Codziennik ósmy – intuicja

DSC_2058.jpg

Byłem wczoraj znowu w lesie. W środku Puszczy Knyszyńskiej mam takie swoje miejsce. Odkryłem je przypadkiem i chodzę tam, kiedy potrzebuję wyciszenia. Postanowiłem, że kiedyś pokażę je mojemu synowi i nikomu innemu. Jak los pozwoli. Chciałbym, bo jest tam pięknie.

Jednym z dopływów niewielkiej rzeki Czarna jest leśny strumień, przerobiony przez pracowite bobry w kilkukilometrowe rozlewisko z całym systemem tam, żeremi, jeziorek, małych wodospadów i bagienek. To właśnie przy tym strumieniu bobry położyły wielką jodłę tak genialnie, że z pozostałego pieńka zrobiło się wygodne siedzenie, a powalona reszta robi za oparcie. Lubię tam po prostu siedzieć i słuchać szumu wody przetaczającej się przez bobrzą tamę ukrytą gdzieś za sitowiem. Czasami zabieram tam ze sobą coś do czytania.

Byłem tam wczoraj. Łapiąc ostatnie promienie letniego słońca i popijając kawę zbożową Anatol z termosu (ulubiony napój Małego), przeczytałem tam wczoraj znakomity, popularnonaukowy artykuł Tomasza Stawiszyńskiego o intuicji. Wydrukowali to w jesiennym Przekroju pod tytułem „Użyj mocy, Luke”. Skąd tytuł? Bo w kluczowym momencie pierwszych „Gwiezdnych Wojen” młody Skywalker, lecąc w stronę Gwiazdy Śmierci, wyłącza urządzenia nawigacyjne, monitory i decyduje się „zaufać intuicji”.

O tych nieświadomych mechanizmach ludzkiego umysłu, działających bez udziału namysłu i głębokiej refleksji, podejmujących decyzje niejako „zamiast nas”, wiedziano od dawna, ale do dzisiaj nie zgłębiono ich całkowicie. Natomiast świat stawia przed nami tysiące różnych wyborów na minutę i tylko niewielka ich część jest podejmowana świadomie, refleksyjnie, analitycznie. To, w jakim kierunku postawimy nogę szukając w lesie grzybów, na którą półkę spojrzymy kupując w sklepie ser na kanapki, jaką stację telewizyjną zdecydujemy się oglądać wciskając z nudów przycisk pilota, wszystkie te decyzje są podejmowane w zasadzie „automatycznie”.

Freud twierdził, że ta nieszczęsna „nieświadomość” jest czymś w rodzaju naszego alter ego, złośliwie podpowiadającego nam rzeczy i decyzje, których świadomie nie mielibyśmy odwagi ze wstydu podjąć. Wydaje mi się, że więcej racji mają neurobiolodzy i współcześni psychologowie, według których nieświadomość nie jest złośliwym przeszkadzaczem-zboczuszkiem, ale pomocnikiem, wykonującym ogromną pracę bez naszego udziału i pomagającym nam podjąć właściwe decyzje.

No właśnie – czy zawsze właściwe? Oczywiście nie zawsze. Nieświadomość podejmuje decyzje i podpowiada nam w oparciu o zebrane wcześniej przez nasze mózgi informacje. Dlatego doświadczeni fachowcy w różnych dziedzinach są w stanie podejmować właściwe decyzje, często nie potrafiąc ich racjonalnie uzasadnić.

Oczywiście, czasami nawet fachowcy się mylą. Mylą się dlatego, że umysł jest tworem ewolucji, a więc działa w interesie przeżycia i reprodukcji. Stąd wiele przykładów tego, jak intuicja wprowadza nas w błąd, dlatego, że celem nieświadomści jest przetrwanie, a nie „prawda” jako taka. Dlatego boimy się pająków, jazdy windą, a dzieci nie następują na przerwy w kostce chodnikowej. To nawyki ewolucyjne, które na wszelki wypadek warto podtrzymywać. A nuż pająk nas ugryzie (choć wiadomo, że w Polsce nie ma trujących pająków), winda się zerwie (choć racjonalność podpowiada, że to niemożliwe), a chodnik się zapadnie, jak skała w dżungli przed wiekami.

Na koniec anegdotka Barrego Schwartza odnosząca się do powszechnej opinii o tym, że kobiety mają lepszą intuicję od mężczyzn. Jest to poniekąd prawda, bo rzeczywiście kobiety ogółem lepiej rozpoznają niewerbalne gesty, aluzje i mają lepszą zdolność zapamiętywania relacji społecznych.

Schwartz powiedział kiedyś, że jako mężczyzna, większości wyborów dokonuje w sposób bezwiedny (intuicyjny). Kiedy na przykład idzie do sklepu po spodnie, szuka odpowiedniego rozmiaru, rzuca okiem mniej więcej na rodzaj tkaniny i krój i bierze z półki pierwszą lepszą parę. I nigdy tego później nie żałuje!

Mam tak samo. Kiedy zaś widzę, jak kobiety decydują się na zakup, dajmy na to, spodni, wówczas proces ten wygląda zgoła inaczej. Dziewczyny najpierw obserwują ulicę i najnowsze trendy. Potem robią research internetowy. Po wyborze określonej marki i modelu, sprawdzają, czy aby któraś z ich znajomych nie ma już takich samych. I nawet jeśli już wiedzą, jakich dokładnie spodni potrzebują, i tak spędzają w sklepie długie godziny, nie potrafiąc podjąć decyzji. A potem, nawet jak już kupią te nieszczęsne spodnie, całymi tygodniami chodzą niepewne słuszności swojego wyboru.

„Jak dobrze mają te bobry, które śpią sobie teraz smacznie w tych żeremiach kilkanaście metrów od mojej samotni. Jak dobrze byłoby być takim bobrem, od którego nie wymaga się tej racjonalności, nie analizuje się i nie ocenia jego decyzji. Bo wszystkie mają na celu przetrwanie, interes jego najbliższy, spokój od ludzi i stawik pełen ryb” – pomyślałem, spakowałem termos oraz „Przekrój” do plecaka i wróciłem do miasta. Podejmować kolejne trudne decyzje.

Reklamy

Codziennik siódmy – opowiadanie „Cysterna” Mariany Enriquez

 

20180926_201129.jpgWśród dzisiejszych lektur i studiów największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie „Cysterna” argentyńskiej autorki Mariany Enriquez. Jesienny „Przekrój” czytam od deski do deski – bez względu na momentalne spadki poziomu i humoru – a to opowiadanie, choć ezoteryki i tzw. „babskiego” pisania nie trawię, jest świetne i mądre.

Sześcioletnia dziewczynka Josefina odwiedza z rodzicami i starszą siostrą kuzynkę, zamieszkałą w miejscowości Corrientes. Kilka przecznic dalej znajduje się mieszkanie tajemniczej kobiety. Señora ma dom wypełniony krucyfiksami, świętymi obrazkami i gęstą roślinnością. Na środku posesji stoi duża cysterna z wodą. Podczas spotkania małą Josefinę dopada senność. Od tego momentu, przez wiele lat, aż do kolejnego spotkania z Señorą, życie Josefiny zamienia się w koszmar, którego źródło i przyczyna tkwi bardzo blisko niej.

Tylko na pozór jest to opowieść o wiedźmie rzucającej czar na małe dziecko. Nie chcę nikomu zabierać przyjemności i narastającej ciekawości puenty, których doświadczyłem podczas lektury. Zgodnie z ciągnącym się za mną ostatnio tropem odkrywania naturalizmu i racjonalizmu w pozornie metafizycznych praktykach, historia o małoletniej, a podczas drugiego spotkania z Señorą już dorosłej dziewczynce, jest w istocie historią o wyniszczającym, toksycznym, egoistycznym i bezwzględnie okrutnym wpływie innych. „Cysterna” to taka krótka opowieść o tym, jak ludzie, dla których ofiarowana miłość, zaangażowanie i oddanie są tylko pustą cysterną, do której można bez krzty wahania wrzucić własne lęki, frustracje, zazdrości i zawiści. Często, tak jak Josefina, żyjemy bez świadomości, że staliśmy się taką cysterną pełną brudów wrzuconych nam przez najbliższych.

„Cysterna” Mariany Enriquez to piękny i mądry tekst. Polecam serdecznie.

Marek Raczkowski – Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki

raczkowskiMarek Raczkowski jest jak pasta Marmite – można go albo kochać, albo nienawidzić. Należę do tej pierwszej połowy ludzkości, dlatego bez większych wahań dołożyłem się do narkotyków i dziwek dla rysownika „Przekroju”. W przygotowaniu książki-cegiełki na tę zbiórkę pomagała Raczkowskiemu jego przyjaciółka Magda Żakowska. Formuła wywiadu-rzeki sprawdziła się znakomicie. Rysownik okazuje się świetnym, błyskotliwym i zaskakującym co chwila rozmówcą. A przede wszystkim – mistrzem autokreacji.

Nie pokocha i nie zrozumie Raczkowskiego ten, kto potraktuje go poważnie. Przypominasz sobie ten happening z przyozdabianiem psiego łajna flagą narodową, który rysownik odstawił w programie Kuby Wojewódzkiego? Jeśli byłeś oburzony i zdumiony, najprawdopodobniej padłeś ofiarą pułapki zastawionej przez tego sprytnego, hiperinteligentnego mistrza autokreacji. Jeśli byłeś tą akcją zachwycony, nie myśl, że Raczkowskiego to ucieszyło. Narodowa wściekłość była jego celem. Nie bez przyczyny bliskim przyjacielem Raczkowskiego jest Jerzy Urban – człowiek, który z nienawiści pod swoim adresem uczynił sposób na zarabianie pieniędzy. Bohater książki, którą niedawno skończyłem czytać, również jest wirtuozem kreowania miłości i nienawiści, a pomaga mu w tym genialna wrażliwość na Polskę i Polaków. Nie ma wielu, którzy rozumieliby ten kraj tak dobrze, jak on.

Opowieść Raczkowskiego o swoim życiu jest w zasadzie zapętloną narracją wokół trzech pojęć. Polska, seks i Kościół Katolicki to tematy, które powracają co chwila w różnych konfiguracjach. Zręczność manipulacji Czytelnikiem, jaką posiada Raczkowski, polega na bardzo wyrafinowanym, subtelnym wręcz wodzeniu za nos: pokazywaniu „ludzkiej” twarzy rysownika (kocham ten kraj, nie jestem wcale lubieżny, byłem bardzo religijny), by za chwilę przywalić w potylicę ostrą satyrą na Prawicę, wyznaniem o upodobaniu do uwodzenia chudych nastolatek albo żartem o proboszczu-pedofilu.

Nie będziesz się dobrze bawił, jeśli potraktujesz tę rozmowę na serio. Tutaj chodzi o to, byś się oburzał, a jednocześnie brnął dalej w mitomańskie zwierzenia Marka Raczkowskiego. Bo jest to książka lekka, ale wyrafinowana w swoich socjotechnicznych intencjach. W rzeczywistości Raczkowski nie jest tym, o którym tutaj opowiada. Jest znacznie lepszy, lub…. o wiele gorszy.