Władza

Power to the people Painting by Sophie Sarti | Saatchi Art

Władza zawsze wzbudzała moją niechęć. Unikam jej, jak tylko mogę. Zawsze, przy krótkich okazjach, gdy byłem tak zwanym „szefem”, tak naprawdę żadnym szefem nie byłem, bo nie potrafiłem wydawać poleceń, a dążyłem do dyskusji nad problemem. W związku z tym, moim podwładni mnie nie szanowali, bo ludzie potrzebują wykonywać polecenia szefa. To moja wielka wada, że nie potrafię wydawać poleceń.

Z przerażeniem obserwuję ludzi chełpiących się choćby okruszkami władzy, którą w jakiś sposób posiedli. Władzy nad petentem w urzędzie, władzy nad dzieckiem, władzy nad tym, kogo wpuścić do klubu. Ci ludzie, otrzymawszy choć odrobinę kontroli nad innymi, wysysają tę okazję do decydowania di sucha, do cna, do końca.

Popadam w smutek, gdy widzę tych ludzi głodnych władzy, spragnionych kontroli nad innymi jak żebrak głodny chleba. Każdy potrzebuje pożywienia, każdy potrzebuje miłości i wsparcia, ale czy władza jest na tyle słodkim narkotykiem, aby masturbować się nią, krzywdząc przy okazji niewinnych ludzi?

Mariusz Urbanek – Broniewski. Miłość. Wódka. Polityka

Broniewski. Miłość, wódka, polityka - Mariusz UrbanekPrzeczytałem tę biografię wielkiego polskiego poety z prawdziwą przyjemnością. Mariuszowi Urbankowi udało się napisać rzecz ważną i uczciwą, nie tylko wobec Władysława Broniewskiego, wokół którego dzięki ideologom PRL-u, jak i narodowo-katolickiej prawicy narosło wiele rzadko sprrawiedliwych mitów, jak i wobec wszystkich artystów uwikłanych w historię i politykę, z którymi przyszło się im mierzyć.

Życie Broniewskiego to historia artysty, który tę batalię przegrał.

Dla żyjących współcześnie zaoferowano w szkołach dwie “wersje” Broniewskiego. Według pierwszej był to wielki poeta komunistyczny zaangażowany w umacnianie ustroju komunistycznego w Polsce i wiecznej przyjaźni polsko-sowieckiej. Patron PRL-owskich szkół, którego wiersze przozdabiały akademie ku czci komunistycznych wierszy, autor peanów Rewolucji Październikowej, Stalina i Majakowskiego. Druga “wersja” Broniewskiego, kanoniczna po 1989 roku, to ta, według której ów skompromitowany wiernopoddańczymi gestami wobec komunistów i Sowietów pisarz nie ma miejsca w niepodległej Polsce, a ślady jego świetności w postaci popierś, pomników, nazw ulic i szkół, powinny zostać jak najszybciej usunięte.

Obie te narracje, jak łatwo zauważyć, są nader uproszczone i zarazem krzywdzącego dla Broniewskiego, jako zarówno jednego z najbardziej genialnych poetów poslkich XX wieku, ale może przede wszystkim jako postaci niezwykle ciekawej osobowościowo, równie mocno skomplikowanej i tragicznej. O tym pisze Urbanek.

Propaganda PRL-owska, a za nią narodowy populizm po 89’ roku zręcznie wymazuje kluczowe dla zrozumienia postaci Broniewskiego fakty z jego rcyciekawej biografii. Szlachecko-inteligenckie pochodzenie, udział w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku w Legionach Piłsudskiego, arcynarodową wymowę sławnego wiersza “Bagnet na broń”, odsiadkę w NKWD-owskim więzieniu w 1940-41 roku, a także szereg antysowieckich gestów w okresie późniejszym.

Z pracy wyłąnia się przede wszystkim Broniewski – polski patriota, który próbuje swoją postawą łączyć ideały szlachetczyzny z wiernością sprawie socjalizmu, równości i sprawiedliwości. Ale jest to tylko jeden wycinek tego złożonego obrazu. Broniewski to – wedle tego, co pisze Urbanek –  salony romantyk, którego wyobraźnia, otwartość i potrzeba lojalności wobec przyjaciół, są ważniejsze od wszystkich ideologii. Te zasady karzą mu w rezultacie służyć po 1945 roku sprawie, w którą dawno przestaje wierzyć. To również historia poety, którego gubi słabość do sławy, potrzeba miłości i lęk przed samotnością.

Broniewski – autor jedynych pod względem rytmu i siły czterozwrotkowców – to artysta, dla którego miłość jest ważniejsza od polityki. W imię miłości do najbliższych oraz potrzeby akceptacji, decyduje się na rolę nadwornego piewcy socjalizmu w Polsce po 1945 roku, zdając sobie sprawę z absurdów i niesprawiedliwości tego systemu. Ma prawo go krytykować, bo na własne oczy widział rewolucję bolszewicką.

Urbanek nie zapomina też o tej części twórczości Broniewskiego, która dla mnie osoboście jest ważniejsza od aktywności politycznej. Bohater książki jest genialnym twórcą poezji miłosnej, doskonałym piewcą Warszawy i Płocka, skąd pochodził, obdażonym subtelną wrażliwością poetą polskiej przyrody i krajobrazu.

Broniewskiego gubi ta bezwarunkowa miłość do ideałów, w kóre wierzył, do kobiet, które kochał i do Polski, o której nigdy nie mógł zapomnieć i o której namiętnie pisał. Choć kiedyś uwielbiany, dzisiaj zostaje wyrzucony na śmietnik historii.

Anomalia jest motorem ewolucji

Miałem spory problem, czy umieścić ten tekst na blogu nazwanym „naukowym”, dlatego, że sprawa, o której piszę, jest z jednej strony aktualna, z drugiej zanurzona w polskiej polityce. Jednak jako że dotyczy środowiska naukowego i sprawy, która mnie z punktu widzenia osoby zainteresowanej nauką interesuje, pozwoliłem sobie napisać o niej tu.

Chodzi o homoseksualizm. Temat ten poruszałem już tutaj, odwołując się do najnowszych badań epigenetycznych. Problem wrócił przy okazji polskiej debaty o tak zwanych związkach partnerskich. Moje stanowisko jako publicysty w tej sprawie mogą Państwo poznać zapoznając się z tym tekstem zamieszczonym na portalu „Czas Białegostoku„.

Moje zainteresowanie wzbudził ostatnio list otwarty kilkuset naukowców, którzy poczuli się w obowiązku bronić krytycznego wobec homoseksualizmu tonu wypowiedzi posłanki Krystyny Pawłowicz. Wszystko w porządku – każdy ma prawo do takiego gestu. Pewne wątpliwości budzi jednak uzasadnienie, w którym sygnatariusze listu powołują się na wyniki biologii ewolucyjnej, pisząc między innymi:

„Podstawowe założenia syntetycznej teorii ewolucji wykazują, że najważniejszym zadaniem każdego gatunku jest przekazanie genów następnemu pokoleniu. Stanowi ono motor ewolucji i podstawę istnienia gatunku. Gdyby wszystkie osobniki danego gatunku (także i człowieka) zamieniły się w osobniki homoseksualne – gatunek ten przestałby istnieć, ponieważ nie nastąpiłoby przekazanie genów następnemu pokoleniu, w związku z czym nie byłoby potomków. Dlatego z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że z punktu widzenia ewolucji homoseksualizm jest anomalią”.

Oto kilka moich skromnych uwag do tej argumentacji:
  1. Już pierwsze zdanie budzi wątpliwości i może dawać podejrzenia, że problematyka ewolucji nie jest podstawowym przedmiotem zainteresowania sygnatariuszy listu. To prawda, że przekazywanie genotypu jest motorem ewolucji, ale autorzy zapomnieli wyjaśnić, że jednostka często działa nie tylko na rzecz przekazania swojego genotypu, ale genotypu członków swojej rodziny, klanu, plemienia itd. Gdyby tak nie było, między ludźmi nie dochodziłoby do współpracy, a przecież dochodzi. Już w 1964 roku niejaki William Hamilton wprowadził do teorii ewolucji i uzasadnił istnienie altruizmu krewniaczego, który świetnie uzasadnia sens istnienia w populacji osobników homoseksualnych.
  2. Zanim jednak o tym, chwila refleksji nad użytym w tekście sformułowaniu „anomalia”. Drodzy państwo naukowcy: „anomalia jest motorem ewolucji! Gdyby nie było zróżnicowania wewnątrzgatunkowego, jakakolwiek zmiana nie byłaby możliwa. Poszczególne jednostki niekiedy mutują i te lepiej dostosowane mają większe szanse na reprodukcję. Przecież poza homoseksualistami, mamy również osoby bezpłodne lub po prostu nie posiadające chęci posiadania dzieci. One były, są i będą.
  3. Jest kilka teorii, które tłumaczą nie tylko fakt istnienia osobników homoseksualnych w społeczeństwie, ale wyjaśniają wręcz ich rolę w przetrwaniu. Najbardziej popularną jest teoria o „dobrych wujkach” (albo ciociach). Nie przejawiają oni zainteresowania kobietami, więc można ich bez obawy pozostawić z żonami w czasie, kiedy trzeba się wybrać na polowanie (do pracy). Są silni, obronią więc nasze kobiety i dzieci przed niebezpieczeństwem i będzie to w ich interesie, bo są z nami spokrewnieni. Dosyć to proste i oczywiste.
  4. Uwaga czwarta, już bardziej z dziedziny filozofii niż nauki. Podstawowa zasada kultury erystycznej nakazuje nie mieszać sądów estetycznych z sądami o faktach. Naukowców – sygnatariuszy listu zapewne geje brzydzą, co samo w sobie nie jest żadnym zarzutem ani przedmiotem polemiki. O gustach się nie dyskutuje. Jednak swoje obrzydzenie kamuflują powołując się na coś, o czym mają niewiele pojęcia, mieszając sądy estetyczne z sądami o faktach. To wzbudza moje obawy nawet bardziej niż ignorancja.

Henryk Dasko „Dworzec Gdański. Historia niedokończona”

daskoAutobiografia Henryka Daski jest kolejnym, obok wspomnień Stefana Mellera, świadectwem pokolenia, którego losy określił marzec’68 roku. Obie postaci – Mellera i Daskę – łączy zresztą więcej. Obu łączyła przyjaźń z Michałem Komarem, obu w ostatnich latach tragicznie zmarli zwyciężeni przez chorobę nowotworową.

Nie sposób takich książek czytać wyłącznie z perspektywy socjologicznej bądź historycznej, traktując ją wyłącznie jako dokument określonych czasów. W autobiografii Daski odnajdujemy wielki ładunek emocji związanych z trudnością w określeniu własnej tożsamości. Tak jak Meller, również Dasko zmaga się z wątpliwościami co do własnej przynależności narodowej. Jego rodzice są Żydami, ale wywodzących swoje żydostwo z bardzo różnych korzeni. Matka jest bardzo przywiązana do tradycji żydowskiej, języka, historii, religii. Ojciec – przeciwnie – przez całe życie czuje się bardziej komunistą niż przedstawicielem jakiegokolwiek narodu. Sam Dasko, poza rodowodem krwi, nie potrafi nazwać siebie inaczej, niż jako Polaka pochodzenia żydowskiego.

Henryk Dasko nie jest genialnym naratorem, ale pisanie nigdy nie było jego głównym zajęciem. Kluczowym momentem opowieści jest oczywiście marzec 1968 roku i wyjazd Henryka na przymusową emigrację. Głębokie rozdarcie i tragizm wyboru Daski uwidocznione są w sposobie opowiadania. Życie przed marcem jest barwne, niepozbawione humoru, często beztroskie. Emigracja i próby ułożenia sobie życia na Zachodzie, choć pełne sukcesów zawodowych i osobistych, opowiadane są dużo bardziej gorzko i zimno. Oba etapy życia, włącznie z opisem tragiczne zakończonej choroby nowotworowej, relacjonowane są z głębokim poczuciem odpowiedzialności za słowo, skromności i szczerości. Ta dosyć powściągliwa, skromna szczerość, jest być może największą wartością książki.

Lektura dwutomowego wywiadu z Mellerem pozostawiła mnie z poczuciem, że oto zmarł ktoś, kogo bez wątpienia mogę nazwać wielką i ważną postacią. O Henryku Dasko nie da się tak powiedzieć, co nie zmienia faktu, że ta autobiografia ma wartość równie wielką. Jej wartością jest świadectwo wielkiej zaradności, skromności i przyzwoitości człowieka, którego życie określiła polityka i historia.