Gnojek

Przez ostatnie cztery dni dzieliłem szpitalną salę z osiemnastoletnim  gnojkiem z Warszawy.

K. cerpi na wrodzoną łamliwość kości. Takich złamań miał już w życiu trzydzieści. Stoi przy oknie i – trach! – piszczel. Otwiera auto – trach! – ramię. I tak przez całe życie. Zanim zdiagnozowano mu tę łamliwość, K. zdążył już złamać się wielokrotnie. I teraz też się łamie.

To znaczy, właśnie o to chodzi, że się nie łamie.

Obserwowałem tego gnojka przez te kilka dni bardzo uważnie. Przebywając z konieczności dwadzieścia cztery godziny na dobę w jednym pomieszczeniu, musieliśmy ustalić między sobą pewne relacje. Dzięki jego bystrości i czemuś, co  stanowiło niezwykłe połączenie skromności, inteligencji, pokory, ale też takiej gówniarskiej bezczelności, traktowaliśmy się po partnersku, jednocześnie zachowując pewne naturalne dystanse wynikające z różnicy wieku, wykształcenia i doświadczeń. Słuchał mnie z nieudawaną uwagą, kiedy popisywałem się pseudoerudycyjnymi akrobacjami, ale zawsze miał coś do dodania.

K. to – wbrew temu, co piszą gazety – typowy prawicowiec. Prywatne katolickie liceum, rodzina lekarska, kościół co niedziela, prawdopodobnie jakieś szlacheckie rodowody. Mieszka gdzieś pod Warszawą (pewnie domek z ogrodem w jakimś Komorowie, Kostancinie albo Podkowie Leśnej), ale mówi, że nie zna nikogo, kto by głosował na PO. K. stanowi żywy dowód na to, że posiadając mocny kręgosłup moralny, system wartości, fundament poglądów politycznych, można nie popaść w niezdrowy dogmatyzm.

Prowadziłem z tym gnojkiem dyskusje, których nigdy bym się przed nikim nie powstydził. Chujowy interlokutor sprawia, że sam stajesz się chujowym interlokutorem. Dyskusje z K. były inspirujące, twórcze i ciekawe. Otwarty umysł, odważny, ale pozbawiony zacietrzewienia, wyposażony w pewien zasób wiedzy koniecznej, ale pozbawiony tego całego ogromu wiedzy niepotrzebnej.

Nie miałem najmniejszej ochoty zmieniać tego gnojka, bo widziałem, jak rozmawiając z nim, sam się rozwijam.

Reklamy

Za miastem

Do takich miejscowości docierają tylko podmiejskie pociągi osobowe i zakurzone marszrutki. W głębi sosnowych lasów oddzielonych od świata wysokimi, bielonymi ogrodzeniami, stoją jednokondygnacyjne rozległe domy z szerokimi podjazdami garaży, czerwoną dachówką i zadbanymi ogrodami. Mieszkańcy tych miejscowości wyjeżdżają codziennie o ósmej i o ósmej wracają japońskimi suvami, do miasta i z powrotem. Lekarze, prawnicy, biznesmeni. Inteligencja, dziennikarze, potomkowie drobnej szlachty, trochę nowobogackiego buractwa, ale nie na tyle, aby zabić nobliwy charakter tego miejsca.

Z brudnych marszrutek i ponurej podmiejskiej kolejki korzystają uczniowie kształcący się w ten osobliwy sposób w samodzielości. Z miasta to jedyne trzynaście krótkich minut, dwa przystanki i pociąg zatrzymuje się na długim, opustoszałym peronie. Jeszcze rok temu przy kolejowym przejeździe siedział dróżnik, ale teraz szlabany zamykają się automatycznie.

Założę się, że przed wojną, tak jak w „Pożegnaniach” Dygata, zbłądzeni kochankowie zapoznani sobotniej nocy na tańcach w restauracji Astoria mogli w niedzielę, świtem, wsiąść w taki pociąg do takiej miejscowości, by w wybranej na chybił trafił willi otoczonej sosnowym lasem poprosić o dyskretny nocleg, bez zbędnych pytań i niepotrzebnych odpowiedzi.

Yukio Mishima „Zimny płomień”

zimny-plomien_yukio-mishimaimages_big25978-83-247-0398-2Rekomendacja bardzo nieoczywista: Jadwiga Staniszkis w swojej książce autobiograficznej wymienia Mishimę w gronie swoich ulubionych autorów. Jako że autorefleksyjność Staniszkis robi na mnie piorunujące wrażenie, postanowiłem spradzić pisanie kogoś, kto robi piorunujące wrażenie na Staniszkis.

Yukio Mishima to postać bardzo wyjątkowa, głównie ze względu na okoliczności nieoczekiwanej śmierci. 25 listopada 1975 roku popełnia rytualne samobóstwo sepuku poprzez rozcięcie sztyletem swojego brzucha.

Zbiór opowiadań „Zimny płomień” dostarcza czytelnikowi przeglądu bogatej twórczości Mishimy. Książkę rozpoczyna klasyczne w budowie, wycyzelowane do najdrobniejszego szczegółu, subtelne i jednocześnie głębokie opowiadanie o tytule takim samym jak cała książka. Widać w nim chyba najlepiej, w jak genialny sposób za pomocą powściągliwej stylistyki potrafi Mishima konstruować sytuacje o ekstremalnym emocjonalnie natężeniu. Fabuła „Zimnego płomienia” rozgrywa się w kontekście tradycyjnego japońskiego teatru kabuki i opowiada historię homoseksualnych relacji pomiędzy znakomitym aktorem ról damskich Magiku, młodym reżyserem Kawasakim, a teatralnym asystentem Masuyamą, obserwującemu rozwijający się romans. Choć historia kipi emocjami miłości, zazdrości, lęku i radości, skonstruowana jest z wielkim pietyzmem i wyczuciem literackiej przestrzeni.

Tytułowe opowiadanie jest maksymalnie klarowne i przejrzyste kompozycyjnie, a jednocześnie przesycone ogromnymi emocjami. Podobne rzeczy można napisać o wszystkich pozostałych utworach składających się na ten zbiór. „Przejść wszystkie mosty” oparte jest na XVIII-wiecznej japońskiej tragedii. Szczególne wrażenie robi „Umiłowanie ojczyzny”, gdzie Mishima z niesłychaną precyzją opisuje swoje własne samobójstwo. „Perła” z kolei oparta jest na prostym schemacie kryminalnym. Banalna zguba (którą jest tytułowa perła) staje się punktem wyjścia ku budowie misternej konstrukcji podejrzeń, oskarżeń, skrywanych bądź wyrzucanych z impetem emocji.

Pisarstwo Mishimy jest jednocześnie lekkie i monumentalne, cyniczne i poważne, ulotne i ważne. Czy japoński pisarz zręcznie manipuluje tymi kategoriami, z kunsztem godnym geniusza literatury między nimi się porusza, czy też jego pisarstwo jest ponad tymi pojęciami, gdzieś o wiele, wiele wyżej?

Niedzielny spacer

Ostatnia niedziela listopada była bardzo stateczna i – no właśnie, trudno użyć na określenie tej niedzieli innego słowa niż „niedzielna”. Co prawda, bez kościoła i rodzinnego rosołu, tak jak kilkanaście lat temu, kiedy przy tych rosołach cała rodzina oglądała dramatyczne losy niewolnicy Isaury. Coś, czego oglądanie dzisiaj wzbierałoby na mdłości, wtedy wzbudzało silne emocje. Nie pamiętam, czy moje też, ale z dużym prawdopodobieństwem tak.

dscf1156Spokojnemu przechodzeniu „od” „do” towarzyszy od dwóch dni nowa płyta Nosowskiej z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Prawie cała absolutnie cudowna. Aż się chce kilka minut po północy zalać yerba mate, poczekać na energię i oddać pisaniu. Po odrobieniu zawodowo naukowych obowiązków, około pierwszej nad ranem, można poświęcić sie publicystyce. Po takich wysiłkach wyjątkowo udaje się w miarę łatwo zasnąć, z bilansem dnia następującym: kilka stron o Popperze, dwanaście tysięcy znaków o rządzeniu i dziesięć o konsutacjach społecznych oraz psuciu demokracji (wszystko to liczone ze spacjami).

dscf1194A przed tym wszystkim forsowny spacer leśnymi dróżkami między Supraślem a Ogrodniczkami, wokół wysuszonej Komosy. To piękne jezioro wygląda teraz jak krajobraz po apokalipsie. Aż trudno uwierzyć, że dwa miesiące wcześniej siedziało się tu i patrzyło na pływające kaczki. A w przypływie weekendowego szaleństwa i fantazji, przyjeżdżało sporo po pierwszej w nocy, w późno-letnie wrześniowe, jasne noce, aby się kąpać.

Ekspertyza

Brak snu jest oczywisty i zrozumiały. Sposobem na złe i uporczywe myśli jest praca – nawet, jeśli dotyczy baraków z blachy i ich społecznych implikacji. Więc, pomimo trzech godzin snu, szybka ucieczka z domu i wtedy, gdy chrześcijanie w niedzielnych strojach (chłopcy – ciemne spodnie, czarne spodnie pod kant i biała koszula, koniecznie w te spodnie; dziewczęta w białych rajstopach i sukienkach z ramączkami) tłumami ciągną do swoich świątyń, ja biegnę na kawę, najpierw dwie espresso, potem latte dla podtrzymania efektu. Pisanie sprawia przyjemność, szczególnie w pomieszczeniu z klimatyzacją i bezprzewodowym internetem, kiedy za oknem prawie trzydzieści w cieniu. Myśl o kontenerach mieszkalnych pozwala na chwilę uciekać od myśli o mniejszych i większych klęskach (które i tak w końcu zdołamy przekuć w wiktorie, w końcu po dwudziestce jest dopiero osiem, a nie dziesięć lat, więc to nie ostatnia szansa-stacja).