O męskiej ostrości, czyli sos chili „Ryboły” (z imbirem)

SONY DSC

Każdy, kto jeździ dziewiętnastką między Białymstokiem a Lublinem wie, gdzie leżą Ryboły. To położona niedaleko mostu na Narwi szeroka i długa ulicówka, z domami ustawionymi prostopadle do ulicy, jak na prawosławną wieś przystało. Gdzieś w samym środku wsi, przy rozgałęzieniu na Pawły, jest dom, w którym urodził się jeden z moich nauczycieli, Włodzimierz Pawluczuk, odkrywca Wierszalina.

Opowieść o Stolicy Świata założonej przez proroka Ilię w lesie pod Krynkami była czymś bardzo ważnym w środowisku socjologicznym Białegostoku w czasach, kiedy studiowałem. Profesor Pawluczuk często opowiadał na wykładach o tym domu w Rybołach, gdzie nie było elektryczności i ludzie siedzieli po zmierzchu przy stole, opowiadając sobie różne historie. Jedną z nich była właśnie historia o proroku Ilii, który założył Wierszalin.

No ale teraz nie jeżdżę już na pielgrzymki do Wierszalina, a starego profesora Pawluczuka z Rybołów widuję tylko czasami, jak spaceruje z fajką w ustach i teczką pod ręką po śródmieściu. Tym, co teraz fascynuje mnie w Rybołach, jest niespotykane chyba nigdzie indziej na Podlasiu zjawisko ulicznego handlu „spod płota”. Zjeździłem cały ten region wzdłuż i wszerz i po wielokroć i nigdzie nie spotkałem czegoś takiego na taką skalę. Kiedy tylko przychodzi wiosna i cokolwiek zaczyna wyrastać ze stęsknionej słońca ziemi, gospodarze z Rybołów wystawiają te wszystkie dobra przed swoje płoty, siadają na ławeczkach i czekają, aż się ktoś zatrzyma i kupi.

Trwa to od wiosny do jesieni. Niepryskane truskawki, jajka prosto od szczęśliwej kury zza płotu, grzyby leśne, dynie, czereśnie, cukinie, bakłażany, ogórki gruntowe, maliny, pomidory, wiśnie, pigwy, czosnek i cebula. Każdy sprzedaje to, co sam wyhodował. Wystarczy się zatrzymać na poboczu. Jak przejeżdżam latem przez Ryboły, to zawsze ktoś stoi i kupuje u tych ludzi jakieś warzywa i owoce. Taki obrazek Rybołów będzie zawsze gdzieś w tyle mojej głowy.

SONY DSC

Więc, jak mam tylko trochę czasu i chcę oczyścić głowę ze złych myśli, uspokoić nerwy, zrelaksować się jazdą, a przy okazji uzupełnić zapasy, jadę do Rybołów na zakupy. Ostatnio udało mi się tam kupić między innymi te cztery piękne papryki chili.

Mój syn, jak każde dziecko, uwielbia wszystko, co słodkie. Ostatnio wtranżala owocowe musy, które staram mu się, przy każdej okazji, przygotowywać, bo to banalnie proste i tanie. Mój syn uwielbia też – co już mniej powszechne wśród dzieci – wszystko, co kwaśne. Jestem przekonany, że jak trochę podrośnie i stanie się facetem, polubi również, jak jego ojciec, to, co ostre.

Zresztą, większość facetów lubi ostre potrawy. Szukałem w internecie, dlaczego między mężczyznami a kobietami jest taka różnica w stosunku do ostrego, ale nie znalazłem żadnych przekonujących informacji. Niech więc tak po prostu pozostanie.

SONY DSC

Z przywiezionych z Rybołów papryczek zrobiłem dwa małe słoiczki sosu chili z dodatkiem imbiru. Skąd wziął się imbir? Okazało się, że papryczki chili z Rybołów mają nieco inną dynamikę uwalniania się ostrości w porównaniu do tego chili, z którym się spotykałem do tej pory. Ten ostatni uderzał od razu piekłem, nie pozostawiając ofiar i złudzeń, co do swojej kapsaicynowego, zabójczego arsenału. Papryczki z Rybołów mają w sobie o wiele więcej subtelności. Choć pod względem ostrości nie ustępują swoim kauflandowym siostrom, to atakują podniebienie wolniej, z podlaskim spokojem i finezyjnością. Równie finezyjny i niebezpośredni jest smak imbiru, który swoją wyrazistość pozostawia gdzieś na drugim planie, ale zawsze jest obecny, tak jak ojciec przy swoim synu, na przykład. Ostatnio dużą uwagę staram się przykładać w różnych sprawach do szczegółów, detali i pozornych niuansów. To z nich zbudowany jest świat, a na pewno to, co w nim podziwiamy i tak wiele można zepsuć nie zwracając uwagi na szczegóły. Zastanawiając się więc, jakiego detalu brakuje w smaku sosu chili z rybołczańskich papryczek, doszedłem do wniosku, że jest tym czymś właśnie imbir.

Jak zrobiłem sos chili „Ryboły” (z imbirem).

Co będzie potrzebne?

  • Kilka papryczek chili od gospodarza z Rybołów
  • Jedna ostra duża papryka
  • 1-2 mięsiste, dojrzałe pomidory
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oleju
  • 2 łyżki octu winnego
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki cukru
  • Sok z połowy cytryny
  • Odrobina świeżo startego imbiru

Pomidory sparzyłem i pozbawiłem skórki oraz wykroiłem twarde części, po czym rozgniotłem spodem widelca na miazgę. Na rozgrzany olej wrzuciłem pokrojoną drobno cebulę i zgnieciony czosnek. Cebula ma się zrumienić, a czosnek ma się nie spalić. Dodałem pomidory i chwilę dusiłem. W tym czasie pokroiłem papryczki chili na drobniejsze części, usuwając końcówki. Wrzuciłem je, razem z pestkami, na patelnię. Mieszając, gotowałem wszystko kilkanaście minut.

SONY DSC

Wyłączyłem ogień i poczekałem, aby substancja lekko ostygła. Następnie wszystko zmiksowałem na jednolitą masę i przełożyłem z powrotem na patelnię. Tam dodałem sól, cukier, po czym dusiłem, aby mikstura zgęstniała. Kiedy już konsystencja była dostatecznie, a nawet troszkę zbyt dostatecznie, zwarta, dodałem łyżkę octu winnego. Na sam koniec dodałem szczyptę imbiru. Wyłączyłem ogień i dokładnie wszystko jeszcze raz wymieszałem.

SONY DSC

Prowincjonalny zen, czyli cebula marynowana w occie jabłkowym

SONY DSC

Zawsze czułem się człowiekiem z prowincji i zawsze ciągnęło mnie do miejsc na końcu świata. Chciałbym kiedyś pokazać dla mojego syna (tak, właśnie prowincjonalnie „dla” niego) te wszystkie bliższe i dalsze bezdroża, które odwiedzam wciąż na nowo, gdy czekam na to, by się z nim spotkać. I jeszcze bardziej tęsknię za prowincją, kiedy te spotkania nie są takie, jak bym chciał.

Prowincja to spokój. To pusty rynek w Krynkach albo szosa gdzieś między Kalwarią i Mariampolem, otoczona wzgórzami, maleńkimi cmentarzami i samotnymi domostwami z owocowym sadem i ogrodem pełnym malw. Albo Wielka Pętla Bieszczadzka, która jest wielka tylko z nazwy, bo stamtąd jest już dalej niż bliżej do wszystkiego.

Właśnie dzięki tym szwendactwom buduję powoli taki spokój w sobie, który bardzo się ostatnio przydaje. Spokój przynoszą też te tradycyjne, proste czynności domowe. Szczególnie te, które pozwalają patrzeć na przyszłość ze spokojem. Przez wieki ludzie zabezpieczali się na zimę susząc i soląc mięso, przygotowując przetwory z warzyw i owoców. Spokojnie gromadzili jedzenie na zimę, według sprawdzonych przepisów.

Staram się być prostym człowiekiem. Interesują mnie proste sytuacje, zwykłe historie i normalne, spontaniczne decyzje. Chciałbym móc ot tak, po prostu, sprawiać sobie i mojemu dziecku zwykłe i proste przyjemności.

Czekając na spotkanie z Małym, postanowiłem zrobić coś prostego z czerwoną cebulą, którą dostałem od mamy mojego szwagra, pani Gieni. Zrobiłem więc trzy słoiki cebuli marynowanej w occie jabłkowym.

Ciekawe, że to właśnie ocet z jabłek królował w średniowieczu i był tradycyjnym konserwatorem owoców i warzyw oraz dodatkiem do różnych potraw. Ale do rzeczy, czy też, jak mówiono w średniowieczu, ad rem.

Cebula marynowana w occie jabłkowym

Co będzie potrzebne:

  • ok. 1 kilograma czerwonej cebuli (ja dodałem jeszcze jedną białą, bo nie wiedziałem, co z nią zrobić)
  • liście laurowe
  • ziarna ziela angielskiego
  • 3 ząbki czosnku
  • 3 małe kawałki korzenia chrzanu

Zalewa na 3 litrowe słoiki:

  • 1 litr wody
  • ok. pół litra octu jabłkowego (może być też ocet z wina, odradzam zwykły, spirytusowy)
  • 3 łyżki cukru
  • 3 łyżki soli

Cebulę obrałem i pokroiłem w talarki około 3-4 milimetrowe. Włożyłem do słoików razem z kilkoma ziarnami ziela angielskiego, liściem laurowym, ząbkiem czosnku i kawałkiem chrzanu na słoik. Wcześniej zagotowałem dokładnie wymieszaną zalewę i pozostawiłem do delikatnego ostudzenia.

Cebulę w słoikach zalałem zalewą tak, aby wszystkie składniki były pod powierzchnią wody. Słoiki pozakręcałem, wstawiłem do garnka z wodą i pasteryzowałem 15 minut. Potem trzy piękne słoiczki wylądowały w piwnicy i teraz czekają na dobre czasy.

Cebula ma pod wpływem moczenia w occie delikatny, subtelny smak i świetnie nadaje się jako dodatek do zwykłego obiadu z mielonymi i ziemniakami, gdzieś w środku stycznia, kiedy portfele cierpią świątecznymi i karnawałowymi wydatkami.

Lemoniada i lody własnej roboty

SONY DSCW latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych z okna mojego pokoju w bloku przy ulicy Palmowej 6 w Białymstoku widać było rząd garaży i łąkę, na której pasły się krowy. Jak poszło się dalej i przekroczyło obwodnicę, wtedy były już Zawady. Zwykła podmiejska wieś, gdzie rosły ziemniaki, zboże, gdzie pasły się krowy i owce.

Moi rodzice zawsze starali się, abyśmy nie spędzali całych letnich dni na podwórku pod blokiem. Stąd się wzięły coroczne wyjazdy nad morze, do Poddębia organizowane przez moją mamę, na które jeździliśmy, jak Cyganie, taborem na trzy miesiące. A jak był czerwiec i jeszcze nie było wakacji, a słońce przygrzało, szliśmy albo jechaliśmy na rowerach przez te Zawady do Sielachowskich. Przez Sielachowskie przepływa rzeka Supraśl, a w jednej z tych drewnianych chat, których już tam nie ma, urodziła się sława przedwojennego kina, Nora Ney.

Miałem zawsze takie marzenie, aby ze swoim synem wybrać się nad taką rzekę, rozłożyć na trawie koc, leżeć w skwarze słońca i rozmawiać o męskich sprawach. Narzekać na niewdzięczne kobiety i o tym, ilu fajnych facetów zostało zmarnowanych przez te baby.

Kiedyś zabrałem w to miejsce nad rzeką moją wieloletnią dziewczynę. Chłodziliśmy się wtedy gaspacho, hiszpańskim chłodnikiem z pomidorów, oliwy i ziół.

Teraz straciłem zainteresowanie wywożeniem dziewczyn nad rzekę. Bardziej interesuje mnie spędzenie spokojnie choćby kilku chwil z synem. Zawsze staram się do tego solidnie przygotować. Mój syn uwielbia lemoniadę, którą przygotowuję mu zawsze, kiedy jest upał, a on ma ochotę na plażę w Dojlidach. Ostatnio spróbował też po raz pierwszy w życiu lodów, ale jak zobaczyłem, ile syfu się do nich ładuje, postanowiłem, że zawiozę mu pyszną lemoniadę i sorbet własnej roboty.

Jak zrobić pyszną lemoniadę na upał?

Co jest potrzebne:

  • 1,5 litra wody
  • 1 grejpfrut
  • 1 pomarańcza
  • 1 cytryna
  • Garść świeżej mięty
  • Pół szklanki cukru (ja nie daję, mój syn lubi kwaśne)

Używam takiej najprostszej wyciskarki do cytrusów z Ikei. Przecinam nożem grejpfrut, pomarańczę i cytrynę na połówki i wyciskam z nich sok, pozbywając się nasion.

Moździerzem rozcieram miętę. Biorę dużą butelkę z takim odskakującym kapslem z gumką i wlewam powstały sok z miąższem z pomarańczy i grejpfruta oraz miętę. Dolewam do pełna wodę. Wstawiam do lodówki i czekam, aż lemoniada będzie zimna. Mój Mały lubi kwaśne, więc nie dodaję cukru, ale inni pewnie by dosłodzili do smaku.

SONY DSCJak zrobić pyszny sorbet na upał?

Co będzie potrzebne:

  • Kilka opakowań po serkach Danone lub aluminiowe foremki do muffinek
  • Jednorazowe, plastikowe lub drewniane łyżeczki do mieszania kawy
  • Maliny, poziomki, jagody lub inne leśne owoce
  • Cukier (ja nie daję, syn woli kwaśne od słodkiego)

Owoce z lasu myję i wrzucam do miksera, ewentualnie dosładzam. Powstały mus wlewam do opakowań po Danonkach i wstawiam do zamrażarki. Jak już sorbet trochę stężeje, wkładam doń łyżeczkę, zakrywam folią i pozwalam się zamrozić. Jak mój Mały ma ochotę na lody, po prostu wkładam je na chwilę do ciepłej wody i w ten sposób powstaje przysmak do oblizywania.

SONY DSC

Konfitura z poziomek, czyli o wszechstronnych korzyściach z bycia cierpliwym

Wspomnienia słodsze od wszystkiego

Pierwsze skojarzenie, jakie mam z poziomkami to upalne lato w Boćkach. Boćki są już za Bielskiem Podlaskim, ale jeszcze przed Siemiatyczami. Nieważne, i tak nie wiecie, gdzie są Boćki.

W Boćkach do tej pory mieszka moja babcia. Obok domu dziadków był duży plac. Rolnicy co roku zwozili tam buraki cukrowe. Poza okresem skupu buraków plac stał pusty, więc jeździliśmy po nich rowerami. Ci więksi – Ukrainami z ramą, ci mniejsi – Rometami albo Jubilatami. Po drugiej stronie placu był CPN, a za nim – mały lasek, gdzie zawsze rosły poziomki i maliny.

Z wypraw na poziomki wracaliśmy zawsze z nogami podrapanymi przez kłujące krzaki malin i ostów, poparzeni boleśnie pokrzywami, no i cali usmarowani poziomkami. Jedliśmy je łapczywie, prosto z krzaka. Te leśne poziomki były maleńkie jak jagody i słodsze od wszystkiego, co można znaleźć w lesie.

SONY DSC

Poziomki to esencja polskiego lasu. Ich kolor to wzorzec z Sèvres czystej czerwieni. Ich zapach to jedyny zapach, którego żaden producent syntetycznych zapachów nie potrafił dotąd podrobić. Poziomki to dzikie rośliny, które są arystokracją wśród dzikich roślin, bo choć skromne, niewielkie, skryte gdzieś pod liściem paproci, to zawsze emanujące nieskazitelną czerwienią, wyrazistym aromatem. Poziomki to skromne, nienachalne piękno, pojawiające się na ten niecały miesiąc, gdzieś między czerwcem a lipcem, a potem przez cały rok nieobecne i niecierpliwie wyczekiwane.

Polowanie na poziomki

Jeśli chcesz się wybrać na poziomki, koniecznie zabierz ze sobą jakiegoś grzybiarza. Na poziomki poluje się podobnie, jak na grzyby. Może być długo, długo nic. Może być niekończące się, nudne, zniechęcające łażenie od polany do polany, skutkujące pustym pojemnikiem po lodach. Grzybiarze są do tego przyzwyczajeni. Oni to lubią.

Kunszt grzybiarski przydaje się również wtedy, gdy już napotkamy na mieniący się słodką czerwienią niepozorny krzaczek poziomki, przytulony gdzieś tam pod liśćmi paproci. Wtedy działa się tak samo, jak z grzybami.

SONY DSC

Jeśli znaleźliśmy jeden grzyb lub krzaczek poziomki, to gdzieś w promieniu kilku metrów musi być drugi i trzeci. Poziomki, tak jak grzyby, kochają życie w małych stadach, ale w dyskretnym oddaleniu od innych poziomkowych skupisk. To tacy leśni Amisze.

Aby dostrzec sąsiadów upolowanej poziomki lub grzyba, należy zejść do jej, jego poziomu. W tym celu poszukiwacz powinien położyć się na poszyciu tak, aby jego oczy znajdowały się na poziomie kilkunastu centymetrów nad poziomem mchu.

Poziomek szukamy tam, gdzie jest słońce: na polanach, wśród upadłych drzew, na skraju leśnych traktów, przy szkółkach leśnych. Tam, gdzie ziemia jest dość ciepła i sucha, a słońce pozwala owocowi się rozwinąć.

Poziomki mają taki zapach, że równie dobrze możemy je wywąchać, jeśli się mocno postaramy.

Psychopoziomki

Poziomki z trudnych do zrozumienia powodów nie znajdują popularności w popkulturze. Na pewno można je znaleźć w opisach przyrody Elizy Orzeszkowej, ale nie znam nikogo, kto by czytał opisy przyrody Elizy Orzeszkowej.

Niewiele jest też osób, które pamiętają jeszcze niegdysiejszą gwiazdę tzw. „piosenki nylonowej”, nieżyjącą już panią Agatę Budzyńską. Zanim piosenkarka ta zatruła się na śmierć czadem na łódce w Giżycku, była w latach 90-tych gwiazdą festiwali piosenki poetyckiej, uwielbianą przez studentów w wyciągniętych swetrach i przetłuszczonych włosach.

Jednym z przebojów Agaty Budzyńskiej była piosenka „Na drugą stronę lasu” o miejscu, gdzie zawsze kwitną poziomki. Z zamierzeniu delikatny, sentymentalny tekst opowiadający o nieobecnych przyjaciołach, nabrał psychodeliczno-biesiadnego wymiaru po nagraniu go przez grupę Milano. W wykonaniu prekursorów polskiego disco-polu staje się ta oniryczna, sentymentalna, naiwna piosenka o poziomkach zapisem szalonej, biesiadno-narkotycznej wizji. Jest relacją amatora leśnych substancji, który po zjedzeniu nadmiernej ilości (poziomek?) doznaje odlotu, w których „mała Wiola tańczy na dłoni”, a „zielona Agnieszka maluje świat na zielono”. Podmiot liryczny zaprasza przyjaciół to tego świata, w którym (i tu już pojawia się fragment autentycznie piękny):

Jabłkowy poeta gubi swoje wiersze

A wiatr listonosz nieproszony

Roznosi je ludziom zamiast złych nowin”

Smak rozpływającej się w ustach poziomki jest krótkotrwałą, intensywną przyjemnością. Chwilowym wzmocnieniem przywołującym wspomnienia jak w głębokim, realistycznym śnie. Jest zapowiedzią dobrych nowin. Dlatego postanowiłem zachować cząstkę tych przyjemności na jesień i podarować ich trochę dla mojego syna, za którym teraz bardzo i cierpliwie tęsknię. Dlatego z tęsknoty za Małym, zabrałem mamę (jego babcia, która jeszcze bardziej za nim tęskni) do lasu. Przez kilka godzin, cierpliwie, zbieraliśmy najpiękniejsze, najbardziej pachnące poziomki, rosnące w najkorzystniejszych wizualnie miejscach Podlasia. A potem cierpliwie robiłem z nich przez trzy dni konfiturę.

SONY DSC

Jak robiłem trzydniową konfiturę z poziomek

Składniki na dwa średnie słoiki (albo trzy małe i jeden średni):

  • 0,6 kg leśnych poziomek
  • 0,6 kg cukru (ale to zależy od gustów)
  • cierpliwość

Od razu po przyjściu z lasu umyłem poziomki i odrzuciłem te niedojrzałe oraz te, które nieopatrznie zgniotły moje niezdarne łapska (konfitura ma składać się z w większości całych poziomek, aby zachować rozkosz przegryzania się przez delikatną powłokę do słodkiego wnętrza owocu). Poziomki cierpliwie osuszyłem na sicie, po czym zasypałem je połową cukru. Jako, że był wieczór, zmęczony łażeniem po lesie, poszedłem spać.

Drugiego dnia poziomki ładnie puściły sok, zachowując poziomkową integralność. Sycąc się tym widokiem, z pozostałego cukru i szklanki wrzątku zrobiłem syrop, wsypując pozostały cukier do gorącej wody i mieszając w garnku do rozpuszczenia. Odparowałem nieco wody i dodałem poziomki razem z sokiem. Gotowałem je na małym ogniu przez około 45 minut, co jakiś czas potrząsając rondlem (konfitury nie należy mieszać łyżką, bo owoce mogą się porozwalać). Zbierającą się na powierzchni pianę (im mniejszy ogień, tym będzie jej mniej), delikatnie zbierałem łyżką.

Po tym czasie konfiturę odstawiłem i odstawiłem na noc w spokoju.

Trzeciego dnia znowu podpalam ogień pod konfiturą i na bardzo małym ogniu powoli ją smażę. Substancja ma po pewnym czasie się zeszklić i zgęstnieć. Od czasu do czasu potrząsam garnkiem, żeby owoce i cukier nie przyklejały się do dna garnka. Kiedy woda odparuje na tyle, że konfitura stanie się ciemna i spodoba się jej przylepianie do dna garnka, gaszę ogień.

Na koniec gorące owoce ostrożne wkładam do czystych słoików, zakręcam szczelnie i odstawiam do góry dnem do ostygnięcia.

Teraz stoją sobie na dnie szafki z przetworami, czekają cierpliwie na Małego i na chłodniejsze dni.

SONY DSC

Bób mi świadkiem: nieczystość jest OK, czyli o tym, jak kisiłem bób i rzodkiewkę.

SONY DSC

Pochwała nieczystości

Nie wszystko, co pyszne i zdrowie, musi być sterylne. Przeciwnie, czasami bakterie, procesy fermentacji i rozwijania się mikroorganizmów, wszystko, co uważa się za złe i trujące w kuchni, jest źródłem wielu przyjemności smakowych i zapachowych. Nie mówiąc już o krzepie i odporności.

Od lat pozostaję w przekonaniu, że wszechobecne wśród dzieci alergie, chroniczne anginy i ogólna zdrowotna mizeria smarkających teraz bez przerwy smarkaczy wynikają ze zbyt wysokiej sterylności, jakiej je non stop poddajemy. Zalew niezwykle wydajnej chemii z Zachodu, którą polewamy łazienki, kible i kuchnie całkowicie pozbawione od wtedy brudu, powoduje, że w ślad za nią napływają do nas tony leków, suplementów leków, i innego świństwa.

Lipiec 1986 lub 1987 roku. Biegnę piaszczystą ścieżką spóźniony za kolegami zdążającymi na plażę w Poddębiu z wręczoną mi w ostatniej chwili przez mamę kanapką z pasztetową. Czując na dziecięcych policzkach zapach zbliżającego się morza potykam się o wystający z tego piasku korzeń sosny, a trzymana przeze mnie kanapka majestatycznie ląduje w tym letnim, gorącym piachu, pełnym igieł, szyszek, zdechłych żuków i dżdżownic. Delikatnie przecieram pasztet o nogawkę krótkich spodenek w kolorze khaki, umazanych żywicą, a po zejściu na plażę opłukuję kanapkę w słonej, pełnej wodorostów morskiej wodzie.

To była najlepsza kanapka z pasztetem, jaką jadłem w życiu.

Ach, przypomniałem też sobie właśnie tzw. „fenomen słonych paluszków”! Dlaczego te, które spadły na podłogę smakują zawsze lepiej?

Dzieci uwielbiają brud. Dzieci nie są głupie. Brodzą w kałużach. Wkładają do buzi znalezione przypadkowo przedmioty. Zajadają się żarciem, które przypadkiem lub celowo spadło z talerza na podłogę. Ci ich przodkowie, którzy chętnie obcowali w dzieciństwie z brudem (oczywiście w umiarze), okazywali się potem bardziej odporni na poważne zagrożenia układu odpornościowego. Tak mówią mądrzy ludzie, a ja się z mądrymi zgadzam.

Peklado – la procezo de universala (epo)

Zwykło się u nas mówić, że jak kisić, to tylko kapustę i ogórki. Nic bardziej mylnego – kiszenie to świetny, tradycyjny, uniwersalny sposób na długotrwałe przechowywanie wszelkiej prawie żywności, znany nie tylko w Polsce. Nasi sąsiedzi ze Wschodu kiszą prawie wszystko: na Litwie kisi się pomidory, marchewkę, w Rosji i na Białorusi – paprykę. W tym ostatnim kraju popularne jest kiszenie na zimę jabłek w wielkich beczkach. Kisi się również grzyby. Szwedzi kiszą śledzie, a Norwegowie – pstrągi.

Istotą kiszenia jest umożliwienie składnikom kiszonki, by w sposób wolny, bez skrępowania i wymyślonych przez człowieka i naturę przeciwników korzystały z tego, co fruwa w powietrzu, przemieszcza się w ogórku, siedzi gdzieś w korzeniu. Kiedy to „coś” trafi szczęśliwie do przygotowanego zawczasu roztworu, dokonuje się cudowne dzieło fermentacji, w którym dostarczone przez człowieka składniki takie jak chrzan, czosnek, koper, gorczyca i, last but not least, sól, pełnią tylko rolę strażników pilnujących, by złe bakterie nie przeszkadzały tym dobrym.

SONY DSC

W tenże sposób, wymyślony nie przez jakiegoś cudownego geniusza, ale stworzony tysiącami prób i błędów wielu pokoleń, próbujących ulepszyć ów przepiękny proces, mamy dzisiaj prosty sposób, by z dowolnego, dostatecznie twardego warzywa lub owocu, zrobić kiszonkę i z powodzeniem dla podniebienia i samopoczucia korzystać z jego dobrodziejstw przez cały rok.

Jest wiele ludowych przesądów dotyczących kiszenia. Wszystkie one zdają się być swoistymi „zaklęciami” mającymi na celu odwrócenie uwagi od sedna tajemnicy kiszenia sprowadzającego się do słów: „pozwólmy przyrodzie działać”.

Dlatego mówią, że sól do kiszenia musi być niejodowana (bez znaczenia), że słoik musi być wyparzony (wyparzcie też koniecznie ogórki, heh), a woda przegotowana. Już widzę tych arcymistrzów kiszenia ogórków z Kruszewa nad Narwią, jak przegotowują wodę przed zalaniem!

W tym roku sezon na kiszenie rozpocząłem od rzodkiewek i bobu.

Jak zrobiłem kiszone rzodkiewki

Składniki na trzy średnie słoiki:

  • trzy pęczki dość twardej i zdrowej rzodkiewki
  • sól (jedna łyżka na litr zalewy, może być niejodowana)
  • kilka ząbków czosnku
  • duża gałąź kopru
  • kawałek korzenia chrzanu
  • gorczyca
  • woda (może być przegotowana)

Rzodkiewki pozbawiłem liści i opłukałem wodą ze studni. Ogonki zostawiłem (pomagają w wyławianiu rzodkiewek ze słoika). Do około litra wody (może być przegotowana) wsypałem i rozpuściłem łyżkę soli. Na spód umytych słoików położyłem koper, po ząbku czosnku i kawałku chrzanu. Następnie powkładałem niezbyt ściśle rzodkiewki, zalałem słoną wodą, a na wierzch położyłem znowu koper, chrzan i czosnek. Dosypałem gorczycy, upewniłem się, że nic nie wystaje ponad poziom morza i zamknąłem.

Po trzech, czterech dniach przebywania w umiarkowanie chłodnym, najlepiej zaciemnionym miejscu, rzodkiewki pięknie oddadzą swoją czerwień i staną się lekko różowawe. Wtedy można je wcinać. Świetnie smakują jako dodatek do obiadu, dokładnie tak, jak kiszone ogórki. Kiszenie łagodzi ich rzodkiewkową ostrość i nadaje pięknego koperkowo-chrzanowego zapachu.

SONY DSC

Jak ukisiłem bób?

… w zasadzie tak samo, jak rzodkiewki, z tym, że bób dobrze jest przed włożeniem do słonej wody lekko obgotować. Tutaj wzorowałem się na tym przepisie przysłanym mi przez koleżankę Kasię (dziękuję). Do rzeczy:

Składniki na dwa półlitrowe słoiki:

  • kilogram bobu, króla warzyw
  • sól (jedna łyżka na litr zalewy, może być niejodowana)
  • kilka ząbków czosnku
  • duża gałąź kopru
  • liść laurowy
  • kawałek korzenia chrzanu
  • gorczyca
  • woda (może być przegotowana)

Bób opłukałem wodą ze studni, wrzuciłem do wrzącej wody i gotowałem 5-10 minut, w zależności od wieku bobu, do momentu osiągnięcia przez niego stanu al-dente. W tym czasie przygotowałem litr wody (może być przegotowana), do której wsypałem łyżkę soli (może być niejodowana). Na spód słoików położyłem liście kopru, chrzan i czosnek. Włożyłem do środka odsączony bób. Na górę położyłem znowu koper, chrzan, czosnek i liść laurowy. Dolałem osolonej wody tak, aby nic nie wystawało, szczelnie zamknąłem słoiki i odstawiłem w ciemne miejsce.

SONY DSC

Po kilku dniach kiszony bób powinien być ukiszony i gotowy do jedzenia.

Dżem z marchewki, czyli o tym, jak Portugalia z troski o dzieci wykiwała całą Europę

Czerwiec

Na białostockich bazarach w drewnianych skrzyniach wyleguje się młoda marchewka. Zwykliśmy z lekką  pogardą wrzucać ją do rosołowych wywarów, tak jak czynimy to z dużą częścią stworzeń, które większość swojego istnienia spędzają pod ziemią. Pietruszka, burak, brukiew, seler, marchew – te wszystkie bulwy i korzenie, z których korzystamy w kuchni na co dzień, są raczej niestety na zapleczu podstawowych, wiodących smaków znanych potraw.

mural-of-garden-vegetables-1421502160idi

A marchewka to ciekawe i inspirujące warzywo.

Warzywo? No właśnie…

Czy marchewka jest warzywem?

Przeczytałem dzisiaj, że marchewka jest.. owocem. To nic, że rośnie pod ziemią, to nic, że nie zawiera nasion, to nic, że od setek lat każde dziecko uczono, że marchew to warzywo. Kiedy ostatnio wręczyłem mojemu synowi w ramach rozrywki podczas jazdy autem piękne, młode marchewki do chrupania, mówię mu: proszę, to moje ulubione warzywo z czasów, jak byłem w Twoim wieku. Bo naprawdę lubiłem podkradać rodzicom z kuchennego blatu umyte, obrane marchewki. Nigdy nie protestowali. Nawet w kryzysowych latach 80. marchewek było w bród, choć ich zastosowanie w polskiej kuchni jest raczej skromne. A były i są nie dość, że smaczne, to dużo w nich rzeczy, od których jest lepsza odporność, a na buzi nie ma pryszczy. Podobno też karoten odpowiadający za niepowtarzalny kolor marchwi, pomaga osiągnąć niepowtarzalne kolory w opalaniu na plaży zamiast w solarium.

Kocham Portugalię i Portugalczyków. Za fado, nasmutniejszą muzykę na świecie. Za ich europejskie outsiderstwo. Za tę nostalgię i tęsknotę, pobrzmiewające w ich języku. Języku, który i rytmem i fonetyką tak bardzo przypomina mi język polski. Za to, że jest to bodaj ostatni kraj Zachodniej Europy, który nie jest taki sam, jak wszystkie pozostałe kraje. Za to, że wszystko kosztuje tam umiarkowanie i że zarabia się tam też umiarkowanie. I że za kilka euro można spędzić cały wieczór przy owocach morza z rusztu i przy butelce wina w uzasadnionych ilościach, siedząc na brzegu klifu i patrząc na ocean.

Niestety, to Portugalczycy są winni tej absurdalnej zmianie kwalifikacji marchewki z warzywa na owoc. Może powinniśmy być na nich źli za tę wyrwę w fundamentach naszego marchewkowego świata, ale jak przyjrzałem się sprawie głębiej,  uznałem, że Portugalczycy są całkowicie usprawiedliwieni i przez cały czas ich podziwiam. Teraz nawet bardziej.

Crianças, crianças, acima de tudo!

Portugalczycy od wieków produkują i zajadają się dżemem z marchewki. Szczególnie uwielbiają go dzieci, a dzieci w Portugalii są kochane ponad wszystko. Mogą wszystko i wszystko jest im wybaczane. Pszenna bułka posmarowana masłem i solidną porcją dżemu marchewkowego to popularna w Portugalii podstawa śniadania przed wyprawą do szkoły. Za odmowę uczynienia portugalskiemu dziecku takiej przyjemności grozi tam nawet dożywocie.

I tu pojawiają się problemy… Okazało się bowiem, że po uchwaleniu unijnej dyrektywy o tym, co jest dżemem, a co nie, Portugalczycy nie mogą już nazywać dżemu z marchewki dżemem z marchewki, bo dżem może być, według urzędnika, wytwarzany tylko z owoców. A marchewka owocem nie jest….

Portugalia nie mogła tego zrobić swoim dzieciom.

Dla mieszkańców ojczyzny Vasco da Gamy rezygnacja z nazywania dżemu z marchewki dżemem z marchewki byłaby czymś niedopuszczalnym. To tak, jakby Polakom kazać, by zamiast nazywania bigosu bigosem, podawać na niedzielny stół „duszoną kapustę z grzybami i pomidorami”. Bigos to jest bigos, a dżem marchewkowy jest dżemem marchewkowym! Więc, aby Portugalia ostała się Portugalią, a tamtejsze pacholęta nie chlipały z tęsknoty za śniadaniowym przysmakiem, tamtejsi dyplomaci i unijni urzędnicy przeforsowali, by zamiast rezygnować z „dżemu marchewkowego” uznać, że marchew jest jednak owocem i umożliwić produkowanie tradycyjnego przysmaku pod oryginalną nazwą.

JAK ZROBIŁEM DŻEM MARCHEWKOWY

SKŁADNIKI NA DWA ŚREDNIE SŁOIKI:

  • Niecały kilogram ładnej marchwi
  • Pół szklanki białego cukru
  • Sok z jednej cytryny
  • Sok z połowy pomarańczy
  • Skórka z połowy pomarańczy

Kiedy już zgłębiłem tajemnicę owocowości marchwi, postanowiłem sprawdzić, jak smakuje taki portugalski, marchwiowy dżemik. Pojechałem na osiedlowy bazarek (lubię pochodzące z tureckiego „pazar” słowo „bazar”, pasuje do białostockiego orientalizmu) i kupiłem kilka marchewek średniej wielkości (niecały kilogram). Z produkcji lemoniady dla syna z poprzedniego dnia została mi połówka pomarańczy i cała cytryna. A że przetwory są tematem numer jeden w mojej kuchni w tym sezonie, o brak zapasowego cukru nie musiałem się martwić.

SONY DSC

Marchewkę delikatnie oskrobałem, wypłukałem w wodzie, pokroiłem na takie kawałki, by zmieściły się w garnku. Gotowałem około pół godziny do miękkości. W tym czasie wycisnąłem sok z cytryny i pomarańczy, no i starłem skórkę z tej ostatniej. Marchewkę ostudziłem, zmiksowałem w blenderze i wrzuciłem do garnka. Dodałem do niej pół szklanki cukru, wszystko wymieszałem i odpaliłem ogień. Przez kilka (5-10) minut gotowałem, aż mus zaczął się redukować i lekko karmelizować. Przez cały czas trzeba mieszać, bo gorąca marchewka lubi przykleić się do dna garnka.

Poczekałem więc, by woda odparowała, dodałem wyciśnięty sok z pomarańczy i cytryny oraz startą skórkę pomarańczy. To wszystko trzeba znowu zagotować na kilka minut, tym razem tylko po to, aby marchewka i cytrusy połączyły się w jednolite, słodko-cytrusowe smak, zapach i konsystencję. Dodałem jeszcze odrobinę cukru, ale to już kwestia gustu. Ważne, aby w dżemie wyczuwalne były równocześnie, w zharmonizowanych proporcjach: słodycz marchwi, kwaśność cytrusów i orzeźwiająca gorycz pomarańczowej skórki.

Gdy już nareszcie wszystko połączyło się w piękną, pomarańczowo-żółtą miksturę, powkładałem dżem do wyparzonych słoików, dokładnie pozakręcałem i postawiłem do góry dnem do ostygnięcia. Z niecałego (na oko) kilograma marchwi wyszły mi dwa średniej wielkości (200 g) słoiki. Teraz, w szafce pod parapetem, czekają na chłodne dni.

SONY DSCW grudniu, na święta, przyjeżdża jak co roku do Polski zaprzyjaźnione z moją rodziną małżeństwo z Portugalii. Kasia (Polka, przyjaciółka mojej siostry), Luis (mąż Kasi) i Krystian (ich 10-letni syn, jedyny na świecie jednoczesny fan Cristiano Ronaldo i Jagiellonii Białystok). Sprawdzę wtedy, czy mój dżem z marchewki smakuje podobnie, jak ten, który je się w Portugalii na kanapkach.