Codziennik 93 – Piękna matematyka

improved_photo (5).jpg

Codziennie poświęcam co najmniej godzinę popularnonaukowej, angielskojęzycznej encyklopedii poświęconej historii matematyki. Choć nigdy nie miałem żadnych zdolności matematycznych, ta dziedzina zawsze mnie fascynowała i onieśmielała. Moi rodzice poznali się na studiach w Instytucie Matematyki. Mama poszła pracować do szkoły, co robi do dziś, a nieżyjący już ojciec pracował przez prawie całe życie jako naukowiec i wykładowca.

Ojciec, z relacji różnych ludzi po jego śmierci – dość zdolny matematyk, od zawsze próbował mnie zarazić miłością do tej dziedziny wiedzy. Prawdopodobnie z wrodzonej przekory wobec niego poszedłem na studia humanistyczne. A po ich zakończeniu ciągnęło mnie zawsze ku tej bardziej ścisłej stronie nauk społecznych – ku statystyce, ekonomii, logice, metodologii nauk.

Mój ojciec zajmował się naukowo głównie geometrią. Z uporem opowiadał mi o geometriach nieeuklidesowych i o tym, jak wszystko się zmienia, jeśli zrezygnujemy z nieoczywistego piątego aksjomatu Euklidesa. O pojęciu nieskończoności i o tym, że kalafior jest fraktalem. W liceum dyskutowaliśmy o tym, czy matematyka opisuje świat realny (jak mówił Arystoteles), czy opowiada o świecie idealnym (jak wcześniej mówił Platon).

Czytając teraz rozdziały „The Math Book” poświęcone geometrii rozumiem już, że jest to ta część matematyki, która wymaga niesamowitej wyobraźni. Tej wyobraźni, która rodzi się nie w lewej, analitycznej, ale prawej – kreatywnej, artystycznej półkuli mózgu.

Patrząc z perspektywy czasu i przypominając sobie o ojcu wiem, że był on zdecydowanie prawopółkulowcem. Żył wyobraźnią, emocjami i zdecydowanie zbyt intensywnie myślał.

Ludzie zajmujący się geometrią są artystami w świecie matematyki.

Dlatego często, po wielodniowym ślęczeniu w kuchni nad papierami zamalowanymi niezrozumiałymi dla mnie rysunkami i symbolami, ojciec wpadał do mojego pokoju rozradowany jak dziecko i śmiejąc się krzyczał:

– Radku, nawet nie wiesz, jaki PIĘKNY dowód przed chwilą zrobiłem!

 

Śniadanie – obiad – kolacja

20191022_094851 (1).jpg

Dla mojego roztrzepanego i bujającego przez całe życie w obłokach ojca, od kiedy mieszkaliśmy tylko we dwóch, jedną z najważniejszych rzeczy było to, aby ugotować mi każdego dnia obiad. W domu zawsze musiała być zupa, a mój ojciec był mistrzem w gotowaniu zup. W ramach gówniarskiego buntu przeciwko niemu, który przyjmował stoicko na klatę, gdy tylko w wieku około dwudziestu jeden lat osiągnąłem relatywnie stabilną samodzielność finansową, ostentacyjnie i złośliwie negowałem dzisiaj dla mnie oczywistą, fundamentalną wagę spożywania posiłków z bliskimi. Przez lata jadałem na mieście, a dom traktowałem jako bardzo serdeczną, przyjazną i zawsze pełną ojcowskiej miłości, sypialnię.

Kiedy w końcu wyprowadziłem się od ojca i do swoich wynajmowanych a w końcu własnych czterech ścian zaprosiłem wieloletnią miłość na odległość, włączył się we mnie ten sam impuls, co u ojca dwadzieścia lat wcześniej. Druga miłość zastąpiła pierwszą, potem przyszła trzecia, jednak instynktowna, wewnętrzna potrzeba przygotowania śniadania z cielęcych parówek, obiadu zgodnego z sympatiami kulinarnymi moich Księżniczek, a potem kolacji polegającej na pleśniowych serach, oliwkach i ewentualnie winie, trwała we mnie mimo przejściowych sztormów na każdym z tych rejsów.

Do momentu, gdy razem z Małym wytrzymywaliśmy jeszcze to, co sprawiano naszym spotkaniom, czułem równie naturalną, pierwotną, zwierzęcą wręcz potrzebę przygotowania mu jedzenia. Nie dlatego, żeby był głodny. Nie dlatego, żeby mu zaimponować. Potrzeba ta umiejscowiona jest gdzieś w okolicach hipokampu, w najbardziej pierwotnym ośrodku mózgu. Miejscu, które człowiek ma takie samo, jak wszystkie gady. Gady nie zastanawiają się, gady działają.

Pierwotny, trywialny, uniwersalny, codzienny rytm. Śniadanie – obiad – kolacja. Cykl wprowadzający równowagę i stabilność. Jeśli nie dla kolejnych Księżniczek, to choćby dla Dziecka i siebie samego.

Codziennik pięćdziesiąty drugi – Odpowiedzialność

heniek

Ojciec bez ojca
Ma problem z równowagą
Mistrz bez mistrza
Jest niebezpieczny

Patrzymy na naszych rodziców, nauczycieli i na naszych liderów z zaufaniem i oczekiwaniem. Ich obowiązkiem jest kierować nami, uczyć, a nawet wydawać osądy w naszym imieniu, gdy okoliczności są niepewne. Ostatecznie, ich zadaniem jest doprowadzenie nas do miejsca, gdzie będziemy mogli podejmować własne decyzje, oparte na mądrości, którą oni pomogli nam rozwinąć.

Jednak możliwości do nadużyć i błędów są wielkie. Czy jest ktoś, kto ma zawsze rację? Zwykły lapsus w nieodpowiednim momencie może doprowadzić do zamieszania, psychicznych blizn, a nawet wielkich katastrof. Zbyt ostre słowa skierowane do dziecka w krytycznym momencie mogą skutkować problemami trwającymi całe lata. Dlatego potrzebujemy rodziców dla rodziców, mistrzów dla mistrzów i liderów dla liderów. Zapobiegnie to błędom władzy. W przeszłości, nawet królowie mieli mądrych doradców. Każdy, kto chce być przywódcą, powinien mieć taką pomoc.

W końcu jednak, ktoś musi być na samej górze. Do kogo ma się zwracać taka osoba? Nie wzywajmy bóstw, ale pragmatyzm. To doświadczenie jest ostatecznym nauczycielem. Dlatego mądrzy ludzie nieustannie podróżują i sprawdzają się w różnych okolicznościach. Tylko w ten sposób mogą zweryfikować swoje poglądy i kompensować swoje niedociągnięcia.

Deng Ming-Dao „365 Tao: Daily Meditations. Chapter 28 – Responsibility”,
tłum. własne

Litewski podpiwek Butautu Dvaro Gira. Nikt jeszcze nie zrobił tego lepiej.

DSC05211.jpg

Kiedy jeździliśmy z rodzicami na wakacje do Poddębia, ojciec często zabierał mnie na obiady do centrum tej nadmorskiej miejscowości, która już nigdy nie będzie jak wtedy. Mama nie mogła nam towarzyszyć, bo od świtu do nocy pracowała jako komendantka i pilnowała setki rozwydrzonych gówniarzy biegających po lesie. 

Ojciec zamawiał najlepsze morskie ryby smażone na głębokim tłuszczu, skropione potem cytryną, obsypane frytkami i kiszoną kapustą. Dostawałem praktycznie codziennie kwintesencję nadmorskich wakacji nad morzem. Coś, po co teraz ludzie jadą całymi dniami, wydają grube pieniądze, czekają godzinami.

Jednak z tych obiadów nie pamiętam ani smaku dorsza, ani kwaśności cytryny, ani – o zgrozo – smaku frytek. Pamiętam natomiast tylko jedno – szczypiącą w język, lodowatą coca-colę, o którą zawsze prosiłem. 

Moje wspomnienia z dzieciństwa nie składają się ze słów ani z obrazów. Wszystkie moje wspomnienia z czasów, gdy byłem dzieckiem, składają się ze smaków i zapachów.

Bo zapach coca-coli w tej małej butelce 0,33 dopiero co wyjętej z lodówki, uwolniony zręcznym ruchem otwieracza, właśnie w tym momencie, gdy z jej wnętrza unosi się leniwy obłoczek, nie może się równać z żadnym innym doświadczeniem zapachowym nastolatka przed osiągnięciem płciowej dojrzałości. I ten zapach, po z góra trzydziestu latach od codziennych popołudniowych lunchów z Henrykiem w Poddębiu, pamiętam do dzisiaj.

Od tej pory zapałałem miłością do słodzonych napojów gazowanych, którą pielęgnuję do dziś.

Drugi taki zapach, tym razem związany z domem mojej mamy w Boćkach, to zapach podpiwku. To był najprawdopodobniej kanoniczny Podpiwek Kujawski robiony z takich ekstraktów w tekturowych pudełkach, z dodatkiem drożdży spożywczych. Niestety, nie będę już miał możliwości spytać o to ani babci, ani dziadka. Robiłem potem wielokrotnie ten podpiwek, jednak nigdy nie smakował i pachniał jak ten fermentujący w metalowej beczce do mleka stojącej w sieni drewnianego domu moich dziadków. Szło się do tej sieni z metalowym kubkiem, napełniało się go pachnącym zbożem, cukrem i drożdżami płynem i piło do ugaszenia pragnienia.

Te dwie smakowe magdalenki przywędrowały do mnie, gdy spróbowałem leżakującego nie wiadomo dlaczego od kilku tygodni litewskiego podpiwku Butautu Dvaro Gira. Próbuję każdego podpiwku i kwasu chlebowego bo uważam, że to doskonałe rozwiązanie dla osób, które uwielbiają napoje gazowane z jednej strony, z drugiej zaś nie chcą się za bardzo truć, z trzeciej w końcu – chcą jakoś nawiązywać do tradycji kulinarnych. Uważam, że jest to podpiwek doskonały. Piękna, prawie czarna barwa i gęsta piana. Ciężki, karmelowy zapach. W smaku słodki, taki jaki powinien być podpiwek i nie za mocno gazowany, czym przypomina podpiwki drożdżowe mojej babci. I lekko cytrusowy, jak coca-cola z Poddębia sprzed trzydziestu lat.

Nikt jeszcze nie zrobił tego lepiej.

Ojciec. Radio. Kuchnia.

DSC04913.JPG

Nie wyobrażam sobie kuchni bez radio stojącego gdzieś w kącie. Bulgocąca na gazie zupa, melodeklamacja Mariana Kociniaka zapowiadającego „Powtórkę z Rozrywki” w Trójce i mój ojciec Heniek siedzący tyłem do wyjścia, pochylony nad porozrzucanymi po całym stole i podłodze papierami zapisanymi ołówkiem. Zapach papierosów pomieszany z zapachem grochowej na żeberkach.

Ojciec spędzał przedpołudnia w kuchni, gdzie rozwiązywał całki, gotował mi zupy i słuchał Trójki. Potem przenosił się do dużego pokoju z telewizorem, gdzie razem oglądaliśmy mecze, seriale, kabarety i wiadomości. Jednak centrum mieszkania na Palmowej była kuchnia. Skandalicznie brudna jak na kuchnię bez kobiety przystało. Z radiomagnetofonem. Kiedy ojca dopadał smutek, puszczał zamiast Trójki solowe kasety Tadeusza Nalepy. Smutne bluesy, od których płakał, gdy nie widziałem.

Podobnie jak mój ojciec, uwielbiam spędzać czas w mojej przestarzałej kuchni. Patrzeć, jak rosną zioła na parapecie, wsłuchiwać się w bulgotanie wina z hibiskusa w gąsiorku odziedziczonym po Henryku, patrzeć na starców przesiadujących na ławce pod blokiem, wciągać nosem zapach kwiatów kwitnącej mirabelki, słuchać Trójki.

Kiedy jest mi smutno i nie chcę znowu wracać do pustego domu, zostawiam przed wyjściem włączone radio. Kiedy wracam i słyszę Trójkę, mam przyjemne uczucie, że wracam do domu, w którym ktoś przez cały czas mieszka.

Droga

img_20140211_122332-1

Szwendanie się. Ulubione i najbardziej inspirujące zajęcie. Sprawdzanie, czy miejsca, które nie zmieniły się od zawsze, przypadkiem się wreszcie zmieniły. Mam w związku z tym, kilka pytań.

Czy na rozwidleniu dróg na Dwernik i Zatwarnicę przez cały czas stoi ta sama blaszana wiata, w której latem wytatuowani punkowcy sprzedają kiełbasę z grilla i piwo bez koncesji, przy dźwiękach KSU? Czy w Gospodzie pod Modrzewiem w Krynkach dają taką samą, jak zawsze, kiszkę ziemniaczaną? Czy w Kaliszu, na rogu Szklarskiej i Grodzkiej działa wciąż fryzjer męski z opcją golenia brzytwą dezynfekowaną spirytusem? Czy w Olecku, w Barze Dajana patrzą na ciebie tym samym złym wzrokiem, smutni Mazurzy, a na zmoczonym letnim deszczem pomoście opony roweru ślizgają się tak, jak kiedyś? Czy Czarny Roman biega wciąż w tym długim płaszczu po Świętokrzyskiej w warszawskim śródmieściu, szepcąc do siebie te złowrogie zaklęcia? Czy w Poddębiu przez cały czas sprzedają najlepsze jagodzianki na świecie, ciepłe i pachnące lasem, tam, obok baru Koga, gdzie twój ojciec zabierał cię jako dziecko na colę z cytryną, a dla siebie brał coś mocniejszego? Czy wiatroloty nad Bałtyckim Morzem fruwają przez cały czas tak pięknie furkocząc? Czy to miejsce, gdzie tory wąskotorowej kolejki między Ełkiem a Rajgrodem przekraczają zepsuty asfalt, jest tak pięknie tajemnicze i opowiadające historię upadłej świetności tych okolic? Czy w tym miejscu przy krętej górzystej drodze między Baia Mare a Szygietem Marmarowskim przez cały czas obozują uśmiechnięci Cyganie?

Tysiące takich miejsc odkrywa się tylko wtedy, gdy ma się odwagę przeciwstawienia nawigacji samochodowej i skręcenia w podporządkowaną. A potem się do nich wraca, z całkowitą pewnością, że pozostały takie same, z całkowitą pewnością, że po raz kolejny odkryje się je na nowo.