Kabaczki z Bociek i papryka pomidorowa z Rybołów

SONY DSC

To smutne, ciężkie, słoneczne i gorące lato. Wszystko rośnie w nadmiarze, wszystko pachnie po trzykroć. Przypominam sobie co roku zapachy i smaki wszystkich poprzednich wakacji. Te trzy i pół roku, które spędzam prawie w ogóle bez syna, to ciągłe wracanie do dziecięcego odbierania świata, gdy wszystkie zmysły działają na zwiększonych obrotach, chłoną cały świat ze zwielokrotnioną siłą, rejestrują i zapamiętują te wszystkie rzeczy, aby po latach o sobie przypominać, wracać przelotnymi refleksami, obrazami pojawiającymi się w snach albo wtedy, gdy po latach wracam do starych miejsc. 

Tegorocznego lata powracanie do tych czerwców, lipców i sierpni z mojego dzieciństwa jest szczególne, bo nie mogę się normalnie zobaczyć z synem od ponad trzech miesięcy, a tęsknotę próbuję przytłumić prostymi, nie wymagającymi głębszej refleksji, zajęciami.

SONY DSC

Do Białegostoku przyjechała właśnie na kilka dni córka mojej siostry ciotecznej, dziesięcioletnia Wiktoria. Przywiozła mojej mamie, u której mieszka i która codziennie wymyśla jej nowe atrakcje, dwie wytłaczanki jajek i kilka pięknych kabaczków. Mama jajek ze wsi nie odmówi, ale kabaczkami szczerze gardzi.

A ja – wręcz przeciwnie. Co roku robię co najmniej raz pasztet z kabaczka, według przepisu jednej starej czarownicy mieszkającej pod lasem i jest to jedyna dobra rzecz, która mi się z tą czarownicą kojarzy. Bo i sam kabaczek jest takim bardzo sympatycznym warzywem. Nie wymaga szczególnej troski, wystarczy go posiać po Zimnej Zośce i w zasadzie to by było na tyle. Pielić go nie trzeba, bo nie daje chwastom żadnych szans. Wystarczy mu trochę letniego ciepła i słońca, a tych w dwatysiąceosiemnastym jest aż nadto. Ma ładne, żółte kwiaty, a jego owoce rosną błyskawicznie, acz dyskretnie, schowane pod wielkimi liśćmi. 

Dlatego każdy nowy, dojrzały kabaczek jest miłym odkryciem. Moja siostrzenica Ola wyszukiwanie kabaczków stawia na trzecim miejscu po wyszukiwaniu ogórków gruntowych (miejsce drugie) i borowików szlachetnych (miejsce pierwsze) w swojej prywatnej hierarchii tego, co można znaleźć podczas wakacji u babć Terki i Gieni na Podlasiu.

Kabaczki w słoikach z poprzedniego lata już dawno zniknęły z piwnicy, więc – na fali tej zaskakującej popularności – postanowiłem znowu zakonserwować w słoikach trochę kabaczkowego lata 2018. W Rybołach kupiłem jeszcze kilogram papryki pomidorowej. Jest dość słodka, twarda, znakomicie uzupełnia się smakowo z delikatnym kabakiem i pięknie z nim kolorystycznie komponuje.

Dwa spore kabaczki przekroiłem wzdłuż na pół i łyżką stołową pozbawiłem pestek. Potem pokroiłem je w sporej średniej wielkości kostkę. Papryki pozbawiłem nasion i jasnych, wewnętrznych włókien i również pokroiłem w kwadraty i trójkąty. Dodałem do tego dwie drobno pokrojone papryczki chilli. Wszystko powkładałem do słoików. Do każdego wrzuciłem jeszcze po liściu laurowym, kilku ziarenkach ziela angielskiego, kolorowego pieprzu i gorczycy.

Zalew na paprykę i kabaczki mam sprawdzony. Proporcja octu, cukru i wody powinna według mnie wynosić mniej więcej 1:2:10, czyli na pięć szklanek wody daję pół szklanki octu i szklankę cukru. Do tego łyżka soli i można zalewę zagotować.

Słoiki zalewam dopiero po ostygnięciu zalewy. Zalewanie gorącą grozi tym, że sparzone warzywa nam zmiękną i zimą będziemy jedli kabaczkowo-paprykowe fafkulce w occie. Potem wystarczy już dokładnie pozakręcać słoiczki i pasteryzować około 15 minut od zagotowania.

SONY DSC

Reklamy

Rośliny są ciekawsze od ludzi

DSC09002.jpg

Rośliny są o wiele ciekawsze od zwierząt, tym bardziej od ludzi. Niewdzięczny kot mi uciekł, o większości kobiet mam zdanie nie nadające się do podawania dalej, dlatego postanowiłem ostatnio zainteresować się roślinami. Czytam, obserwuję, uprawiam.

Na przykład zimą wziąłem od mamy z parapetu uschnięty krzewik chili. Powyjmowałem z niego ziarenka (około 200 sztuk), a uschnięte skórki zmieliłem w młynku do kawy. Wyszedł proszek piekielnie nabuzowany kapsaicyną, który teraz sobie dodaję do zupy albo mięsa, gdy potrzebuję jakiegoś samosponiewierania. A ziarenka kilka tygodni temu poukładałem na wilgotną ligninę i pod kaloryfer. Po tygodniu korzonki zaczęły się wczepiać w ligninę, a u góry zaczęły pojawiać się pierwsze liścienie. Wtedy powkładałem je po 3-4 do kubeczków napełnionych ziemią i zrobiłem takie mini-szklarnie z folii kuchennej. Niektóre pousychały, ale wczoraj te najsilniejsze i najładniej ukształtowane – te z kilkoma listkami – poprzedkładałem już do oddzielnych kubeczków.

Do pięćdziesięciu oddzielnych kubeczków. I rosną. Według planu, jeśli wszystko pójdzie dobrze, po jeszcze jednym przesadzeniu za kilka tygodni, w sierpniu-wrześniu będę miał w domu około pięćdziesiąt drzewek chili, z kilkudziesięcioma papryczkami na każdym. Codziennie rano zraszam je wodą i w napięciem patrzę, jak rosną. Tym, które są słabe, pomagam wrócić do pionu. Te które nie dały rady, eliminuję, by nie zabierały światła innym.

Na listkach niektórych z nich uczepione są jeszcze te ziarenka, z których powstały. To fascynujące patrzeć, obserwować, opiekować się, próbować zrozumieć, ale jeśli większość przetrwa i da owoce, to będę miał problem.

DSC09000.jpg

Bo nie wiem, co ja kurwa zrobię z pięćdziesięcioma krzakami chili w moim dwupokojowym mieszkaniu. Będę je podlewał, pielęgnował, robił im fotografie, przechwalał się ogrodem botanicznym w domu, a potem, jesienią, będą powoli usychały, aż w końcu umrą a ja zostanę, lekko licząc z dziesięcioma tysiącami ziarenek i kilogramem tak ostrego proszku, że nikt poza mną nie będzie chciał nawet na niego spojrzeć. Miłość do roślin kończy się równie tragicznie, jak miłość do rzeczy, jak miłość do zwierząt, jak miłość do ludzi.

O męskiej ostrości, czyli sos chili „Ryboły” (z imbirem)

SONY DSC

Każdy, kto jeździ dziewiętnastką między Białymstokiem a Lublinem wie, gdzie leżą Ryboły. To położona niedaleko mostu na Narwi szeroka i długa ulicówka, z domami ustawionymi prostopadle do ulicy, jak na prawosławną wieś przystało. Gdzieś w samym środku wsi, przy rozgałęzieniu na Pawły, jest dom, w którym urodził się jeden z moich nauczycieli, Włodzimierz Pawluczuk, odkrywca Wierszalina.

Opowieść o Stolicy Świata założonej przez proroka Ilię w lesie pod Krynkami była czymś bardzo ważnym w środowisku socjologicznym Białegostoku w czasach, kiedy studiowałem. Profesor Pawluczuk często opowiadał na wykładach o tym domu w Rybołach, gdzie nie było elektryczności i ludzie siedzieli po zmierzchu przy stole, opowiadając sobie różne historie. Jedną z nich była właśnie historia o proroku Ilii, który założył Wierszalin.

No ale teraz nie jeżdżę już na pielgrzymki do Wierszalina, a starego profesora Pawluczuka z Rybołów widuję tylko czasami, jak spaceruje z fajką w ustach i teczką pod ręką po śródmieściu. Tym, co teraz fascynuje mnie w Rybołach, jest niespotykane chyba nigdzie indziej na Podlasiu zjawisko ulicznego handlu „spod płota”. Zjeździłem cały ten region wzdłuż i wszerz i po wielokroć i nigdzie nie spotkałem czegoś takiego na taką skalę. Kiedy tylko przychodzi wiosna i cokolwiek zaczyna wyrastać ze stęsknionej słońca ziemi, gospodarze z Rybołów wystawiają te wszystkie dobra przed swoje płoty, siadają na ławeczkach i czekają, aż się ktoś zatrzyma i kupi.

Trwa to od wiosny do jesieni. Niepryskane truskawki, jajka prosto od szczęśliwej kury zza płotu, grzyby leśne, dynie, czereśnie, cukinie, bakłażany, ogórki gruntowe, maliny, pomidory, wiśnie, pigwy, czosnek i cebula. Każdy sprzedaje to, co sam wyhodował. Wystarczy się zatrzymać na poboczu. Jak przejeżdżam latem przez Ryboły, to zawsze ktoś stoi i kupuje u tych ludzi jakieś warzywa i owoce. Taki obrazek Rybołów będzie zawsze gdzieś w tyle mojej głowy.

SONY DSC

Więc, jak mam tylko trochę czasu i chcę oczyścić głowę ze złych myśli, uspokoić nerwy, zrelaksować się jazdą, a przy okazji uzupełnić zapasy, jadę do Rybołów na zakupy. Ostatnio udało mi się tam kupić między innymi te cztery piękne papryki chili.

Mój syn, jak każde dziecko, uwielbia wszystko, co słodkie. Ostatnio wtranżala owocowe musy, które staram mu się, przy każdej okazji, przygotowywać, bo to banalnie proste i tanie. Mój syn uwielbia też – co już mniej powszechne wśród dzieci – wszystko, co kwaśne. Jestem przekonany, że jak trochę podrośnie i stanie się facetem, polubi również, jak jego ojciec, to, co ostre.

Zresztą, większość facetów lubi ostre potrawy. Szukałem w internecie, dlaczego między mężczyznami a kobietami jest taka różnica w stosunku do ostrego, ale nie znalazłem żadnych przekonujących informacji. Niech więc tak po prostu pozostanie.

SONY DSC

Z przywiezionych z Rybołów papryczek zrobiłem dwa małe słoiczki sosu chili z dodatkiem imbiru. Skąd wziął się imbir? Okazało się, że papryczki chili z Rybołów mają nieco inną dynamikę uwalniania się ostrości w porównaniu do tego chili, z którym się spotykałem do tej pory. Ten ostatni uderzał od razu piekłem, nie pozostawiając ofiar i złudzeń, co do swojej kapsaicynowego, zabójczego arsenału. Papryczki z Rybołów mają w sobie o wiele więcej subtelności. Choć pod względem ostrości nie ustępują swoim kauflandowym siostrom, to atakują podniebienie wolniej, z podlaskim spokojem i finezyjnością. Równie finezyjny i niebezpośredni jest smak imbiru, który swoją wyrazistość pozostawia gdzieś na drugim planie, ale zawsze jest obecny, tak jak ojciec przy swoim synu, na przykład. Ostatnio dużą uwagę staram się przykładać w różnych sprawach do szczegółów, detali i pozornych niuansów. To z nich zbudowany jest świat, a na pewno to, co w nim podziwiamy i tak wiele można zepsuć nie zwracając uwagi na szczegóły. Zastanawiając się więc, jakiego detalu brakuje w smaku sosu chili z rybołczańskich papryczek, doszedłem do wniosku, że jest tym czymś właśnie imbir.

Jak zrobiłem sos chili „Ryboły” (z imbirem).

Co będzie potrzebne?

  • Kilka papryczek chili od gospodarza z Rybołów
  • Jedna ostra duża papryka
  • 1-2 mięsiste, dojrzałe pomidory
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oleju
  • 2 łyżki octu winnego
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki cukru
  • Sok z połowy cytryny
  • Odrobina świeżo startego imbiru

Pomidory sparzyłem i pozbawiłem skórki oraz wykroiłem twarde części, po czym rozgniotłem spodem widelca na miazgę. Na rozgrzany olej wrzuciłem pokrojoną drobno cebulę i zgnieciony czosnek. Cebula ma się zrumienić, a czosnek ma się nie spalić. Dodałem pomidory i chwilę dusiłem. W tym czasie pokroiłem papryczki chili na drobniejsze części, usuwając końcówki. Wrzuciłem je, razem z pestkami, na patelnię. Mieszając, gotowałem wszystko kilkanaście minut.

SONY DSC

Wyłączyłem ogień i poczekałem, aby substancja lekko ostygła. Następnie wszystko zmiksowałem na jednolitą masę i przełożyłem z powrotem na patelnię. Tam dodałem sól, cukier, po czym dusiłem, aby mikstura zgęstniała. Kiedy już konsystencja była dostatecznie, a nawet troszkę zbyt dostatecznie, zwarta, dodałem łyżkę octu winnego. Na sam koniec dodałem szczyptę imbiru. Wyłączyłem ogień i dokładnie wszystko jeszcze raz wymieszałem.

SONY DSC

Rumunia – podróż do cywilizacji kawy i wina

Wyprawa na Południe rozpoczęła się od… wyprawy na Północ. W środę, 19 sierpnia musiałem jeszcze wziąć udział w konferencji kończącej projekt „Szansa na Sukces” dla osób długotrwale bezrobotnych z Ełku i okolic. Dlatego dzień był wyjątkowo napięty. Przed szesnastą jestem z powrotem w Białymstoku, wydobywam się ze służbowego stroju, ostatecznie się pakuję i ruszam na najważniejszą tego lata – jak do tej pory – wyprawę. Cel podróży: Rumunia.

Jedziemy więc z M. znaną mi całkiem nieźle „dziewiętnastką”. Zmierzch dopada nas w lubelskim McDonaldzie, więc ulubione Podkarpacie przejeżdżamy po ciemku. Trochę po północy jesteśmy już w Barwinku, gdzie w barze dla kierowców ciężarówek kupuję euro, piję żurek i herbatę podaną w szklance. To ostatnie stanowi symboliczne pożegnanie z kulturą sowiecką na najbliższe cztery dni. Za kilka godzin kultura czaju i wódki zostanie zastąpiona kulturą kawy i wina.

Przez całą Słowację prowadzi M. Mijamy nieświadomie piękny zalew Veľká Domaša, o którego obecności świadczy tylko wilgotne powietrze docierające przez okna samochodu.

Na Węgry wjeżdżamy o świcie, gdzieś w okolicach 4 nad ranem. Wzgórza tokajskie rozpościerające się po prawej stronie szosy wyglądają w tym porannym świetle przepięknie. Wyjeżdżaliśmy z Polski, która była ciężka, wilgotna i ciemnozielona, a teraz – przejechawszy linię Karpat – wjeżdżamy do świata w zupełnie innych kolorach.Ciemną i mokrą zieleń zastapiły odcienie żółci i fioletu. Przez cały czas jest zielono, ale jest to zieleń o wiele bardziej delikatna, lekka i mniej wyrazista.

Węgry to już zachodnia Europa. Co chwilę mijają nas świetne i szybkie auta mknące po równiótkich, pomalowanych nienagannie szosach. Ten kraj widziany z okien auta wygląda na prawie tak nudny, jak Szwajcaria lub Niemcy. Pocieszam się myślą, że w rzeczywistości jest przecież zupełnie inaczej, wystarczy tylko zjechać gdzieś w boczną drogę. Przekonujemy się o tym, gubiąc się – z mojej winy – przed samą granicą rumuńską. Przez przypadek przejeżdżamy przez Nagygéc, niewielką wioskę nieopodal granicy, w której świat się zatrzymał przed co najmniej pięćdziesięcioma laty. To takie trochę Stasiukowe Badabag z tą tylko różnicą, że w Nagygéc ani świat, ani droga się nie kończą i tłukąc się wytrwale po nieutwardzonej drodze, wśród pól kukurydzy, możemy dotrzeć do drogi z Csengersimy do Satu Mare.

Prawie dokładnie pomiędzy Csengersimą a Satu Mare znajduje się granica państwowa, której jeszcze nie zlikwidowano. Odprawa jest formalnością, ale granica wcale nie jest symboliczna. Po przejechaniu szlabanu czeka nas jeszcze obowiązkowe wykupienie winiety umożliwiającej poruszanie się po rumuńskich drogach i wymiana euro na rumuńskie leje. Kurs jest nieco złodziejski, ale nie wiemy jeszcze, po ile kupuje się leje w głębi kraju.

Pierwszy kontakt z Rumunią jest oszałamiający. Granica pomiędzy ulicą a poboczem jest tutaj bardzo umowna. Asfalt raz jest tak wąski, że dwa auta ledwie się na nim mieszczą, by po chwili rozlewać się prawie jak autostrada. Mieszkańcy wiosek w drodze z Satu Mare do Baia Mare toczą swoje życie na poboczach. Jedni idą lub jadą rowerami w różnych kierunkach, czasem na poboczu, czasami na środku jezdni. Inni załatwiają przy drodze różne sprawy. Jeszcze inni po prostu stoją i patrzą na przelewające się potoki aut o prestiżu tak zróżnicowanym, że trudno to wyrazić słowami. Obok zdezelowanych daczi i wartburgów przejeżdżają luksusowe SUV-y. Obok wielkich ciężarówek przesuwają się poboczem drabiniaste wozy napchane ludźmi, sianem, żelastwem i czym tam jeszcze chcesz. Do tego wszystkiego plączą się co chwila bezpańskie psy ras wszelkich. Cały ten potok ludzi, zwierząt i maszyn spowity jest chmurą pyłu. Przepisy drogowe jakby nie istniały, a jednak ta rzeka jakoś płynie bez przeszkód. Dźwięk klaksonu zastępuje kierunkowskaz, ale nikt nie ma z tego powodu pretensji do kogokolwiek. Wręcz przeciwnie – choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że to wszystko musi się za chwilę skończyć jakimś karambolem, wypadkiem, kontuzją człowieka, zwierzęcia lub maszyny, to cała ta spontanicznie regulowana maszyna działa bardzo sprawnie. Pomimo chaosu, już po chwili uczestnik ruchu staje się jego częścią i – poddając się jego porządkowi – spokojnie i bez stresu płynie w pożądanym kierunku. Bez uważania na znaki i przepisy, w zgodzie ze spontanicznym porządkiem grupy.

DSC01629-1

W Baia Mare zatrzymujemy się tylko na chwilę. Będziemy tu jeszcze podczas podróży powrotnej. W położonej w „nowym” centrum miasta knajpie zamawiam „cibora de burta” – rumuńską odmianę flaków. Od naszych różni się tym, że czasami dodaje się do niej gicz cielęcą. Poza tym jest lżejsza, zaprawiona octem winnym i cytryną. Dodatkowo zamawiamy po omlecie. W Rumunii podaje się omlety na wszystkie możliwe do wyobrażenia sposoby z setką różnych dodatków do wyboru. Jedzenie w knajpach jest sporo tańsze niż w Polsce, więc można sobie pozwolić na zamówienie czegoś „na ciemno”, po to tylko, żeby spróbować. Naprawdę syty obiad z dwoma daniami i piciem można tu bez problemu zjeść za 10-12 złotych.

Wyjeżdżając niebawem z Baia Mare do Sygietu, przejeżdża się przez przedziwnie zaprojektowane rondo obok dużego targu. Trwał na nim żywiołowy handel i miałem wrażenie, że przejeżdżam obok wielkiego, kipiącego popołudniowym skwarem tygla. Auta stały zaparkowane na prawie samym środku drogi, ludzie przechodzili przez szosę bez żadnej obawy, a zza murów targu wylewał się i wlewał potok ludzi objuczonych zakupionymi bądź przeznaczonymi do sprzedania towarami: papryką, mlekiem w plastikowych butelkach, arbuzami i co tam jeszcze da się pomyśleć. Obiecujemy sobie, że wrócimy tu jeszcze na duże zakupy.

Tymczasem wyjeżdżamy z Baia Mare i wspinamy się nieskończonymi serpentynami ku górom Muramaresz. Auto ledwo zipie, więc postanawiamy, że gdzieś tutaj, w górach, zrobimy pierwszy przystanek. Jest co prawda wcześnie, chyba pierwsza lub druga po południu, ale zmęczenie całonocną podróżą daje znać o sobie. Mijamy zjeżdżającego beznogiego (!) rowerzystę. Podwozimy jeszcze miejscowego robotnika kawałek i w końcu znajdujemy polanę otoczoną z jednej strony drogą, a z drugiej – potokiem. Pomimo wysokości jest naprawdę gorąco, a ja jestem tak zmęczony, że nie mam siły pomóc M. w rozkładaniu namiotu. Całe popołudnie w tych górach pamiętam jak przez mgłę, równie słabo, jak i noc. Pamiętam tylko, że po zmierzchu ta bardzo kręta droga staje się prawie zupełnie pusta i odżywa dopiero nad ranem.

DSC01593-1

W nocy nie odwiedza nas żaden niedźwiedź ani wilk, choć te tereny to w Europie najchętniej zamieszkane przez te zwierzęta obszary. Okazuje się, że powszechny i legalny w Rumunii obyczaj nocowania „na dziko”, gdzie się chce, jest nie tylko tanim, ale i bezpiecznym sposobem na wakacje w tym kraju. Tym bardziej, że pomimo sporej wysokości noc była całkiem ciepła. Nad ranem zeszła mgła, która dawała złudne wrażenie chłodu w trakcie dnia. Że będzie gorąco, przekonaliśmy się już w pobliskiej wiosce Mare i kolejnej, gdzie zatrzymujemy się na zakupy. W tym kraju każda, nawet najmniejsza wioska, posiada własny sklep spożywczy i często Cafe Bar, gdzie można wypić – zawsze zapażoną w prawdzimy ekspresie – pożądną kawę. Te sklepy i te bary są często mikroskopijne, ale zawsze są.

Drugi dzień wyprawy do przede wszystkim Sygiet Marmaroski – niespełna pięćdziesięciotysięczne górskie miasteczko, które od granicy z Ukrainą odgranicza tylko Cisa. Zapominamy o zwiedzeniu słynnego więzienia politycznego, w którym przetrzymywano i męczono przeciwników reżymu Ceauşescu. Spod pomnika żydowskich mieszkańców miasta zgładzonych podczas II wojny światowej, położonego na miejscu dawnej synagogi, dochodzimy do ocalałej świątyni żydowskiej. Oprowadza nas po niej starszy pan inzynier, lider lokalnej społeczności żydowskiej, szacowanej na około 200 osób. Świątynia działa, obok jest chajder – szkoła religijna dla dzieci w wieku 5-9 lat. Facet poświęca nam dobrą godzinę i nie oczekuje w zamian żadnej zapłaty. Można dyskretnie wrzucić datek do skrzynki, ale nikt cię do tego nie zmusza. To robi duże wrażenie, bo jestem przyzwyczajony do wyciagania z turystów pieniędzy jak tylko się da. Jak się jeszcze przekonam, w Rumunii z turystów nie zdziera się forsy. Wręcz przeciwnie, rumuńska gościnność jest gościnnością prawdziwą i – przede wszystkim – bezinteresowną, o czym zdążyliśmy się jeszcze kilka razy przekonać.

DSC01732-1

W Sygiecie Marmaroskim zupełnym przypadkiem trafiamy jeszcze na urokliwy targ w samym centrum miasta. Rolnicy wprost z chodnika sprzedawali mleko z plastikowych butelek po coca coli i palinkę. Pół litra tego sześćdziesięcioprocentowego alkoholu kosztowało nas 8 lei. Na tym targu można było kupić praktycznie wszystko: paprykę w dziesiątkach odmian, piekne wielkie ziemniaki, arbuzy po 90 bani za kilogram, morele i śliwki, gruszki, winogrona i czego jeszcze dusza zapragnie. W zadaszonej części, z aluminiowych blatów, sprzedawano ser. Kiedy podchodziliśmy zaciekawieni do sprzedawców, on sami zachęcali do spróbowania.

Z Sygietu podróżujemy grzbietem Gór Muramaresz na wschód, w kierunku Borszy. Przez Rona de Sus i Rona de Sos, na obiad zatrzymujemy się, zdaje się, w Petrovej. W małej knajpce próbuję kolejnej rumuńskiej specjalności: sarmali. To danie podobne do naszych gołąbków. Mielone mięso (chyba baranina i słonina) jest zawijane w liście winorośli. Te sarmale są mniejsze od naszych gołąbków i o wiele bardziej tłuste.

W końcu, przed zmierzchem, docieramy do Borszy. To dziwne górskie miasteczko, przypominające trochę klimatem jakąś prowinicjonalną mieścinę na pograniczu amierykańsko-meksykańskim. Chaos szyldów warsztatów samochodowych, myjni, barów i moteli. Chaos ruchu ulicznego. Hałas klaksonów w popołudniowym kurzu. Wszystko to położone wzdłuż głównej drogi przebiegającej przez centrum. Tam- całodobowy kiosk spożywczo-monopolowy i grupy ludzi w różnym wieku czekających na nie wiadomo co.

DSC01743

Przy wylocie z miasta drewiany mega-motel z dziesiątkami jakby skleconych naprędce przybudówek. Nieco dalej znajdujemy znak informujący, że kilkaset metrów w prawo znajduje się pole kempingowe. Wjeżdżamy nierówną i kamienistą, wąską drogą pnącą się ostro w górę, między jednorodzinnymi domkami. Co chwila trzeba kombinować z mijaniem, bo okazuje się, że droga jest dosyć ruchliwa. Kluczymy skomplikowanym labiryntem uliczek. Pytamy o kemping, jednak – pomimo znaku – nikt o kempingu nie słyszał. W końcu, zrezygnowani, rozbijamy się na przypadkowo wybranej działce młodego małżeństwa, na pagórku, z którego rozpościera się przepiękny widok na najwyższy szczyt Gór RodniańskichPietrosul.

Wieczorem odbywam jeszcze spacer do Borszy. Po drodze mijam jedno z setek (nie przesadzam) rumuńskich ślubów, które mieliśmy okazję widzieć. Pan młody w  białym garniturze, w towarzystwie matki, małej orkiestry dętej i najbliższej rodziny, schodził z gór do miasta, a do tego barwnego tłumu przyłączali się co chwila sąsiedzi (obowiązkowo z kolorowo ozdobioną butelką palinki). Po zejściu do centrum miasta czekałem na ten już wtedy ogromny tłum wystojonych gości weselnych, z młodą parą na czele. Towarzyszyło im czterech pijanych facetów siedzących wierzchem na koniach. Wierzgające zwierzęta zatrzymały ruch na głównym skrzyżowaniu, dzięki czemu chyba połowa Borszy mogła przejść do miejsca, gdzie odbywało się wesele.

Kiedy wracałem, było już po zmroku. Ta kręta, błotnista i kamienista droga, którą szedłem do namiotu, była bardzo słabo oświetlona. Mimo to toczyło się na niej życie. Co kilkadziesiąt metrów z mroku wydobywało się światło baro-knajpo-sklepów i gwar zgromadzonych tam klientów. Siedzieli przed tymi sklepami i zywo dyskutowali w języku będącym pomieszaniem rumuńskiego z włoskim czy węgierskiego z ukraińskim. Na górze pogadaliśmy jeszcze z M. o Stasiuku, a w szczególności o tym, czy jadąc do Babadag Stasiuk się nie pomylił, czy w swoim obsesyjnym poszukiwaniu rozpadu i końca nie zinterpretował Rumunii fałszywie. Zgadzam się z M., który twierdzi, że Rumunia to nie jest kraniec Europy i jej upadek, ale wręcz przeciwnie: centrum i jej ekstrakt. Do takich entuzjastycznych wniosków dochodzimy przy pewnych ilościach palinki, która trochę nas tego wieczoru poniewiera.

O palinkowym sponiewieraniu szybko zapominamy następnego ranka, po szybkiej kąpieli w górskim potoku. Z góry spogląda na nas Pietrosul. Rezygnujemy jednak ze zdobycia tego szczytu i postanawiamy pojechać jeszcze bardziej na wschód. Zjeżdżając do drogi głównej samochód zaczyna nieco kaprysić. Znajdujemy zakład mechaniczny położony przy okrutnie zdewastowanej przez człowieka rzece. To ta „druga” twarz Rumunii, spuścizna komunizmu, którą jeszcze zdążymy nieco poznać. Awaria okazuje się niewielka (właściwie to kwestia kabla, który na rumuńskich wybojach po prostu wypadł z gniazda), jednak młody mechanik nie tylko usuwa usterkę, ale kilkoma partyzanckimi sposobami zapobiega ewentualnym kłopotom w przyszłości. W Polsce za taką usługę zapłaciłbym pewnie przynajmniej 50 zł. Tutaj nie chcieli żadnych pieniędzy, nie mówiąc o drobnym upominku. Człowiek, który poświęcił ponad pół godziny naszemu pojazdowi, omal się nie obraził, kiedy chcieliśmy mu zapłacić za pracę. Życzył nam tylko szerokiej drogi i serdecznie pożegnał. Kiedy wyjeżdżaliśmy z zakładu, przed dobre kilka chwil nie wiedzieliśmy, jak to skomentować. Zresztą, przykładów takiej ludzkiej życzliwości i specjalnego traktowania turystów w Rumunii doświadczyliśmy więcej.

Z Borszy jedziemy dalej na południowy wschód. Piękną trasą zjeżdżamy z Gór  Mamamuresz, najpierw mijając przydrożnych sprzedawców mleka, bimbru i miodu, potem podwożąc dwóch tubylców, z których jeden – zasuszony staruszek – żegna się z nami czystym ukraińskim. Pierwszym bardziej nizinnym miastem, które odwiedzamy tego dnia, jest Bystrzyca – osiemdziesieciotysięczna miejscowość. Zapamiętałem z tej Bystrzycy ospały nastrój niedzielnej siesty – główny miejski deptak był prawie pusty, podobnie jak całe centrum. Wypiliśmy – jak zwykle świetną – kawę w jednym z kawiarnianych ogródków i ruszyliśmy w kierunku największego miasta Transylwanii – Kluż Napoki.

Jak tylko zjedzie się z gór, Rumunia wygląda zupełnie inaczej. Z Bystrzycy do Kluż Napoki jedzie się wygodną, szeroką drogą ekspresową. Co prawda nie ma na niej wytyczonych pasów ruchu i poboczy, nie przeszkadza to jej użytkownikom osiągać prędkości autostradowych. Do celu podróży docieramy więc dość szybko. Miast przejeżdżamy o zmierzchu. Planujemy rozbić się przy Somesul Cald – wielkiej elektrowni wodnej zbudowanej przy trzech zbiornikach retencyjnych. Jadąc E60, przegapiamy Gilau, gdzie trzeba skręcić w lewo. Z pomocą przychodzi średniego wieku jegomość, który całkkiem poprawną polszczyzną tłumaczy nam drogę. Okazuje się, że pracował na Stadionie Dziesięciolecia przez 3 lata i dzięki temu zna i lubi nasz kraj.

Długo błądzimy wzdłuż tych zapór, nie mogąc znaleźć miejsca na kemping. Trafiamy między innymi do włoskiego pensjonatu w dosyć dziwnym i nie pasującym do niego miejscu. W drewnianych wnętrzach przechadza się oswojona sarenka ze złotą obrożą, a przy stole siedzi włoska Familia. Żądają wygórowanej zdecydowanie ceny za możliwość rozbicia namiotu, więc w końcu trafiamy na polanę przy samym zalewie, gdzie ognisko pali para młodych ludzi. Pytamy, czy możemy rozbić się obok. Kolejną noc spędzamy nocując „na dziko”.

W Kluż Napoce jesteśmy wczesnym przepołudniem, a i tak jest już cholernie gorąco. Zwiedzanie zaczynamy od Placu Avrama Iancu, gdzie stoi imponujący Sobór Prawosławny Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, zbudowany w okresie międzywojennym.  To największa świątynia prawosławna w mieście. Stamtąd idziemy ulicą Uliu Maniu w kierunku katolickiej bazyliki Św. Michała. Tak jak w świątyni prawosławnej dało się słyszeć język rumuński, tak tutaj – w kościele i jego okolicach – dominuje węgierski. Przy samych murach bazyliki mijamy grupę kilkunastu turystów, którzy urzadzili tam sobie nocleg. Drzemią jeszcze na swoich karimatach, gdy dosłownie nad ich głowami wierni zmierzają na mszę. Po bazyliką spotykamy jeszcze starszego człowieka, który – usłyszawszy, że jesteśmy z Polski – opowiada o polskich miasta, w których był. Co prawda Polska zlewa mu się trochę z Czechami, ale to kolejny przejaw ogromnej życzliwości. jakiej tam doświadczyliśmy.

Spacerujemy jeszcze trochę starym miastem, znajdującym się na północ od bazyliki, po przeciwnej stronie Bulwaru 21 Grudnia, nazwanego tak na pamiątkę obalenia reżymu w 1989 roku. Rodzielamy się i ja przechodzę aż do ulicy Avrama Iancu, w kierunku cmentarza miejskiego, który jest kolejnym świadectwem węgierskiej przeszłości miasta. Idąc dalej, a potem skręcając w lewo, w ulicę Republiki, dochodzę do przepięknego ogrodu botanicznego. Ogród jest fajny, ponieważ jest zaprojektowany nie tylko jako atrakcja turystyczna, ale również ma funkcje dokumentacyjne. W drodze powrotnej odwiedzam jeszcze imponujący gmach uniwersytetu.

Kluż Napoka była fajna, ale w Rumunii najfajniejsze są góry. Wracamy więc szeroką autostradą w kierunku Baia Mare. W miarę zbliżania się do celu, droga robi się coraz węższa, ale widoki – coraz bardziej przyjazne. W Baia Mare zatrzymujemy się na obiad. Pogoda robi się mało przyjazna, w związku z czym decydujemy się na nocleg w nieco bardziej cywilizowanych warunkach. Całkowicie przypadkowo trafiamy do małego pensjonatu, kilkaset metrów za Baia Spire. Za 50 leji od osoby dostajemy ogromny dwuosobowy pokój, z pięknym widokiem na góry, ładnie i bogato urządzony. Oczywiście z bezprzewodowym internetem i śniadaniem. Pierwszy od trzech dni prawdziwy prysznic jest naprawdę czymś wspaniałym, choć toalecie w górskim potoku też nie można niczego narzucić. Wieczorem wybieramy się jeszcze do Baia Spire na piwo. Znajdujemy tam przydrożną restauracyjkę prowadzoną przez węgierską rodzinę. Choć mieli już zamykać, specjalnie ze względu na nas czekają, aż skończymy.

Ostatni dzień wycieczki to kolejna wizyta w Baia Mare, tym razem na miejskim targu. Robimy tam zakupy: papryka, arbuzy, sery różnego rodzaju itp. Nielegalnie, choć w majestacie prawa, czyli przy czujnej acz życzliwej dla tego procederu obserwacji stróżów prawa, kupujemy zapas rumuńskiego bimbru. Choć taki targ w Rumunii to w stereotypowym przekonaniu miejsce niebezpieczne dla turystów, ani przez moment nie da się tam czuć niebezpiecznie. Po pierwsze dlatego, że osoba z apoaratem fotografciznym nie budzi tu jakiegokolwiek zainteresowania. Po drugie zaś dlatego, że miałem wrażenie, iż turysta jest traktowany w Rumunii jak ktoś wyjątkowo pożądany i ktoś, komu nie może stać się krzywda. Wręcz przeciwnie, podróżnik w tym kraju powinien się poczuć wyjątkowo i gościnnie przyjęty. Dlatego kiedy prosisz tam o kilogram papryki (za 1,5-2 zł), to dostajesz za tę samą cenę półtora kilograma tylko dlatego, że jesteś turystą.

Wracamy więc pełni dobrych wrażeń przez przygraniczne miasto Satu Mare. Tam wydaję resztę lei na gazowaną wodę, która przypomina w smaku wody białoruskie i ukraińskie (wysoko zmineralizowana i piekielnie mocno nasycona dwutlenkiem węgla). Z Rumunii wyjeżdżamy z ogromną satysfakcją i obietnicą powrotu. Szczególnie, kiedy widzimy ogromny kontrast pomiędzy tym krajem a Węgrami, które z roku na rok coraz bardziej przypominają Węgry. Po drodze zatrzymujemy się na dłużej już tylko w Tokaju. W przydrożnej winiarni kupujemy trochę młodego wina i jedziemy dalej na północ. Do Białegostoku docieramy po drugiej nad ranem.

Tutaj znajduje się więcej zdjęć z tej podróży.

Pieśni, które zamieściłem na blogu, wykonuje rumuńska śpiewaczka Romica Puceanu