Pracowanie

Najstarszym zawodem świata wcale nie jest to, o czym myślicie. Najstarszy zawód świata to przecież zrywanie jabłek. Ewa zerwała jabłko i od tej pory jesteśmy w dupie – wygnanie z raju i trwające tysiące lat zaprzątanie sobie przez ludzi problemami, które wcześniej były fikcją: żeby się ubrać, harować od świtu do nocy, konkurować z innymi.

To oczywiście ironia. Nie potrafię nie pracować, choć praca częściej niż satysfakcję daje zapomnienie. Kilka lat temu pracowałem ponad siły, na cztery etaty, dwadzieścia godzin na dobę, przez pół tygodnia u siebie, przez pół tygodnia w stolicy. Zmęczenie, adrenalina pracy na termin, często śrubowany do pojedynczych minut, zmęczenie i stres mogą być wspaniałymi narkotykami pomagającymi w czasowym przygnębieniu, depresji, frustracji, złości na swoje życie albo na bliskich. Przez wiele lat wychodziłem z domu o 5-tej i wracałem o 23 tylko po to, aby zasnąć. Oduczyłem się tego, czym jest dom.

A teraz okazało się, że nie mogę być tak aktywny, jak bym chciał. Brakuje mi tego zapomnienia, jakie daje praca, szczególnie, kiedy chcesz zapieprzać od świtu do nocy dla kogoś, a nie możesz. Nie da się wrócić do tego stanu przed zerwaniem pierwszego jabłka. Jak będę już mógł, potrafił, będę pracował jak dziki wół.

Piąta piosenka o jesieni, czyli Janusz Laskowski Hope Forever

Jedna z miejskich legend głosi, że Janusza Laskowskiego, białostockiego barda wszechczasów, ojca disco-polo, spotkać można przy odpowiednim szczęściu w taksówce. Trudno go przeoczyć, bo do dzisiaj nosi tę ponadczasową fryzurę „długo z tyłu, krótko na przedzie”, którą doprowadzał dziewczęta do wielokrotnych orgazmów. Przyjaciel prowadzący knajpę zdradził mi, że jakiś czas temu pan Janusz wpadł do Labalbalu na kawę i proszę sobie wyobrazić, że zgromadzeni tam dwudziestolatkowie oddali Mistrzowi należny hołd. Były oklaski, ktoś mi mówił, że pociekła niejedna łza.

„Żółty jesienny liść”, „Świat nie wierzy łzom”, „Łaga czigi”. Te i wiele, wiele innych piosenek Laskowskiego sprawiło, że już za życia jest on legendą. Geniuszem, który za pomocą najprostszych możliwych środków wyrazu, trzech prostych dźwięków zaczerpniętych z muzyki żydowskiej, cygańskiej, ludowej, i naiwnych wierszy przesyconych symboliką rodzinnego domu, wspomnienia, matki, ciepłego chleba, żółtego jesiennego liścia spadającego z drzewa, potrafił dotrzeć do wielu serc.

Nie wstydzę się swojej miłości do tej muzyki. Przypomina mi o wielu miejscach na mapie mojego miasta, których już nie ma. Blokowisko, na którym się wychowywałem, powstało na przełomie lat 70. i 80. na miejscu małej wsi. Ślady po niej można było znaleźć jeszcze przez dobre 20 lat. Stara drewniana chata między blokami, pozostałości po sadach owocowych  u zbocza, na którym stała szkoła podstawowa nr 38, kopiec, w którym przechowywano ziemniaki nieopodal zajezdni autobusowej na rogu Jarzębionowej i Gajowej… No i całe Bojary – niby nie wieś, bo już przed wojną dzielnica białostockiej inteligencji, ale miejsce z wyglądu rustykalne. Małe drewniane domki, przy nich sady, gdzieniegdzie studnie, drewniane płoty ze sztachet, brukowane ulice Wiktorii, Poprzeczna, Kraszewskiego na których jest tak spokojnie, że gówniarze na samym środku urządzają regularne rozgrywki piłkarskie.

Zawsze myślałem, że piosenka o żółym jesiennym liściu, jest – jak większość jesiennych piosenek – przepełniona smutkiem, nostalgią i tęsknotą. Wczoraj wydarzyło mi się jednak coś, co przywróciło nadzieję, że ta jesień może być jednak szczęśliwa. Otworzyłem okno, do środka wpadł ciepły, aromatyczny, wilgotny wiatr. Wysłuchałem, co na ten temat ma do powiedzenia Artysta, wysłuchałem tego polskiego fado o nadziei, cierpliwości, potrzebie bycia silnym i wartości czekania i przez chwilę zrobiło się trochę lepiej.

Uspokoić się, poukładać, zasnąć

Wieczór w Labalbal w otoczeniu znajomych. To ważne, aby mieć takie miejsce, w którym się czujemy bezpiecznie i przewidywalnie. Wieczór dedykowany pestkom słonecznikowym i ich łuskaniu. Fenomen Wschodu, o czym mówi Doktor na tym wspaniałym filmie. Ważna, integrująca, kompulsywna czynność, jak rozgniatanie tych torebek złożonych z dziesiątek małych pojemników z powietrzem. Cała podłoga obrzucona łupinami po tych pestkach, a my rozmawiamy o grach komputerowych w latach 80-tych, napojach z warzywniaka pakowanych w foliowe torebki, gumach Turbo i plakatach z Sabriną. W ciągu ostatniego półrocza wszystko gwałtownie przyspieszyło: przeprowadzka, rozstanie i spotkanie. Wszystko ważne i mocne na tyle, by rozregulować, rozproszyć, sprawić, że dużo rzeczy zostało zaniedbanych, dużo zawalonych, dużo zwyczajnie spieprzonych. Ale z drugiej strony – to, co bliskie i intymne, to co naprawdę ważne, to, co będzie najważniejsze nawet jak wszystko inne się załamie, jest pielęgnowane i pilnowane z uwagą. Pół roku chodzenia po krawędzi dobiegło końca. Jest spokój i bezpieczeństwo. I wszystko się układa. Tylko jeszcze trzeba to przyjąć do wiadomości i zasnąć ze spokojem. In my baby’s arms najlepiej.

Rymkiewicz, Varga, Kuroń

W weekendowej „Wyborczej” trzy teksty godne zestawienia. Pierwszy to mini-felieton Waldemara Kumóra o dyskusji toczącej się od dwóch tygodni na łamach Newsweeka. Rozpoczął ją poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, stwierdzając w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem, iż:

„S” to była wielka rzecz. Ale dla naszego samoczpoczucia może byłoby lepiej, gdyby w stanie wojennym ówczesne podziemie miało też bardziej radykalne skrzydło. Gdyby rzucono parę bomb, spalono komitet. Pewnie byłyby potem wyroki śmierci, nawet szubienice na stokach cytadeli. Ale przecież nasze narodowe szubienice to nie znaki hańby, lecz pomniki chwały.

Na te odważne słowa Rymkiewicza tydzień później odpowiada Krzysztof Siemieński – drukarz podziemnej NOW. Kiedy studiował filozofię na UJ, wspólnie z kolegami wpadli na pomysł „likwidacji” Wojciecha Jaruzelskiego. Projekt był na zaawansowanym etapie realizacji. Na szczęście znalazł się ktoś, kto przekonał narwanych studentów, że – po pierwsze – oznacza to wyrok śmierci, nawet w przypadku niepowodzenia, a – po drugie – władze właśnie na takich szaleńców oczekują. Pomysły Rymkiewicza Siemieński kwituje następująco:

…w Polsce nigdy nie brakowało narwanych idiotów, którym sam byłem.

Kilka stron dalej, Marek Radziwon prezentuje zgłoszoną do nagrody Nike książkę Krzysztofa Vargi „Gulasz z turula”. Ta gorzka i ironiczna książka napisana przez Vargę, zakochanego w Węgrzech, okazuje się w takim samym stopniu książką o Polakach.

Opowieść o kompleksach małego kraju, o imperialnych pretensjach, które obracają się w groteskę, o hurrapatriotycznych pretensjach, o pamięci krwawych klęsk, które urastają do rangi najwspanialszych symboli narodowej historii, to także – jak w lustrze – opowieść o Polsce i naszych wysokich, a czasem po prostu śmiesznych wyobrażeniach o sobie samych

Czytałem tę książkę Vargi i mogę potwierdzić spostrzeżenia Radziwona. Książka Vargi jest książką tak samo o Węgrzech, jak i o Polsce. Niedawna rocznica wyborów kontraktowych ’89 roku przez jednych obchodzona jest jako zwycięstwo, inni zaś z poobną fetą i gatunkową ciężkością traktują ten moment jako kolejną, po Powstaniu, Czerwcu’56, Grudniach’70 i ’81 „piękną porażkę”. Żal tylko – jak mówi Rymkiewicz – że Klęska’89 nie przyniosła krwi na ulicach i męczenników za wolność. Byłoby kogo czcić… A może za takich męczenników uznać uczestników spotkań w Magdalence, cierpiących na „syndrom dnia następnego„?

Trzecim ważnym tekstem w dzisiejszej GW jest wywiad-wspomnienie z Karolem Modzelewskim o zmarłym 5 lat temu Jacku Kuroniu. Moja sympatia do Kuronia nie wynikała nigdy ze wspólnoty poglądów czy wartości, ale z pewnej meta-postawy, którą miał wobec siebie i innych ludzi. Modzelewski pięknie opowiada o wewnętrznym konflikcie, jaki zachodził w Kuroniu, kiedy uczestniczył w rządzie Mazowieckiego jako minister pracy. Choć potem odstąpił od tego stanowiska, to mam wrażenie, że miał rację, mówiąc, iż aby zbudować socjaldemokrację, należy najpierw zbudować kapitalizm. Z tym stanowiskiem zgodziliby się zarówno liberałowie, jak i socjaliści. Pierwsi mieliby oczywiście wątpliwości, czy jest sens trwonić zgromadzone bogactwo, drudzy rzekliby – po co tworzyć bogactwo, skoro możemy zrobić deficyt budżetowy? W każdym razie, myśl ta świetnie wyraża to meta-nastawienie Kuronia: konsyliacyjne, otwarte i ugodowe. Uważam, że na początku lat 90. tacy ludzie byli Polsce bardzo potrzebni, nawet jeśli w rezultacie ponieśli porażkę.

Wracając zaś do nawoływań Rymkiewicza o potrzebie krwi, wydaje się, że nieco innego rodzaju ofiar potrzebuje to społeczeństwo. Od butelek z benzyną, palonych opon i ran ciętych, kłutych i postrzałowych, potrzeba nam jednej z trzech rzeczy, o kórych mówił kilkadziesiąt lat temu Churchill. Nie krwi nam potrzeba, ani łez – potrzeba nam natomiast dużo potu, toczonego ciężką, codzienną pracą. To jest zresztą ofiara, którą składają codziennie miliony ludzi w Polsce. Niektórzy wyśmiewają się pracujących od 8 do 20 pracowników korporacji, pojawiają się wręcz pomysły, aby zakazać zbyt długiej pracy nawet tym, którzy się na to dobrowolnie godzą. Jednak, jeśli popatrzeć bez uprzedzeń, to właśnie ci wszyscy pracownicy sklepów całodobowych, uczestnicy tzw. „wyścigu szczurów” z wielkich korporacji, studenci ślęczący nad książkami całe noce, wszyscy ci, dla których dzień zaczyna się o 6 a kończy o 2 nad ranem, oddają temu społeczeństwu największą ofiarę, czyli pracę.

Deszcze i duchoty

Ten klimat jest nieznośny. Noce są co prawda chłodne, ale w dzień nigdy nie wiadomo, co się trafi. Może być duszno, że aż nie ma czym oddychać, może też przez cały dzień padać. Dopiero dzisiaj zrozumiałem, dlaczego pasażerowie autobusu linii 9 łączącej miasto z kampusem uniwersyteckim zakładają rzeczy z długim rękawem, nawet jeśli poranki zwiastują upał. Jezioro Bodeńskie wytwarza mało przewidywalny, kapryśny klimat.

Czasami różne skomplikowane sprawy, złe nastroje, nie pozwalają na uważne czytanie. Niestety, stan uporządkowania jest jeszcze daleko przede mną, albo równie daleko za mną. Szczęśliwie, biblioteka Uniwersytetu w Konstancji oferuje zajęcie również dla osób z takimi przypadłościami. Można zająć się transowym kserowaniem lub równie monotonnym, nie wymagającym myślenia, skanowaniem. To pierwsze kosztuje pięć centów za stronę, więc kiedy skończyły mi się drobne i wypełniłem czerwony plastikowy koszyk trzema książkami Hayeka i dwoma o Hayeku, przeskanowałem jakieś pięćset stron Poppera i o Popperze. Po takiej ogłupiającej pracy jedyną „wartością dodaną” jest to, że już wiesz, jak czuje się robotnik po ośmiu godzinach spędzonych przy taśmie.

Gastarbeiter w autobusie

Aż się wierzyć nie chcę, że jeszcze wczoraj o świcie wyjeżdżałem z sennego Białegostoku, a już dzisiaj jestem po spacerze wzdłuż Jeziora Bodeńskiego. Podróż była skomplikowana: samochodem do Kalisza, stamtąd linią PKS Turek do Wrocławia. Tam pięć godzin oczekiwania na autobus do Konstancji. Wrocław jak zwykle przyjazny i z charakterem. Piękny dworzec kolejowy łączący niemieckość i historię z wolnorynkowym rozpasaniem. Rdza niemieckiej historii kompiluje się z polskim chaosem, nieprzewidywalnością. Stare zatęchłe kamienice Śródmieścia zwilżała niewidoczna gołym okiem mżawka. Więc koniecznie rynek i koniecznie browar Spiż, dokąd schodzi się szerokimi schodami. Po prawej – wyszynk, po lewej – restauracja. Kierunek oczywisty: na prawo. Tam, za siedem pięćdziesiąt, dają jedno z lepszych świeżych piw w Polsce. Obserwuję uwjających się jak w ukropie barmanów, którzy pomimo gęstej atmosfery rozwijają z powodzeniem życie towarzyskie.

Drugie miejsce, do którego nie mogłem nie wstąpić, to pokazana mi jakiś czas temu przez BK Gumowa Róża. Tak jak Białystok ma swoje Lalki, tak Lalkami Wrocławia jest ten położony w podziemiach ulicy Wita Stwosza pub. Lata świetności ma już za sobą, ale właśnie ze względu na ten nastrój upadku odwiedza się takie miejsca. Grają tam już absolutnie niemodne piosenki rockowe z późnych lat dziewięćdziesiątych, a przy barze siedzą niezrealizowani bębniarze, wokaliści po operacji krtani, gitarzyści, którym zbyt często pękały struny. I każdy z nich przypomina Lecha Janerkę.

Zbliża się godzina odjazdu, więc wracam na dworzec. Niesłychanie tradycyjna przechowalnia bagażu oddaje mi mój plecak. Na peronie 3 dworca autobusowego zamieszanie. Autobus się spóźnia. Co chwilę na sąsiednie perony podjeżdżają autobusy: Kopenhaga, Rzym, Londyn, Berlin, Hamburg. Warto posiedzieć trochę na dworcu autubusowym, aby zdać sobie sprawę z tego, jak wielkie i żywiołowe są te europejskie migracje.

Pasażerami tych autobusów są – nawet w sezonie wakacyjnym – przeważnie polscy robotnicy za pracą. Przekonuję się szybko o tym, że najbliższe 15 godzin będę miał okazję spędzić w towarzystwie kilkudziesięciu gastarbeiterów. Najpierw jest zapach kiszonych ogórków i testowania funkcji przydzielonych każdemu miejsc siedzących. Siedzący przede mną małżonkowie sprawdzają, do jakiego stopnia fotel się rozkłada, czy wszystkie nawiewy działają, czy światło do czytania jest odpowiednie (choć czytać raczej nie zamierzają). Trwa to mniej więcej półtorej godziny, do chwili przekroczenia granicy państwowej. Wówczas rozpoczyna się czas trwogi, bo przecież „każdy coś tam wiezie”. Zatrzymuje nas patrol niemieckiej policji. Rutynowa kontrola nie kończy się nieprzyjemnościami, jednak dopiero po niej okazuje się, jak dużo mięsa i papierosów znajduje się w lukach bagażowych autobusu.

Polscy gastarbeiterzy charakteryzują się ogromną fascynacją niemiecką kulturą i gospodarką oraz głęboką pogardą dla wszystkiego, co polskie. Nie ukrywają swojego pochodzenia, traktując je jako  przykry, ale niezmywalny stygmat. Starają się natomiast za wszelką cenę pokazać, że, co prawda, nie ma jak tego ukryć, jesteśmy Polakami, ale tymi, którym się udało, którzy są niejako „ambasadorami” wielkiego świata na Polskę. Polscy gastarbeiterzy wszystko co się da przeliczają na eurocenty, korzystają bez skrupułów z „gratisowej” kawy i herbaty oferowanej przez firmę transportową, jedzą przygotowane jeszcze w domu kanapki z jajkiem na twardo, uwielbiają film „Tylko mnie kochaj” i kiwają się w rytm „Wszyscy Polacy to jedna rodzina, starszy czy młodszy, chłopak czy dziewczyna”. Więc Jezioro Bodeńskie zobaczyłem w końcu przy akompaniamencie disco-polo i w towarzystwie uradowanych z powodu udanego przemytu rodaków.

Na szczęście autobus przyjechał na Dobelestrasse bez opóźnienia.

Ekspertyza

Brak snu jest oczywisty i zrozumiały. Sposobem na złe i uporczywe myśli jest praca – nawet, jeśli dotyczy baraków z blachy i ich społecznych implikacji. Więc, pomimo trzech godzin snu, szybka ucieczka z domu i wtedy, gdy chrześcijanie w niedzielnych strojach (chłopcy – ciemne spodnie, czarne spodnie pod kant i biała koszula, koniecznie w te spodnie; dziewczęta w białych rajstopach i sukienkach z ramączkami) tłumami ciągną do swoich świątyń, ja biegnę na kawę, najpierw dwie espresso, potem latte dla podtrzymania efektu. Pisanie sprawia przyjemność, szczególnie w pomieszczeniu z klimatyzacją i bezprzewodowym internetem, kiedy za oknem prawie trzydzieści w cieniu. Myśl o kontenerach mieszkalnych pozwala na chwilę uciekać od myśli o mniejszych i większych klęskach (które i tak w końcu zdołamy przekuć w wiktorie, w końcu po dwudziestce jest dopiero osiem, a nie dziesięć lat, więc to nie ostatnia szansa-stacja).