszy jest Jarek, który dowodzi konieczności religii, reprezentując coś w rodzaju „naturalizmu metafizycznego”. Religia jest ludzką potrzebą, która być może powinna znajdować się na jednym z najwyższych szczebli drabiny potrzeb Maslowa. Jarek próbuje pokazać, że religijność jest postawą obecną praktycznie we wszystkich przejawach ludzkiej aktywności. Moje pytanie o osoby, które w sposób zdecydowany odmawiają sobie tej „przyjemności”, nie otrzymuję satysfakcjonującej odpowiedzi. Mam wrażenie, że potrzeby religijne są w większości z nas zakorzenione o wiele mocniej w sferze kulturowej, niż w indywidualnych, osobistych doświadczeniach. Dlatego konkluzją tej dyskusji pozostaje bardzo kompromisowy wniosek, iż wierzący i niewierzący poruszają się w „niekompatybilnych” wobec siebie dyskursach i jakiekolwiek porozumienie nie jest możliwe. Zgadzam się z tym stanowiskiem pod warunkiem przyjęcia, że dyskurs wierzących powinien być oparty na milczeniu. Skoro bowiem i język i rozum nie są w stanie wyrazić precyzyjnie treści religijnych, to nie należy ich do tego celu używać. Niestety, pomimo nieustannych klęsk na tym polu, podejmowane są nieustanne próby mówienia o Bogu, a także – o zgrozo – dowodzenia jego istnienia. Przypomina to próby wyznawania miłości językiem logiki formalnej….

Drugi referat, wygłoszony przez Bartka Kuźniarza, dotyczył utopii, ale tak naprawdę obracał się wokół Popperowskiego dylematu: czy tworzyć i realizować projekty społeczne? Zdaniem Bartka, niepotrzebnie odrzuciliśmy utopie, kojarząc je z dwudziestowiecznymi totalitaryzmami. W rzeczywistości związku takiego nie da się – jego zdaniem – wykazać, a za faszyzmem i komunizmem stoi raczej wściekły kapitalizm, industrializacja i urbanizacja. Szlachetne, niewinne wizje Morusa, Rousseau i innych, nie mają z tym nic wspólnego. Klęska utopii polega dzisiaj – według Bartka – na nieufności, jaką darzymy odważne wizje zmiany społecznej.

Na referat Bartka patrzyłem z perspektywy obserwatora przemian i transformacji polskiej lewicy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Z takiej pozycji widać wyraźnie, że lewica jest najprościej w świecie obrażona na swój dawny elektorat za to, że zdradził ją z populistami i PiS-em. Izoluje się od świata, uciekając w świat filozofii, siatek pojęciowych i intelektualnych dysput. W ten sposób Marksowski postulat społecznego aktywizmu jest – świadomie lub nie – zanegowany przez tych, którzy sami siebie nazywają marksistami!

Pierwszy dzień i referaty Jarka oraz Bartka były więc wspaniałym oczyszczeniem przestrzeni pod program pozytywny. Porażka dyskursów religijnych, klęska metafizyki rozumianej jako gałąź filozofii, pochwała milczenia w sprawach niedyskursywnych. Niepowodzenie utopii i lewicowy foch na proletariat. To wnioski, z którymi należało się porządnie przespać.

4.

Zejście z Otrytu do Chmiela nie należy do uczęszczanych. Drugiego dnia postanowiłem samotnie zejść tą drogą, tym bardziej, że śniegu było naprawdę niewiele. Było słonecznie i ciepło. Szlak idzie wzdłuż dawnych pól uprawnych osady bojkowskiej, która mieściła się w miejscu, gdzie teraz jest Chata. To zejście jest kontynuacją ścieżki rozpoczynającej się w Dwerniku, mijam więc dwie ławeczki i dochodzę do dużej polany, ze starym, pamiętającym jeszcze lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku, zepsutym samochodem. Na polanie leżą wielkie kłody drzew. Pilnuje ich stróż w małym, niebieskim kontenerze. Po chwili pojawiają się pierwsze zabudowania Chmiela. Idzie się żwirową drogą wzdłuż potoku, który miejscami, szczególnie przy spiętrzeniach, pozostawia piękne konstrukcje lodowe. Docieram do sklepu przy krzyżówce, skąd skręcam w lewo, w kierunku Dwernika.

Idę jeszcze kawałek podziurawionym asfaltem i wtedy, nagle, przychodzi chwila niesamowitej euforii, jakieś przedziwne nagromadzenie i kumulacja energii. Słońce, wiatr, w dole szum Sanu i miarowy rytm butów uderzających o asfalt.

Dochodzę do Dwernika, gdzie w przydrożnym sklepiku spotykam Jarka, pijącego jakieś uwielbiane przez niego śląskie piwo w towarzystwie właściciela sklepu. Łapię szkolny autobus i – jako jedyny pasażer – dojeżdżam do Lutowisk. „Ryś” jest zamknięty, więc – zgodnie z corocznym rytuałem – zaglądam do obskurnego baru w pobliżu szkoły. Lokal znajduje się w podpiwniczeniu, do którego wchodzi się bocznymi drzwiami. Wewnątrz bardzo śmierdzi, bar znajduje się za kratami, a obsługę trzeba wzywać korzystając z urządzenia podobnego do domofonu. Piję piwo i nadaję smsy wyrażające tę otrycką euforię.

Wracam ulubioną trasą obok opuszczonego cmentarza, potem wyłożoną betonowymi klockami „filmówkę”. Na ławeczce za stokówką siadam na moment, delektując się drzewami i ciszą.

5.

Wszystkie referaty były świetne i dostarczyły obfitego materiału do sformułowania konstruktywnej wizji aktualnej rzeczywistości. Zapadło w pamięć wystąpienie Adriana – skrupulatnego obserwatora świata polskiej polityki z perspektywy rzeczywistości internetowej. Okazuje się, że w sytuacji „ujarzmienia” tych wszystkich dyskursów, które idą pod prąd mainstreamowi, internet jest jedynym miejscem, gdzie możliwa jest pluralistyczna, zróżnicowana, inspirująca debata polityczna. Oczywiście, internet jest sam w sobie bardzo różny. Mamy przecież i blogi tworzone przez polityków, a właściwie ich sztaby wyborcze, jak i serwisy realizujące najbardziej podstawowe postulaty obywatelskości, takie jak na przykład Salon24 Igora Janke. Internet tworzy najbardziej klarowne warunki realizacji dwóch głównych postulatów demokracji: powszechności i równości. Tworzy też niesłychanie klarowne sytuacje wymiany myśli, wyrażania postulatów i realizacji projektów. Oczywiście również uzależnia, ale być może właśnie ze względu na swoją atrakcyjność…

Ela przygotowała referat o nastoletnich prostytutkach w wielkich centrach handlowych. Ciekawie i głęboko opisany proceder sprowokował żywą dyskusję. W uczestnikach rozmowy widoczne było rozdarcie pomiędzy moralną niezgodą na to, o czym mówiła Ela, a trudnością w wyrażeniu, co w postępowaniu „szlaufów” (bo tak się te dziewczęta zwykło pogardliwie nazywać) jest takiego nagannego. Fenomenologiczno-ekonomiczne spojrzenie daje czysty i piękny obraz wymiany, z której obie strony czerpią korzyści. W dostrzeżeniu tego faktu przeszkadza nam siatka pojęciowa, w której nas wychowano. Jeśli ją odrzucić, na pozór skomplikowane rzeczy stają się niesamowicie zrozumiałe.

Ważny dla całego wyjazdu był również referat Andrzeja o postmodernizmie. W tym przypadku również starałem się zwrócić uwagę nie tyle na to, czym jest ten cały postmodernizm i czy żyjemy rzeczywiście w „postnowoczesności”. O wiele ciekawsze jest, co te pojęcia i związana z nimi ideologia robią z nami samymi, w jaki sposób determinują nasz sposób myślenia i działania. Postmodernistyczna globalna dekonstrukcja wszystkiego i atomizacja wartości jest – moim zdaniem – wyrazem naszych lęków o przyszłość, nie pełni natomiast roli „tłumacza” czy też „interpretatora” rzeczywistości jako takiej. Nie możemy powiedzieć na pewno, czy nasz świat jest światem ponowoczesnym, ale możemy się zastanowić, dlaczego nakładamy na rzeczywistość taką, a nie inną teorię. Świat idzie w kierunku dokładnie odwrotnym od tego, jaki zwiastują postmoderniści. Rzeczywistość się ujednolica. Demokracja, kapitalizm i sekularyzacja są wartościami, które zdobywają kolejne, do tej pory niedostępne, przyczółki i lądy. Być może popularność postmodernistycznych wizji światów zrelatywizowanych do granic możliwości to tak naprawdę modlitwa o powrót do rzeczywistości, w której istnieją granice, a nie diagnoza świata w którym granice „panują”?

6.

Kolejne dni mijały w zgodzie z rytuałem wszczepionym nam kiedyś przez Doktora: codzienne wędrówki, a po południu referaty ciągnące się do późnej nocy. Rytuał ten nie był przez nikogo narzucony, a nowi uczestnicy przyjęli go bez oporów. Nie wszyscy, co prawda, przygotowali referaty przed wyjazdem. Moja decyzja o tym, aby w możliwie jak najskuteczniejszy sposób „wymóc” na uczestnikach przygotowanie referatu, okazała się trafiona i zrekompensowała niesnaski i żal wielu osób. Ilość uczestników była optymalna, przedkładanie dyskusji nad inne rozrywki sprawiło, że nad Chatą unosił się wieczorami bardzo „kliszkowy” duch, co przyznał nawet zazwyczaj sceptyczny w takich sprawach Radek P.

Nie sposób nie wspomnieć o innych mieszkańcach Chaty, przebywających w tym czasie na Otrycie. O milczącej, wiecznie uśmiechniętej Justynie z Warszawy, która dopiero po powrocie ujawniła – za pośrednictwem Internetu – swoją towarzyską naturę. O świetnym Staszku, miłośniku kolei, który połowę Warsztatów przedyskutował i prześpiewał, by drugą – przespać… Nie sposób również nie wspomnieć o chłopakach z Milanówka pod Warszawą: Mateuszu i Jakubie, którzy reprezentowali dwa skrajnie przeciwstawne typy charakterów, jednocześnie świetnie się ze sobą dogadując i czując w swoim towarzystwie.

7.

Właśnie z nimi postanowiliśmy zbudować indiański szałas potu (sweat lodge) na jednej z okolicznych polan. Jedno ze słonecznych przedpołudni poświęciliśmy na budowę konstrukcji. Trochę trwało, zanim udało się odnaleźć odpowiednio długie i elastyczne gałęzie. Śniegu było niewiele, więc poszukiwania kamieni nie nastręczyły kłopotów, choć obawialiśmy się, że ten typ piaskowca będzie się kruszył pod wpływem temperatury. Okazało się, że upatrywaliśmy zagrożeń nie tam, gdzie powinniśmy.

Rozpalanie ogniska rozpoczęliśmy już po północy. Drewno było wilgotne i nie miało zbyt dużej ochoty się palić. W końcu udało się rozniecić całkiem spory ogień, jednak kamienie potrzebują dużo czasu, aby się porządnie rozgrzać. Czekaliśmy więc długo. Jeszcze przed zmrokiem zabraliśmy z Chaty około dziesięciu grubych koców, którymi przykryliśmy konstrukcję, czekającą teraz na przybycie rozżarzonych kamieni.

Dopiero około 2 w nocy doszliśmy do wniosku, że pora zaczynać. Rolę strażnika ognia przyjął Andrzej. Niestety, szałas okazał się nieszczelny, głównie ze względu na źle skonstruowane wejście. Było zbyt duże i niesprawnie się zamykało, przez co przy każdym otwarciu dochodziło do przewietrzenia wnętrza szałasu. Zrobiło się nieco cieplej, gdy polewaliśmy kamienie wodą, ale ogólny rezultat przedsięwzięcia był negatywny.

8.

Na ostatni dzień Warsztatów zaplanowano między innymi moje wystąpienie. Postanowiłem sobie – być może nieskromnie – na krótkie podsumowanie tego, czego się dowiedziałem w ciągu tych dni i co się z tego w mojej głowie urodziło.

Październik 2007 roku i wybory, których dokonali wtedy Polacy, były ze wszech miar przełomowe. Dokonano ostatecznego zakończenia ery polityki w tradycyjnym sensie tego słowa. Zgadzam się z Sierakowskim przekonującym, że zmiany zachodzące w Polsce nie są echem tego, co nastąpiło już jakiś czas temu na Zachodzie. Uważam, że veto PiS-owskiej rewolucji było symbolem końca tradycyjnej polityki w Europie. Zwyciężyła polityka bezideologiczna, wizerunkowa. Zwyciężyły liberalna demokracja i osłonowy kapitalizm.

Wbrew pozorom, nie jest to wcale sytuacja groźna. Uważam, że odrzucenie socjalizmu, strach przed rewolucją, jest ostatecznym krachem ideologii oferujących pozorną wolność. Przykład utopii jest tutaj znamienny: nieufność wobec projektów inżynierii społecznej wynika z przykrego doświadczenia XX wieku, które jest wciąż żywe, nawet u pokolenia urodzonego pod koniec lat 80-tych.

Kapitalizm i liberalna demokracja cechują się – z jednej strony realizmem, co odróżnia je od projektów lewicowych – z drugiej zaś strony – największą z wymyślonych przez człowieka możliwością realizacji celów, dążeń, marzeń. Dyskutowanie o „istocie” wolności i inne tego typu esencjalistyczno-metafizyczne mrzonki nie wytrzymują w konfrontacji z realnym doświadczeniem życia w demokratyczno-kapitalistycznym świecie, gdzie o wolności się nie dyskutuję, tylko z niej korzysta. Pieniądz jest najdoskonalszym z wymyślonych wynalazkiem umożliwiającym realizację ludzkich celów w społeczeństwie. Zamiast się go bać należy nauczyć się go używać. Wówczas relacje międzyludzkie się wyklarują, uwalniając się od mętności resentymentów, metafizyk, czarnych czap itd…

9.

Wstaliśmy dosyć wcześnie. Przed wyjściem, zgodnie z wolą Andrzeja, usiedliśmy na ganku Chaty. Jak nakazuje wielowiekowa ruska tradycja przygotowań do podróży, pomilczeliśmy kilka chwil, westchnęliśmy „ech”, po czym ruszyliśmy w dół.

Białystok, luty-marzec 2008.

[Zdjęcia zostały wykonane przez Patrycję Sokołowską. Serdecznie dziękuję za zgodę na wykorzystanie]

[Powyższy tekst w formacie pdf]