Insomnia

DSCF0484Z tego wszystkiego najbardziej dokuczliwa jest bezsenność. Zgaszone światło, sciszona muzyka – brak bodźców powoduje, że mózg próbuje zastąpić tę próżnię milionem myśli, lęków, wspomnień i planów. Wszystko to się intensyfikuje, bulgocze i nie daje spokoju.

Sny na opioidach nie są snami w zwykłym rozumieniu tego słowa. Leki te nie działają wprost przeciwbólowo, ale sprawiają, że ból staje się obojętny, tak jak obojętna staje się większość spraw, które nie pozwalają zasnąć.

Opioidy wprawiają organizm w stan, w którym senność rzeczywiście przychodzi, ale w momencie zapadania w sen, kiedy wiodczeją mięśnie i pozycja minimalizująca dokuczliwe doznania przechodzi na inną, ból znowu wraca i następuje przykre przebudzenie. Taki proces trwa dziesiątki razy w ciągu jednej nocy. Zasypiasz i po kilkudziesięciu sekundach się budzisz, zasypiasz i się budzisz, zasypiasz i budzisz.

Bezsenność w nocy, w ciągu dnia skutkuje obniżonym nastrojem, lenistwem, brakiem motywacji do działania, jak również ogólnie pesymistycznym stosunkiem do otaczającej rzeczywistości.

Po dwóch tygodniach niespania, w końcu przykrywam się kocem i zasypiam na 20 godzin. Budzę się zmęczony nienaturalnie długim snem, a nierozgrzane stawy wymagają długotrwałego treningu przed spacerem dłuższym niż te do i z łazienki.

Reklamy

Dreszczowcem w bezsennsość

Pomysł, aby na bezsenność dawkować dresszczowce, nie jest zbyt rozsądny. Coż poradzić na to, że wybierając na chybił-trafił filmy, najważniejszym kryterium decyzji pozostaje okładka? Dreszczowce mają najbardziej estetyczne i intrygujące okładki, a metody wzbudzania lęku, którymi dysponuje współczesna kinematografia, są doprawdy piorunujące. Podobnie jak zakazuje się niektórych filmów, których celem jest zbudzenie seksualnej pożądliwości, tak zakazane powinny być niektóre filmowe metody wzbudzania strachu. Czy to nie dziwne, że pobudzanie seksualne jest regulowane prawnie, natomiast straszyć można jak się tylko chce? Podniecenie seksualne i strach są uczuciami tak bardzo spokrewnionymi, że trudno się nadziwić, iż traktowane są w tak odmienny sposób. Żadnego z tych filmów, którymi próbowałem wystraszyć bezsenność, oczywiście nie obejrzałem do końca. I nie zamierzam obejrzeć. Wolę przewrotność, sarkazm, a przede wszystkim racjonalność, i – jak to ujął mój kolega – „heurystyczny indukcjonizm” Dra House’a.

Piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów

Marzyciel z „Auto da feEliasa Canettiego w uroczym domu w Supraślu, na samym skraju Puszczy. Z dnia na dzień jest coraz chłodniej, coraz bardziej szaro i smutno. Można by rzec, że  to wszystko domaga się, jak powiedziała mi niedawno znajoma, porządnej flaszki. Najlepiej Żołądkowej Gorzkiej – napoju najbardziej polskiego z polskich, choć z litewskim rodowodem. I najbardziej jesiennego z jesiennych. Kiedy wychodziłem z domu Gospodarza dzisiejszego spotkania i szedłem w kierunku samochodu, najbardziej w głowie zapadł mi zapach takiego miejsko-wiejskiego ganka, a potem mroźne powietrze pomieszane z zapachem dymu z kominów. Mróz dopadł szyby auta, zacieraliśmy z zimna ręce, kiedy grzał się silnik. Nalepiej mieli ci, którzy spróbowali łąckiej śliwowicy Krzysztofa. Kiedy przejeżdżaliśmy obok pięknie oświetlonego supraskiego kościoła, było już znośnie. W Białymstoku, na rogu Św. Wojciecha i Warszawskiej, drobna dziewczyna prowadziła pod rękę dwóch całkowicie nieprzytomnych, wielkich chłopców, a już w centrum, w okolicach Malmeda i Lipowej, piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów, pożeranych na ulicy, przy niedbale zaparkowanych samochodach, z sosem lejącym się po brodach coraz lepiej ubranych studentek i studentów.

Rytm dnia i nocy całkowicie zwichrowany. Duża część dnia przespana. Cieszy tylko renesans snów, które jednak dużo mówią o sobie. Podczas dzisiejszego przesypiania kolejnej depresyjnej doby obraz kolegi wyrzucającego w obecności osób trzecich moją bezczynność. Rozpaczliwe próby prostowania idą jak w próżnię.
Więc po północy czuję się, jakby była szesnasta. O godzinie zero dwunasta mam ochotę na lunch. To miasto nie oferuje o tej porze nic ponad cztery budy z kebabem. Więc wyjeżdżam na nocny cruising w poszukiwaniu pożywienia. Miasto żyje i pulsuje zwiększonym alkoholem tętnem studentów i licealistów. Śnieg lekko posypuje skulone sylwetki chłopaków w t-shirtach z H&M i levisach. Dziewczęta przed klubami w krótkich spódnicach próbują rozmawiać przez komórki, przerzucając je z ziębniętych prawych rąk do równie zziębniętych lewych. Kolejki przed kanapkarnią na rogu Lipowej i Malmeda. Wszystko to przypominałoby Ibizę o pierwszej nad ranem, gdyby nie te minus dwa stopnie Celsjusza i śnieg. Tłumy przetaczające się z M7 do Loftu, z Yyzzy do Tunelu, z Cabaretu na Strych. Taksówki podjeżdżające pod drzwi klubów na Kilińskiego, usługa dla tych, których ta noc już dostatecznie zmęczyła lub dla tych, którzy osiągnęli, co planowali. O trzeciej, czwartej, w klubach pozostaną ci, którym jest wszystko jedno.
Fotografia przedstawia Lalki w październiku 2005. Nam nie było wszystko jedno. To żart.