Mały Polak u stóp Giedymina

DSCF0883

Lubię to zdjęcie sprzed kilku lat, na którym siedzę u stóp monumentalnego pomnika Giedymina na Placu Katedralnym, w najważniejszym miejscu Wilna. Postać Wielkiego Księcia i stojącego za nim konia i wyjącego rysia wykonane są z jakiegoś ciemnego, ponurego żelastwa.

Giedymin wyciągniętym na przód mieczem wskazuje ponoć miejsce, gdzie ma powstać miasto, ale ja zawsze byłem przekonany, że jego ostrze skierowane jest na południowy-zachód, w stronę Lachów.

Mały Polak siedzący u stóp potężnego władcy Wielkiej Litwy. Tak to zawsze widzę.

Tak widzę to zawsze, kiedy wjeżdżam w Litwę tym osieroconym po Schengen przejściem w Ogrodnikach, pełnym opuszczonej, rdzewiejącej infrastruktury granicznej. Tych pootwieranych na oścież szlabanów i pustych budek granicznych z powybijanymi okienkami.

Na Litwie nie można przesadzać z naszym polskim imperializmem, który wyssaliśmy tu z mlekiem matki, a który przecież tej Wielkiej Litwie jako Polacy zawdzięczamy. Więc powstrzymuję złość widząc te wszystkie lechickie bogoojczyźniane pielgrzymki do Ostrej Bramy, pełne alkoholowej wyższości nad litewskim chamem.

To nie merkantylizm ani nie litość powstrzymują Litwinów przed reaktywną agresją wobec panoszących się po ulicach Wilna wycieczek z mnóstwem nacjonalistycznych symboli na piersiach i transparentach. To zwykły bałtyjski spokój, który jest wrodzoną cechą tego ludu. Nieufnego, dosyć ponurego i zamkniętego w sobie. A przez to tak fascynującego i buzującego lechicko-kozackie krwi.

Rymkiewicz, Varga, Kuroń

W weekendowej „Wyborczej” trzy teksty godne zestawienia. Pierwszy to mini-felieton Waldemara Kumóra o dyskusji toczącej się od dwóch tygodni na łamach Newsweeka. Rozpoczął ją poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, stwierdzając w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem, iż:

„S” to była wielka rzecz. Ale dla naszego samoczpoczucia może byłoby lepiej, gdyby w stanie wojennym ówczesne podziemie miało też bardziej radykalne skrzydło. Gdyby rzucono parę bomb, spalono komitet. Pewnie byłyby potem wyroki śmierci, nawet szubienice na stokach cytadeli. Ale przecież nasze narodowe szubienice to nie znaki hańby, lecz pomniki chwały.

Na te odważne słowa Rymkiewicza tydzień później odpowiada Krzysztof Siemieński – drukarz podziemnej NOW. Kiedy studiował filozofię na UJ, wspólnie z kolegami wpadli na pomysł „likwidacji” Wojciecha Jaruzelskiego. Projekt był na zaawansowanym etapie realizacji. Na szczęście znalazł się ktoś, kto przekonał narwanych studentów, że – po pierwsze – oznacza to wyrok śmierci, nawet w przypadku niepowodzenia, a – po drugie – władze właśnie na takich szaleńców oczekują. Pomysły Rymkiewicza Siemieński kwituje następująco:

…w Polsce nigdy nie brakowało narwanych idiotów, którym sam byłem.

Kilka stron dalej, Marek Radziwon prezentuje zgłoszoną do nagrody Nike książkę Krzysztofa Vargi „Gulasz z turula”. Ta gorzka i ironiczna książka napisana przez Vargę, zakochanego w Węgrzech, okazuje się w takim samym stopniu książką o Polakach.

Opowieść o kompleksach małego kraju, o imperialnych pretensjach, które obracają się w groteskę, o hurrapatriotycznych pretensjach, o pamięci krwawych klęsk, które urastają do rangi najwspanialszych symboli narodowej historii, to także – jak w lustrze – opowieść o Polsce i naszych wysokich, a czasem po prostu śmiesznych wyobrażeniach o sobie samych

Czytałem tę książkę Vargi i mogę potwierdzić spostrzeżenia Radziwona. Książka Vargi jest książką tak samo o Węgrzech, jak i o Polsce. Niedawna rocznica wyborów kontraktowych ’89 roku przez jednych obchodzona jest jako zwycięstwo, inni zaś z poobną fetą i gatunkową ciężkością traktują ten moment jako kolejną, po Powstaniu, Czerwcu’56, Grudniach’70 i ’81 „piękną porażkę”. Żal tylko – jak mówi Rymkiewicz – że Klęska’89 nie przyniosła krwi na ulicach i męczenników za wolność. Byłoby kogo czcić… A może za takich męczenników uznać uczestników spotkań w Magdalence, cierpiących na „syndrom dnia następnego„?

Trzecim ważnym tekstem w dzisiejszej GW jest wywiad-wspomnienie z Karolem Modzelewskim o zmarłym 5 lat temu Jacku Kuroniu. Moja sympatia do Kuronia nie wynikała nigdy ze wspólnoty poglądów czy wartości, ale z pewnej meta-postawy, którą miał wobec siebie i innych ludzi. Modzelewski pięknie opowiada o wewnętrznym konflikcie, jaki zachodził w Kuroniu, kiedy uczestniczył w rządzie Mazowieckiego jako minister pracy. Choć potem odstąpił od tego stanowiska, to mam wrażenie, że miał rację, mówiąc, iż aby zbudować socjaldemokrację, należy najpierw zbudować kapitalizm. Z tym stanowiskiem zgodziliby się zarówno liberałowie, jak i socjaliści. Pierwsi mieliby oczywiście wątpliwości, czy jest sens trwonić zgromadzone bogactwo, drudzy rzekliby – po co tworzyć bogactwo, skoro możemy zrobić deficyt budżetowy? W każdym razie, myśl ta świetnie wyraża to meta-nastawienie Kuronia: konsyliacyjne, otwarte i ugodowe. Uważam, że na początku lat 90. tacy ludzie byli Polsce bardzo potrzebni, nawet jeśli w rezultacie ponieśli porażkę.

Wracając zaś do nawoływań Rymkiewicza o potrzebie krwi, wydaje się, że nieco innego rodzaju ofiar potrzebuje to społeczeństwo. Od butelek z benzyną, palonych opon i ran ciętych, kłutych i postrzałowych, potrzeba nam jednej z trzech rzeczy, o kórych mówił kilkadziesiąt lat temu Churchill. Nie krwi nam potrzeba, ani łez – potrzeba nam natomiast dużo potu, toczonego ciężką, codzienną pracą. To jest zresztą ofiara, którą składają codziennie miliony ludzi w Polsce. Niektórzy wyśmiewają się pracujących od 8 do 20 pracowników korporacji, pojawiają się wręcz pomysły, aby zakazać zbyt długiej pracy nawet tym, którzy się na to dobrowolnie godzą. Jednak, jeśli popatrzeć bez uprzedzeń, to właśnie ci wszyscy pracownicy sklepów całodobowych, uczestnicy tzw. „wyścigu szczurów” z wielkich korporacji, studenci ślęczący nad książkami całe noce, wszyscy ci, dla których dzień zaczyna się o 6 a kończy o 2 nad ranem, oddają temu społeczeństwu największą ofiarę, czyli pracę.

Grodno

1.

Z końcem maja byłem w Grodnie, na konferencji „Phenomenon of City in Central Eastern Europe: Living Space and Cultural Narration” zorganizowanym przez tamtejszy Uniwersytet Janka Kupały. Na Białorusi już raz byłem, poprzedniego roku w Mińsku. Ta podróż – choć bliższa – była jednak o wiele bardziej ekscytująca. Od dłuższego czasu chciałem zobaczyć Grodno – miasto oddalone o około 70 kilometrów od Białegostoku, a jednak trudno dostępne, bo oddzielone pilnie strzeżoną granicą. Jedną z ostatnich prawdziwych granic w Europie: z wizami, kontrolą osobistą, drutami kolczastymi, odprawą celną itd.

W Grodnie wygłosiłem krótki speech pod tytułem „Województwo podlaskie i jego miasta w świetle Diagnozy Społecznej 2007”. Referat nie wzbudził dyskusji ani większego zainteresowania uczestników imprezy, pewnie dlatego, że wyróżniał się dużą ilością empirycznych treści, czego zdaje się nie oczekiwano. Upieram się, że temat jest ciekawy, mam nadzieję, że gdzieś – może tu – doczeka się poważnego potraktowania. Na razie – w formie zachęty – umieszczam tu materiały graficzne, które przygotowałem i pokazałem na konferencji.

Tutaj jednak , zgodnie z konwencją tego miejsca, pierwsze miejsce mają nie dane statystyczne, ale wrażenia, ślady w pamięci, smaki, zapachy i widoki. Pojechałem do Grodna ze swoim szefem i kolegą z katedry, imiennikiem Radkiem.

2.

Świty na dworcach dają impuls do życia. Pobudka o 3 nawet dla rannych ptaków jest torturą, ale najlepsze połączenie z Grodnem rozpoczyna bieg o 5 w Białymstoku. Dworce umożliwiają pobudkę, bo tam są już o 4 rano dziesiątki podróżnych czekających na pociągi na Zachód i Wschód.

Nowoczesny pociąg zbudowany za pieniądze z Unii okazuje się zepsuty, podstawiają zwykły, stary i trzeszczący. W Sokółce pojawiają się już pierwsze biało-czarno-niebiesko-czerwone przepastne torby i ich właścicielki z podkrążonymi oczami, przesadnym makijażem i dwuletnią trwałą, zaczesaną do góry. Nie ma ich jednak wiele. W ogóle niczego nie ma zbyt wiele. Przesada jest cechą miast Wschodu. Tutaj – na prowincji – króluje niedostatek i ma się jak dotąd całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że tutejsi również go jakoś tam lubią, a jeśli nie, to na pewno akceptują jako pewną niezbywalną cechę tego świata.

Na przejściu w Kuźnicy nie ma więc zbyt wielu podróżnych. Nie ma też zbyt wielu przemytników. Albo po prostu moje oko nie jest w stanie dostrzec tego, co widzą młodzi pogranicznicy przechadzający się po peronie. Piętnaście minut po siódmej pociąg rusza. Ma kilka kilometrów do granicy. Tam wsiądą białoruscy celnicy w wielkich zielonych czapach i będą pilnować, aby żadna śrubka nie odpadła od składu aż do samego Grodna.

Tymczasem patrzę na okolice Grodzieńszczyzny. Jest zielona, mocno zalesiona. Dużo sosen na piaskowych glebach.

3.

DSCF3443Od razu po przyjeździe i zakwaterowaniu zamykają nas w dużej sali uniwersytetu, każą słuchać i głosić referaty. Co 45 minut korytarze uniwersytetu rozbrzmiewają donośnym dźwiękiem dzwonka. Z innych rozmów dowiaduję się, że system szkolnictwa wyższego jest tutaj zorganizowany na wzór naszego szkolnictwa licealnego lub wręcz gimnazjalnego. O partnerskiej relacji mistrz-uczeń można tu zapomnieć. Przechadzający się po korytarzach studenci do złudzenia przypominają naszych licealistów.  Ubrani skromniej niż ich polscy odpowiednicy, ale – szczególnie dziewczęta – z o wiele większą starannością. Ma się wrażenie, że grodzieńskie studentki poświęcają kilka godzin przed wyjściem z domu na odpowiedni dobór stroju, makijaż, paznokcie itd. Na ich tle polskie dziewczyny mogą wyglądać na ubrane niedbale, co nie znaczy, że gorzej. Obowiązkowymi elementami stroju tych dziewcząt są krótkie spódniczki i obuwie na obcasach, spotykane tam na skalę wręcz masową. Podobnie jest na Ukrainie, z tym jednak różnicą, że u Ukrainek kobiecy strój jest tylko dodatkiem do ich dumnych i odważnych gestów, mowy ciała i spojrzeń. W Grodnie miałem wrażenie, że strój tamtejszych kobiet – jakże charakterystyczny i egzotyczny – jest niejako wymuszony pewną konwencją, stanowi fasadę, którą po prostu należy przyjąć. To oczywiście ogromne uproszczenia i ogólnienia.

4.

Wieczorem wybieramy się z Radkiem na przechadzkę po mieście. Przechodzimy przez most na Niemnie i schodzimy w dół, na podmiejskie bulwary. Są wręcz oblężone przez setki młodych ludzi. Wystrojeni chłopcy i dziewczęta siedzą na murkach i schodach. Niektórzy poprzywozili swoje dziewczyny samochodami, z których dobiega polski (!) pop. Jakaś Kasia Kowalska czy Reni Jusis. Wszyscy bez żadnych ogródek piją piwo z butelek i puszek. Po raz pierwszy widzę litrową puszkę Calsberga. Skojarzenia z katastrofą Czernobylską są trudne do przezwyciężenia, kedy się widzi powiększony dwukrotnie w stosunku do znanego kształt podobno najlepszego piwa na świecie.

Kiedy zaglądamy jeszcze na główny plac miasta, a potem na plac Lenina, wszędzie widzimy tłumy młodzieży. Pomimo, że jest już około północy. Pomimo, że jest poniedziałek. Pomimo, że nie ma żadnego święta… Myślę, jak wygląda w tym momencie rynek w Białymstoku…W straganie przy parku kupuję suszone ryby i rozkoszuję się nimi aż do miejsca naszego zakwaterowania.

5.

DSCF3411Drugi dzień przeznaczamy już w całości na szwędanie się po mieście i zakupy. Moja cholerna indolencja językowa nie pozwala na wchłonięcie takiej wiedzy o mieście, jak bym chciał. Polecam w związku z tym zdjęcia, które zrobiłem podczas wyjazdu. Jeśli nie da się językiem, to można próbować obrazem. Ale kiedyś na pewno poopisuję te zjęcia po konsultacjach z większymi znawcami Grodna ode mnie.

Może kiedyś uda mi się pojechać tam jeszcze raz i znaleźć tylko swoje grodzieńskie szlaki.

Miasto jest piękne. Przede wszystkim będąc w Grodnie czuje się wielkomiejskość. Szerokie arterie komunikacyjne, trolejbusy, miejski gwar, życie na ulicy przez całą prawie dobę. Sporo śladów polskiej obecności w mieście, takich jak katedra widziana na zdjęciu. Według spisów, około 20% mieszkańców miasta jest Polakami, jednak próżno nasłuchiwać polskiego na ulicach. W większości są to Polacy zasymilowani. Pomimo tego język polski jest tu powszechnie rozumiany i traktowany z dużą życzliwością.

Taksówkarz, który za równowartość 8 złotych przewoził nas z blokowiska gdzie spaliśmy, do centrum, powiedział, że dla nich Białystok to nie zagranica. Jeszcze 20 lat temu te słowa mogłyby Polaka urazić. Dzisiaj wywołują wręcz odwrotne. Oto paradoks relacji białostocko-grodzieńskich. Białorusini jeżdżą do nas na po prostu po zakupy. Dla nas wyjazd o Grodna to prawie jak wycieczka za Ural, doprawiona strachem przez rzekomymi białoruskimi bandytami, łukaszenkowską bezpieką, brudem, biedą i zacofaniem. Okazuje się, że jest odwrotnie. To dla mieszkańców Grodna nie ma granic i to oni żyją w wielkim mieście z większością cech wielkomiejskości. Szkoda, że brakuje tego często mieszkańcom Białegostoku.

6.

Ostatni, szósty punkt, rezerwuję sobie na potem, kiedy natchnienie dramaturgiczne będzie większe. Najciekawsze, co mnie spotkało podczas tej wyprawy, wydarzyło się w pociągu relacji Grodno-Białystok. Ale o tym innym razem.

Žmogus gali būti laisvas

Zima w Wilnie wygląda zupełnie inaczej. Podobnie jak cała Litwa, a podróż tam jest prawdziwą wyprawą na Wschód. Warto było wstać tym grudniowym świtem, aby to wszystko zobaczyć naprawdę. Lesław z Partii śpiewa o podróży na południe – tam, gdzie nie ma już niczego, jednak prawdziwe wrażenie kontaktu z opróżnionym światem ma się przemierzając zimnym rankiem przepastne i bezludne przestrzenie szerokich szos byłych republik radzieckich.

Więc wyjechaliśmy zimnym grudniowym porankiem i było tak zimno, że w samochodzie zrobiło się naprawdę ciepło dopiero w Augustowie. Robimy zakupy i siku w bardzo fajnym Kauflandzie z asortymentem wprost z niemieckich marketów, choć ja omijam bawarskie bułeczki w drodze po magdalenkową oranżadę „Grecja”.

Przestrzeń między Suwalszczyzną a Białymstokiem już sobie oswoiłem i naprawdę poza domem czuję się po minięciu ostatniego ronda w Augustowie, przejechaniu długiej prostej obok fabryki papierosów i dworca kolejowego i przekroczeniu niestrzeżonego przejazdu kolejowego przy drodze na Sejny. Szczególnie miło jest jechać sosnowym lasem za Przewięzią i potem, za ulubionymi Gibami, aż do granicy w Łoździejach. Minąwszy jezioro Pomorze po prawej, po lewej z nieodległymi Sejnami, bujamy się po pagórkach, mijamy mniejsze i większe, zmarznięte na amen jeziora i jeziorka. Na ostatniej krzyżówce przed granicą, gdzie trzeba zwolnić do pięćdziesięciu i po raz ostatni się zdecydować, czy przypadkiem nie skręcić w lewo i nie zobaczyć sejneńskich synagog, lub też czy jednak nie dać susa w prawo, do Berżnik, dodajemy gazu i jedziemy prosto.

dscf1256Po wejściu do Schengen te wszystkie granice wyglądają smutno. Straż graniczna stojąca tu i ówdzie przypomina nieco stada mrówek, które zdezorientowe rozpierzchły się po okolicach rozgrzebanego przez jakiegoś intruza mrowiska. Pogranicznicy kręcą się tu i ówdzie, jednak sama granica, budki z pootwieranymi szlabanami, symboliczny pas zaoranej ziemi przesłonięty siatką z drutami kolczastymi, strażnice po obu stronach są przerażająco smutne i puste. Nikt cię nie zatrzymuje, kiedy przejeżdżasz przez ten skansen barier, zakazów i kontroli. Nikt cię nie kontroluje, choć wręcz pragniesz, aby jakaś „wyższa instancja” oficjalnie proklamowała przekroczenie przez ciebie tej granicy. Bo jest ona zawsze – czy tego chcemy, czy nie – jakimś punktem zwrotnym, jakąś sytuacją nieodwracalną, jakimś one way ticket. Mam wrażenie, że likwidacją szlabanów granicznych pozbawiliśmy się czegoś istotnego, choć pewnie w ostatecznym bilansie jest lepiej bez nich niż z nimi.

dscf12591Więc Litwa wita nas tym, co zwykle i w tej przewidywalności była jakaś przyjemność. Szerokie, wystawione na wiatr i słońce, asfaltowe drogi, łagodne pagórki, nie pozbawiające podróżującego poczucia samotności w dużej, smutnej, szarej i bezludnej przestrzeni.

Nie dalej niż kilka kilometrów za Olitą przekracza się Niemen. Trzeba było się nad tą piękną rzeką na chwilę zatrzymać, przekraczając kolejną granicę, tym razem nakreśloną nie bezwzględną ręką polityków i wojskowych, ale subtelnym piórem Elizy Orzeszkowej. Rzeka Niemen w tych okolicach jest meandrowata, a po jej tafli pływają kawałki lodu. Kiedy patrzeć na nie z góry, przypominają wielkie płaty pleśni. Zbiegam po wąskiej skarpie i widzę drewniane domostwo stojące praktycznie na poziomie tafli, za jedno-dwumetrowym wałem. Fascynujące, że kilkadziesiąt metrów od ruchliwej autostady, ukryte pod gęstymi drzewami i praktycznie niewidoczne z ogromnego betonowego mostu, znajduje się spokojne, stare i ciche gospodarstwo żyjące w odwiecznej symbiozie z płynącą kilka metrów od okien rzeką. Rzeką, która w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej niż w nudnych opisach Elizy Nahowskiej z Milkowszczyzny. A przy samym gospodarstwie jest piękny sad z jabłoniami, z których nikt już chyba nie zbiera owoców, skoro na przełomie stycznia i grudnia wiszą, pomarszczone i smutno przypruszone mrozem.

Kilka kilometrów za Trokami wjeżdża się z A16 na A4 i to już jest praktycznie Wilno. Miasto, które z autostrady wygląda jak każde inne duże europejskie miasto. Stacje benzynowe, hipermarkety, magazyny, wjazdy i zjazdy z autostrady, magistrale kolejowe. Znowu wszystko przewidywalne, choć jadąc na Wschód dotarliśmy na Zachód. Do miasta, które nowoczesność połknęła jednym haustem, o czym przekonywałem się podczas poprzednich wizyt. Czy tym razem będzie podobnie?

Na razie dostaliśmy się do centrum, jadąc Geležinio Vilko Gatvė i przed mostem skręcając w Goštauto gatvė. Trzymając się po lewej burcie Wilii, mijamy Plac Katedralny i Muzeum Narodowe, by ulicą Kościuszki dotrzeć pod samą Bazylikę Piotra i Pawła. Koniecznie chciałem tam jeszcze raz pójść. Jednak wtedy szukaliśmy Zarzecza. Więc bazylikę widzimy tylko przez chwilę, skręcamy w Holendernię i już po kilku chwilach krążymy krętą Krivių gatvė (dawna Popowska) w poszukiwaniu Filaretów 17.

dscf14611Przy Filaretów jest sławny na całą Europę hostel, gdzie będziemy mieszkali. Właściwie składa się z trzech budynków, z których każdy mógłby równie dobrze stać na białostockich Bojarach. Pierwszy, najbliższy ulicy, to ogromny drewniany dom z pięknym gankiem. Drugi stoi wzdłuż małego parkingu. Na tyłach działki znajduje się murowany budynek, w którym mieści się biuro hostelu. Tam nas zakwaterowano. Za 15 euro od osoby dostaje się dwuosobowy pokój, bez wygód ale schludny. Natychmiast po wejściu i rzuceniu bagaży na łóżko, po drugiej stronie okna siada na parapecie kot wielkości małej świni i swoimi wielkimi oczami badawczo nam się przypatruje. 

W Wilnie jesteśmy tylko dwie doby. Przyjechaliśmy jeszcze raz poszwędać się po starówce i zobaczyć hucznie zapowiadane uroczystości przywitania Nowego Roku. Na Placu Katedralnym, o północy z 31 grudnia 2008 na 1 stycznia 2009, ma się odbyć spektakularny pokaz typu „światło i dźwięk” widzialny ponoć z kosmosu. Wilno będzie w 2009 roku drugą, obok austriackiego Linzu, Europejską Stolicą Kultury. 

Tymczasem jest jeszcze 30 grudnia i całe przedpołudnie można poświęcić Wilnu. Świetnie, że mieszkamy na Zarzeczu – to wspaniałe miejsce do mieszkania, ciche i przytulne, a jednocześnie położone w samym sąsiedztwie śródmieścia. Ma rację mój internetowy znajomy, porównując Zarzecze do białostockich Bojar.

Przy rozwidleniu Połockiej i Krivių tam, gdzie kiedyś był żydowski targ, a teraz znajduje się niewielki skwerek, warto wejść w jedną z bram. Właśnie gdzieś tam mieści się restauracja Tores. Sama knajpa jest droga, ale każdy może wejść na mieszczący się przy niej taras, skąd rozpościera się piękny widok na wileńską starówkę. Pod nogami wije się Wilejka, a w Parku Bernardyńskim tuż   obok dzieciaki obrzucają się śnieżkami.

Na Zarzeczańskiej spokój jak zwykle. Białoruscy katolicy zdążają na mszę w kościółku św. Bartłomieja, anioł uparcie dmie w róg na placyku u zbiegu Zarzecznej i Młynowej, nie ma już tylko tego hipisa prowadzącego lumpeksa, który podczas pierwszej wizyty w Wilnie siedział znudzony w oknie sklepu i leniwie robił skręta. Gdyby żył osiemdziesiąt lat wcześniej, pewnie odwiedzałby Gałczyńskiego, mieszkającego wtedy przy nieodległej Młynowej. Wystarczyłoby mu przejść parę kroków wzdłuż Wilenki, rzeczki – jak pisał Gałczyński – małej, swarliwej, obok Klasztoru Bernardynek Rzecznych, a bez problemu spotkałby twórcę Teatrzyku Zielona Gęś w jego ulubionej knajpce przy rzece. 

dscf1371Domu Gałczyńskiego na Zarzeczu już nie ma. Stoi za to przez cały czas najsłynniejsza knajpa zarzeczańska przy mostku obok Cerkwi Spasskiej. Jutro przyjdziemy tu wieczorem na grzane wino i kieliszek krupniku. Tymczasem opuszczamy Užupis metalowym mostkiem. Na tych zarzeczańskich mostkach młode pary przyczepiają kłódki ze swoimi inicjałami, mające zapewnić ich związkom trwałość. Są tam imiona litewskie, polskie i rosyjskie. Żartuję, wyobrażając sobie zdesperowane zawiedzione miłości, ludzi po rozwodach, mocujących się z tymi kłódkami, bijących w nie łomami, wyrzucających wreszcie rozbrojone kłódki do spokojnej i dobrodusznej Wilenki, spokojnie sobie szemrzącej tam w dole. I od razu wraca Gałczyński z wierszem „Noc w Wilnie”.

i z takimi na Wilence mostkami,
gdzie samobójstwo to tylko romantyczność,
z dorożkami, płynącymi w mglistość,
z piwiarniami, gdzie piją żandarmi.

Ten dobroduszny, lekko ironiczny, otwarty Gałczyński o wiele bardziej odpowiada duchowi tego miasta niż Adam Mickiewicz, którego ślady widać tutaj na każdym kroku. Szczególnie wylatuje „ponad poziomy” słynny Filareta przy Kościele Bernardyńskim. Tam, wyrzeźbiony przez Giedyminasa Jakubonisa i umieszczony w 1984 roku, wychyla się nienaturalnie do przodu, eksponując mało zrozumiały symboliczny ekspansjonizm polskości? litewskości? czegoś jeszcze?

dscf1372Nie ma sensu tego dłużej rozważać. Lepiej zobaczyć stojący tuż pod bokiem Kościół świętych Bernarda i Franciszka. Naprawdę warto. Poza swojsko pachnącą żywą szopką, przy której wileńskie szkraby piszczą z ekscytacji zupełnie podobnie do polskich, wnętrze świątyni zachwyca surowością. Kościół ma trzy nawy – boczne oddzielone są od siebie filarami, a prezbiterium – arkadą. W głębi wrażenie robi piękny drewniany ołtarz.

Jutro wstąpimy tu na chwilę w drodze na pokaz świateł na Placu Katedralnym. Kilkadziesiąt minut przed północą ksiądz będzie tu odprawiał mszę po litewsku i choć nie będę rozumiał z jego kazania ani słowa, to łatwo się domyślę, że składa wiernym życzenia noworoczne. I bez żadnych wątpliwości, w jego swobodzie mówienia i lekkości gestów dostrzegę otwartość i bezceremonialność, którą od czasu do czasu przydarza mi się widzieć i lubić u domnikanów odprawiających msze w kościele św. Jacka na warszawskim Nowym Mieście.

dscf1334Potem idziemy na obiad do restauracji na Wileńskiej Starówce, przy Pilles Gatvė – czymś w rodzaju krakowskiej Floriańskiej. Obsługuje nas miła dziewczyna, z trudem posługująca się angielskim. Podczas podróży do Wilna zastanawia mnie zawsze ten paradoks, z którym spotkyka się tam Polak. Otóż Litwini świetnie znają języki. W powszechnym użyciu, poza litewskim, jest rosyjski. W Wilnie, gdzie kilkanaście procent mieszkańców stanowią Polacy, rozmawia się też po polsku. Wśród młodych dobrze znany jest angielski i niemiecki. I w tym kosmopolitycznym mieście zawsze kwestie językowe są bardzo delikane i trudne w obsłudze. Jeśli nie znasz litewskiego, możesz spróbować po rosyjsku. Nie wszyscy jednak to lubią i akceptują. Jeszcze gorzej jest rozpocząć rozmowę po polsku, bo nie dość, że dla nastawionych patriotycznie Litwinów może to być również obraźliwe, to dodatkowo stawia Cię w pozycji przypominającej tzw. polskie dzieje miasta. Języki zachodnie są z kolei dla mnie kłopotliwe, bo pomiędzy naszymi narodami jest taka długa i świetna zażyłość, że rozmowa po niemiecku przypominałaby mi trochę rozmowę Czecha ze Słowakiem prowadzoną w języku chińskim. Wszystko to jest tam bardzo subtelne i wymaga, szczególnie ze strony polskiego turysty, wiele delikatności.

dscf14341Na szczęście mają tam fajnie zrobione menu, ze zdjęciami wszystkich potraw. Chciałem oczywiście spróbować sławnych czenakai, które jakiś czas temu jadłem w restauracji przy konsulacie Litwy w Sejnach. Nieźle wyglądała też zajadana przez zblazowanego Azjatę przy stoliku obok zupa w chlebie porządnie oblana śmietaną.   Skończyło się na Cepellinach z grzybowym farszem, zupie i piwie Švyturys. Pamiętam, że gdy kiedyś kupiłem sobie na Litwie butelkę tego napoju, doszedłem do wniosku, że Litwini nie powinni się brać za browarnictwo. Po pewnym czasie zmieniłem zdanie: pszeniczny Švyturys to naprawdę porządne piwo, przypominające nieco ukraiński Obolon.

No i poszliśmy jeszcze na Uniwersytet Wileński. Była już siedemnasta i  z tego powodu możliwość wejścia dała nam mówiąca po polsku strażniczka. Chodzenie skomplikowanymi, na w pół oświetlonymi korytarzami było ekscytujące, jeśli pomyśleć, jak wiele nauki urodziło się w tych murach. Niestety wszystko byo pozamykane, chodziliśmy trochę na ślepo, bez jakiegokolwiek planu. Na dziedziniec Piotra Skargi trafiliśmy zupełnie przypadkiem. Chcieliśmy wejść do Kościoła Świętego Jana. To zadziwiające, że w centralnym punkcie renesansowego campusu uniwersyteckiego stoi poteżna gotycka świątynia. Jest już ciemno, więc postanawiamy, że wrócmy tu jutro.

dscf1321Spotkanie z koleżanką D. na Placu Katedralnym.  Przy kawie rozmawiamy o polskiej i litewskiej literaturze. Okazuje się, że ona czytała Masłowską, zaś dla nas litewska literatura współczesna kończy sie na Tomaszy Venclovie…

Na koniec dnia jeszcze spacer ulicą Giedymina – reprezentacyjną ulicą Wilna. Nie jest to starówka, a jej architekuta ogranicza się praktycznie do XX Wieku. Zmana nazw tej ulic obrazowo pokazuje złożone losy narodu: w okresie zaborów – Świętojerska, w dwudziestoleciu międzywojennym – Adama Mickiewicza, w okresie sowieckim  – Stalina i Lenina… Dopiero 1989 roku uicy nadano imię założyciela miasta – Giedymina.

Ulica jest rozganizowana przez Litwinów jako swoisty kontrapunkt dla przepełnionego polskimi śladami starego miasta. Każdy, kto się na niej znajdzie, bez trudu odczyta drogę, jaką obrała współczesna litwa. Ulica Giedymina do niekończący się ciąg najdroższych butików z cenami podanymi w euro, sklepów mody, restauracji. galerii handlowych sprytnie poumieszczanych w przedwojennych kamienicach. Jest to odpowiednik warszawskiego Nowego Światu, a raczej łódzkiej Piotrkowskiej, chociaż mam wrażenie, że Prospekt Giedymina znacznie przewyższa te dwa ostatnie pod względem eksluzywności i blichtru.

dscf1347Jest trasznie zimno, więc zwiedzamy jedną z kilku wielopoziomych galerii handlowych z ciuchami, na które nas nie stać, wpadamy do Zary (obowiązkowy punkt wypraw zagranicznych) – poświąteczne wyprzedaże robią wrażenie – oraz oczywiście sprawdzamy McDonaldsa. W drodze powrotnej przechodzimy przez obok Katedry, gdzie trwają gorączkowe przygotowania do jutrzejszej imprezy. Na jednym z kilku wielkich telebimów, za pomnikiem Giedymina, kilkanaście zziębniętych młodych osób ogląda mecze piłki nożnej. 

Przy minus dziesięciu stopni jedyną rozsądną rzeczą przed położeniem się spać, jest kieliszek litewskiego krupniku w zarzeczańskiej knajpce. Potem jeszcze drobne zakupy w samoobsługowym sklepie pełnym Polaków, przeglądanie stukilkudziesięciu zdjęć zrobionych w ciągu dnia, i próba zaśnięcia przy akompaniamencie zakwaterowujących się turystów w hostelu przy Filaretów 17.

Sylwestrowy dzień zaczynamy od mocnego postanowienia zdobycia wzgórza Giedymina. Nie wiadomo dlaczego wydaje mi się, że góra jest wyższa i trudniejsza do poskromienia, niż w rzeczywistości. W istocie jest to niewielkie wzgórze, piętaście minut miłego spaceru po brukowanym chodniku. 

dscf1392

Wchodzimy na basztę. W znajdującym się tam muzeum nie ma nic wartego zobaczenia – kilka świadectw litewskości tych ziem, nic poza tym. Natomiast z samego szczytu baszty rozpościera się naprawdę imponujący widok na wielńską starówkę. Ponoć, jak pisze Tomasz Venclowa, o wiele ładniejszy widok jest z Wzgórza Trzech Krzyży, ale nie mamy czasu na tak długie wyprawy. Tym bardziej, że z baszty widać wszystko, co trzeba:  w kierunku południowym cała starówka jak na dłoni: kościoły świętego Jana i Katarzyny najbardziej przykuwające wzrok, na północy wileńskie downtown: kilka naprawdę imponujących drapaczy chmur, na zachodzie ulica Giedymina, zaś na wschód: ulica Kościuszki z moim ulubionym kościołem Piotra i Pawła.

dscf14361Postanawiamy pójść właśnie tam i – nieco okrężną drogą – wrócić do hostelu, bo jest naprawdę zimno. Niestety, tak często jest, że próbując iść na skróty, bardzo często nadrabia się w rzeczywistości drogi. Zbaczamy ze ścieżki i zamiast na ulicy Kościuszki, lądujemy znowu na Zamkowej. W knajpie, gdzie w czerwcu tego roku próbowałem przy pomocy futbolu zrozumieć pogańską duszę Litwinów, próbujemy zjeść obiad. Wyjątkowo niemiła kelnerka długo pozostanie mi w pamięci. Złe wrażenie nie pozwoliło mi nawet zapamiętać, co tam jedliśmy. To się chyba nazywa mechanizm wyparcia. Widocznie nalezy się po prostu przyzwyczaić do poskomunistycznego stylu świadczenia usług w lokalach gastronomicznych. W Polsce przecież często jest podobnie. Być może lepsza jest szczera zła na świat a na klientów w szczególności kelnerka od tej, która co prawda się uśmiecha i życzy ci smacznego, a w rzeczywistości pluje ci do talerza, kiedy nie widzisz…

Sprawdzamy też jeszcze raz wileński uniwersytet. Za dnia krużganki jego dziedzińców wyglądają jeszcze okazalej. Wchodzę do jednej z bram przy ulicy Uniwersyteckiej, gdzie zastaję nie tylko piękny renesansowy plac, ale również widok na okazałe zaplecze Pałacu Prezydenckiego. Zaczyna szarzeć. Czym prędzej zmierzamy więc do kościoła św. Piotra i Pawła.

dscf1445Lubię iść w górę Kościuszki, nawet jak i jest zimno i pada. Lokalizacja tej budowli, jak i jej losy, a przede wszystkim wnętrze, nie mogą nikogo pozostawić obojętnym. W istocie swojej kościół nie jest monumentalny, ale położony u szczytu antokolskiego wzgórza i jednocześnie zwięczeniu ładnej ulicy Kościuszki daje pozór, że wszystkie drogi w mieście do niego prowadzą (co w rzeczywistości nie jest prawdą – leży na uboczu głównych traktów komunikacyjnych). Pierwotnie stała tu drewniana świątynia zbudowana ponoć jeszcze za Jagiełły. Poległa doszczętnie po najeździe moskiewskim w 1655 r. Odbudowę ufundował Michał Kazimierz Pac, hetman wielki litewski, w podzięce za uratowanie się właśnie w tym kościółku przed zbuntowanym wojskiem. Budowę ukończono w 1676 roku. Kiedy wejdzie się do środka i zadrzy głowę, można oszaleć z zachwytu. Mediolańscy rzeźbiarze Pietro Peretti i Giovanni Galle ozdobili wnętrze świątyni około dwoma tysiącami kunsztownych płaskorzeźb.

Wracamy Holendernią i znaną już Krivių. Krótka drzemka przed sylwestrową nocą w hostelu pełnym już turystów, w większości z Polski. Po dwudziestej trzeciej, kiedy wychodzimy, z butelką rosyjskiego szampana za niecałe pięć litów w plecaku, Zarzeczem ciągnął już tłumy w kierunku centrum. W pobliżu pomnika Mickiewicza, idąc środkiem Mariańskiej, słyszymy kilkadziesiąt kilometrów za sobą gromkie Jagiellonia Białystok! Potem spotykamy też sporo kibiców Legii Warszawa. Nie bardzo rozumiem tego zamiłowania do wykrzykiwania stadionowych haseł przy każdej okazji, nawet tych zupełnie nie a propos. Litewskie rodziny z zaciekawieniem przyglądają się kilunastoosobowemu, rozchwianemu pomimo przedpółnocnej pory towarzystwu w żółto-czerwonych barwach, robiącemu sobie zdjęcia na tle pomnika Mickiewicza. I to Jagiellonia Białystok!, które na stadionie przy Słonecznej brzmi tak krzepiąco i dumnie, tutaj, na wileńskiej starówce, stanowi jakiś niepodważalny dowód kompletnego kretynizmu. Tak, jakby ktoś ci powiedział Tak, jestem głupi i nie dał nawet ci szans na krytykę jego stanowiska.

Kiedy dotarliśmy na Plac Katedralny, były już tam prawdziwe tłumy. Stanęliśmy w pobliżu ogromnej choinki, niedaleko dzwonnicy. Wokoło bardzo zróżnicowane towarzystwo: grupki młodzieży, ale również rodziny z dziećmi, emeryci, sporo grup z balów sylwestrowych w okolicy. Minutę przed dwunastą na telebimach  – do tej pory pokazujących bal, prawdopodobnie w Pałacu Prezydenckich – pokazała się głowa państwa. O północy pogasły światła i zaczął się pokaz przygotowany przez niemieckiego artystę Gerta Hofa. Było tam sporo wszystkiego: ludowe „sutartinės”, jak i muzyka nowoczesna, zarówno litewska, jak i zachodnioeuropejska. Światła z reflektorów skierowane na Katedrę opowiadały historię Litwy i Europy. Był wilk z legendy o założeniu Wilna, było miejsce dla Wilejki i innych symboli miasta.

dscf13741Była przede wszystkim niesamowita stateczność. Kiedy wybiła dwunasta, uczestnicy imprezy spokojnie stali, wyczekując na pokaz. Kiedy pokaz się skończył, spokojnie ruszyli na spacer ulicą Giedymina. Żadnych fruwających ponad głową fajerwerków, żadnych strzelających szampanów. Owszem, składano sobie tu i ówdzie życzenia symbolicznym toastem, ale to było nic w porównaniu z dionizyjską atmosferą sylwestrów, jakie przeżyłem we Lwowie albo polskich miastach. Ulicą Giedymina płynął potok ludzi. Na dachu kamienicy z numerem jeden stoi kilkadziesiąt osób, kilka wymachuje litewską flagą narodową. To ważne miejsce dla tutejszej państwowości – siedziba ruchu Sąjūdis, który był dla mieszkańców Litwy czymś podobnym do naszej Solidarności. Tłum zmierzający w dół ulicy Giedymina prawdopodobnie kieruje się pod budynek Sejmu, bohatersko obroniony żywą barykadą przed rosyjskimi czołgami w styczniu 1991 r.

A my idziemy znowu na wileńską starówkę. Dwie dziewczyny tańczą w oknie jednej z kamieniczek ku uciesze licznie zgromadzonej widowni. Szwędamy się jeszcze trochę, zaglądając za szyby licznych sylwestrowych zabaw. Gdzieś w okolicach Subačiaus gatve, Bokšto gatvė. Kiedy wracamy, około drugiej po północy, w hostelu trwa na dobre polski sylwester. Obsługa nic sobie z tego nie robi. Czuję się trochę jak na koloniach. Około czwartej jakaś dziewczyna wchodzi do naszego pokoju i zaprasza do zabawy. Przewracam się na drugi bok.

dscf1599Noworocznego poranka planujemy jeszcze sprawdzić Europos Parkas – muzeum sztuki nowoczesnej pod gołym niebem. Muzeum położone jest kilkanaście kilometrów na północny wschód od miasta. Jedziemy więc opustoszałymi ulicami miasta, które ukazuje nam dotąd nieznane oblicze. Po przekroczeniu rzeki rozpoczyna się Wilno szare, industrialne, socrealistyczne, brudne i złe. Wszystko to rekompensują północne okolice miasta, piękne sosnowe lasy, zamarznięte jeziora i pagórki. Jedziemy bez pewności, czy muzeum będzie w Nowy Rok czynne. Na szczęście w środku lasu, po minięciu pokaźnego kierunkowskazu i przejechaniu kilkudziesięciu mietrów, w miniaturowej budce ze szlabanem widzimy starszą panią. Kupujemy bilety z prawem do fotografowania. W zamian dostajemy mapkę muzeum z zaznaczonymi poszczególnymi obiektami. Miejsce robi bardzo specyficzne wrażenie zimą. Rzeźby rozmieszczone w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie, w dosyć gęstym lesie. Nie znam sztuki nowoczesnej na tyle, aby docenić wartość poszczególnych instalacji, ale sam pomysł takiego muzeum wydaje mi się bardzo awangardowy.

Trochę marzniemy, spacerując po tym lesie i robiąc sobie zdjęcia przy poszczególnych rzeźbach. Kiedy wracamy zziębnięci na parking okazuje się, że pilot otwierający drzwi samochodu odmówił posłuszeństwa. Sytuacja jest dosyć dramatyczna. Środek lasu, w pobliżu tylko starsza pani mówiąca tylko po rosyjsku, do Wilna kilkanaście kilometrów, do Polski – ponad dwieście. Kasjerka okazuje się być jednak niezwykle kochaną osobą. Przez pół godziny obserwuje dyskretnie moje zmagania z zamkiem, po czym postanawia pomóc. Językiem migowym tłumaczymy, o co chodzi. Choć z góry wiem, że to nic nie pomoże, nie powstrzymuję jej przed chuchaniem w zamek mojego samochodu. W międzyczasie obok parkuje para młodych mieszkańców Wilna w terenowym samochodzie. Proponują oblanie zamka spirytusem. Godzę się, choć wiem, że problem leży w systemie elektronicznym i nie ma związku z mrozem. W końcu podejmujemy decyzję o wybiciu szyby i dostaniu się do środka za pomocą radykalnej metody. Kolega z auta obok służy siekierą. Niestety, bez wyłączenia autoalarmu dopływ paliwa do silnika jest odciąty. Jesteśmy więc holowani na przerażająco krótkiej lince do centrum Wilna. Ciągnący nas samochód pędzi prawie osiemdziesiąt na godzinę krętymi podwileńskimi ulicami, a ja czuję serce w przełyku.

W końcy docieramy do okolic dworca. Serdecznie dziękujemy za pomoc i już zastanawiamy się, gdzie przenocować, aby drugiego stycznia szukać pomocy w uruchomieniu auta. Postanawiam, pomimo wszystko, uruchomić samochód i jakoś wrócić do Polski tego samego dnia. Po tym, jak włamuję się do własnego auta teraz, kierując się instrukcjami mojego elektryka, jakimś cudem odnajduję cudowny przełącznik i deaktywuję alarm. Pozostaje wybita szybka. Postanawiamy jednak jechać. Okazuje się, że w aucie nie jest tak zimno, jak by się mogło spodziewać.

Pierwszego dnia roku nie można zacząć od takiego faila. Jako że jest jeszcze wczesne popołudnie, postanawiamy skierować się do Druskiennik i sprawdzić, choć przez chwilę, to legendarne uzdrowisko z przedwojennymi tradycjami. Drogi, jak zwykle na Litwie, są puste, tym bardziej w Nowy Rok. Na miejsce docieramy po dwóch godzinach. Jest już ciemno, więc od razu kierujemy się do znanego tutejszego aqua parku.

Obiekt, choć z zewnątrz wygląda tandetnie, to w środku imponuje przepychem. Obsługa jest doskonale przygotowana na przyjęcie polskich turystów. Nic dziwnego, jesteśmy jakieś dwadzieścia kilometrów od granicy. Wykupujemy dostęp do systemu łaźni, co było – choć dosyć kosztowną – najlepszą decyzją, jaką podjęliśmy tego dnia. Wchodzimy od razu do tej lepszej strefy, która wita nas dużym basenem w samym środku. W głębi jest bar bezpośrednio przy basenie. Nie trzeba więc z niego wychodzić, aby zamówić coś do picia. Wszelkie opłaty zapisuje się na elektronicznym czipie i płaci przy wyjściu. Najlepsze są jednka sauny. Kilkadziesiąt mniejszych lub większych pomieszczeń, urządzonych w drewnie,  o różnych temperaturach i wilgotności. Najfajniejsza jest parowa sauna, do której można się dostać tylko pod warunkiem wyjścia z basenu i przebiegnięcia kilkunastu metrów po świeżym śniegu. Panuje tam wysoka wilgotność, dziewięćdziesiąt stopni Celsjusza, a kuracjusze nacierają swoje ciała kryształkami soli.

Sprawdzamy większość saun, nagrzewamy się okrutnie i wspólnie dochodzimy do wniosku, że kiedyś trzeba tu przyjechać na cały dzień i zmarnować go na błogie, naprawdę błogie lenistwo. Tymczasem jest już naprawdę późno. Niestety, nie widzimy pięknej, drewnianej zabudowy willowej Druskiennik.

Wracamy przez Lejpudę, Wiejsieje i przejście w Łoździejach. Co za piękne nazwy! Co za udana wycieczka!

Cultureclash

Dla mieszkańca Europy Środkowo-Wschodniej każde przekroczenie granicy na Odrze i Nysie jest szokiem kulturowym i wkroczeniem do świata egzotycznego.

Określenie Europa Środkowo-Wschodnia uważam za trafione choćby dlatego, że propagują je jednocześnie i niezależnie od siebie Miłosz, Kundera i Stasiuk, a to samo w sobie jest wystarczającym argumentem za siłą takiej zbitki. Wszystkich trzech bardzo cenię za postawienie mi symbolicznych milestones. Miłosz zrobił to Doliną Issy, Kundera Żartem, a Stasiuk – Duklą. Zresztą, wszyscy trzej są związani z miejscami położonymi w obrębie mojego terytorium. Z miejscami i – oczywiście – plemionami wyznaczającymi najbardziej głęboki rys na kulturze środkowo-wschodniej Europy. Autor Widzeń nad Zatoką San Francisco (kolejna bardzo ważna lektura, wprowadzenie we wrażliwą percepcję pop-kultury) to dla mnie Jadźwing w czystej postaci: zrównoważony, spokojny, sumienny. Pogodzony z deterministyczną naturą przyrody. Niby wierzący, a tak naprawdę, w głębi serca, religijny poganin. Z kolei Stasiuka zawsze uważałem za zukrainizowanego Poleszuka. Jego przyjaźń z Andruchowyczem jest tylko tego potwierdzeniem. Wystarczy przeczytać Białego kruka, potem Duklę, a następnie znów Jadąc do Babadag aby zrozumieć tkwiącą w nim sprzeczność pomiędzy zasiedziałym poleszuckim Stasiukiem tkwiącym na beskidzkim zadupiu z dala od ludzi, ze Stasiukiem szwędackim, szukającym przygody, zapędzającym się z butelką wina aż po samą Albanię. Ostatni z trzech, Milan Kundera dodaje do tego pierwiastek normański, niesłusznie pomijany w historiografii polskiej. Normanowie, rządzący Europą pod koniec pierwszego tysiąclecia po Chrystusie, nie mogli nie wprowadzić swojej krwi również do żył mieszkańców tego rejonu. Wiedzą o tym już od dawna Rosjanie, przekonują o tym świat badacze skandynawscy, tylko Polacy nie chcą o tym w ogóle słyszeć. A Milan Kundera i Czesi zawsze przypominali mi Skandynawów: kiedy trzeba poważnych, powściągliwych i wyrachowanych, kiedy indziej wylewnych i cynicznych. Łączy ich też pracowitość, swoboda seksualna, jawny ateizm i niechęć do współplemieńców. Szwedzi nie znoszą Norwegów pewnie jeszcze bardziej, niż Czesi – Polaków.

No więc takim szokiem kulturowym był nawet tak krótki, ponad tygodniowy wyjazd. Wszystko to jeszcze sobie układam powoli, powyższa dygresja wyczerpała energię przeznaczoną pierwotnie na napisanie o tytułowym cultureclash’u. Miało być o niemieckiej i socjologicznej przewidywalności, o kierowcach międzynarodowych autobusów oferujących przejazd osób, nocnej melachnolii autostrad i dróg ekspresowych, o tym, że Warszawa nawet przejazdem ciąży jak ołów i każe uciekać, oraz o tym, jak dziwne i piękne to wrażenie słuchać Jasmine Girl Ścianki na czterysta którymśtam kilometrze jazdy samochodem, po trzydziestu iluśtam godzinach w podróży, gdzieś między Zambrowem a Białymstokiem na kilka godzin po zmierzchu. Zarejestrowany zaledwie ułamek tego zamieszczam poniżej. Jest tam obraz i muzyka pomieszana z szumem mijanych aut. Nie ma już takiego fajnego zmęczenia, świstu wiatru w uszach i zapachu nocy.

Polactwo-partactwo

Lektura „Charakteru narodowego Polaków” Edmunda Lewandowskiego zbiegła się z osobistym doświadczeniem polskości w jej negatywnym wymiarze. Książki jeszcze nie skończyłem, ale już po przeczytaniu połowy widać podstawowy problem, który pojawia się, gdy podejmujemy próby zdefiniowania, na czym polega polskość. „Zawieszenie” mojego narodu pomiędzy Europą i Azją, Zachodem i Wschodem, katolicyzmem i prawosławiem, Cesarstwem i Caratem, modernizacją i zacofaniem, powoduje, że mówić o tym da się wyłącznie przez pryzmat zewnętrznych składników naszej tożsamości. Trudno więc wskazać, na czym polega „polskość” w czystej, wydestylowanej postaci. Można jednak łatwo wskazać, ile jest w nas niemieckości, litewskości, ruskości, żydostwa itd. Ta nasza tożsamościowa „kundlowatość”, brak jednolitości, jest przyczyną nijakości, bylejakości, partactwa we wszystkim, co robimy. Jedynie w Wielkopolsce i na Śląsku, gdzie „dużo w nas Niemca”, pracuje się dobrze. Tam jednak z kolei nie ma słowiańskiego szaleństwa, gorącej emocjonalności ludzi Wschodu. Wszędzie albo czegoś jest za mało, albo za dużo. Gdziekolwiek bym nie był, wszędzie „życie jest gdzie indziej„.