Codziennik trzeci

DSC_2081

Lubię przemierzać samochodem ten stary trakt łączący przed wojną Białystok z Warszawą. Jego początek jest w Starosielcach. Omija on Choroszcz od Południa i potem leci prosto aż ku przeprawie na Narwi. Tyle, że mostu tam już nie ma i pewnie nigdy nie będzie.

Przesądni ludzie uważają, że jak odbudują most, to po jedenastu latach przyjdzie III wojna światowa. Bo jak pierwszy raz zbudowali, przyszła pierwsza wojna, a jak pierwszy raz odbudowali, przyszła druga. Według Barejowskiej przepowiedni „przed wojną tyz był węgiel”.

Mostu pod Kruszewem nie ma, ale jest ciągnąca się przez ponad kilometr i kończąca się ślepo grobla z pokrzywą, dzikimi jabłoniami poobrastanymi czerwonymi piłeczkami do ping-ponga, berberysami, dzikimi jeżynami i czarnym bzem.

Właśnie po czarny bez tam dzisiaj pojechałem. Zaraz za miastem, w Krupnikach, wpadł chwilę wcześniej do rowu autobus z dziećmi, więc musiałem zawrócić i pojechać przez Choroszcz. Choroszcz, która niedługo stanie się w końcu normalnym miastem i będzie miała w końcu normalny rynek.

Dojechałem do początku wysypanej piaskiem i gruzem grobli i ruszyłem pieszo, prostą drogą ku urwanemu przęsłu. Minąłem faceta, który klęcząc zbierał dzikie jeżyny na wino. Powiedział, że w zeszłym roku poczęstował nim Króla Wina z Mielnika Rolnika co Szukał Żony.

– Król Korol powiedział, że „zajebiste” – stwierdził z dumą i podciągnął na do góry czarny dół od dresu.

Poszedłem dalej, a potem zszedłem w dół, ku rzece. Idzie się tam wydeptanymi, wąskimi, podmokłymi ścieżkami, po deskach przerzuconych nad co bardziej podmokłym terenem, a trawa albo trzcina sięga wysoko ponad głowę. Wszędzie latają ważki i motyle. Co chwilę ścieżka się rozgałęzia i tylko po tym, że jest jest ranek, a słońce świeci w plecy, można być pewnym, że idzie się na zachód – ku rzece.

DSC_2112

Byłem tam dziś o dziesiątej – przez kilka minut – małym chłopcem. I to było warto poczuć jeszcze raz po tylu latach.

Potem dochodzi się do brzegu, gdzie jest miejsce po ognisku, niewielkie zejście do wody, a obok kołysze się przywiązana sznurem do brzegu zardzewiała łódka wypełniona do połowy wodą. Jest tak spokojnie i cicho, że chciałoby się tam zostać na cały dzień. A wieczorem rozpalić ognisko i piec kiełbasę zwyczajną na olchowych patykach. Rozstawić namiot, albo siedząc na kawałku konaru drzewa doczekać do rana.

Wracając, nie spotkałem już producenta wina z dzikich jeżyn. Nazrywałem pół torby czarnego bzu z krzewów rosnących przy grobli. Zrobiłem z niego sok. Podobno zdrowy. Na pewno smaczny, bo właśnie to sprawdzam.

DSC_2100

Reklamy

Najlepszy kartoffelpuffer podają w Narwi

DSC_9858

Ilekroć przejeżdżałem przez Narew w drodze z lub do szpitala w Hajnówce, tudzież w innych celach, piekielnie nieudany, tandetny szyld Restauracji „Piekielna Kuchnia” wzdrygał mnie od tego miejsca. To bodaj jedyne miejsce w tym zdegradowanym mieście, gdzie można coś zjeść. Zdegradowanym, ale przywróconym na prostą dzięki fabryce maszyn rolniczych Pronar, której częścią jest też ta restauracja. Restauracja, która kojarzyła mi się zawsze z najgorszymi stereotypami takich lokali – z dźwiękiem dzwoneczka mikrofalówki dobiegającym z kuchni, z nieświeżą świeżynką, surówkami niepierwszej jakości podawanymi kolejnym klientom, którzy nie chcieli ich nawet ruszyć końcem widelca, z zapiekankami z zamrażarki, z brudem i smrodem.

Toteż wielkim pozytywnym zaskoczeniem okazała się wczorajsza wizyta w Restauracji „Piekielna kuchnia”. Wystrój jak wystrój, takie quasi-białoruskie standardy są w warunkach podlaskiego pogranicza typowe. Musi się błyszczeć, ale musi też być czysto. Kwestia gustu. Natomiast co do poziomu żywienia w tym miejscu nie ma miejsca na żadne dyskusje. Tak zwany „czarci placek”, który zamówiłem, został przez panią kelnerkę skromnie zaanonsowany jako „placek ziemniaczany z mięsem”, jednak powiedzieć tak o tym, co zobaczyłem i jadłem, to nie nie powiedzieć nic. Po kilku chwilach oczekiwania postawiono przede mną talerz z wielkości dużej patelni i grubości 1,5 centymetra, puszystym, doskonale przyprawionym (nie przesolonym!) wielkim kartoffelpufferem złożonym na pół. W środku znajdowało się przyrządzone na ostro mięso z papryką w pomidorowym sosie. Zaprawdę, powiadam Wam, nie jadłem jeszcze nigdy takiego dobrego placka z kartofli, a ów farsz, srogo ostry, spełniałby wszelkie wymogi dobrej, wielkomiejskiej restauracji. Wiem, jak trudno jest zrobić danie, które jest piekielnie ostre, a jednocześnie ma to coś poza ostrością. Ten placek miał wszystko, co powinien, a nawet więcej.

Mój wielki czarci placek, który mógłby być daniem dla dwóch osób, kosztował 16 złotych. Zamówiona przez moją towarzyszkę karkówka również nie pozostawiała wątpliwości, że oto mam do czynienia z pierwszym od dawna odkryciem na kulinarnej mapie moich okolic. W tym tandetnym budynku ozdobionym obrzydliwym szyldem gotuje ktoś, kto już dawno powinien rządzić w kuchniach wielkomiejskich restauracji. Kimkolwiek ona/on jest, chylę jej/mu czoła.

Puchły

Ze wsią Puchły nad Narwią wiąże się niezwykle fascynująca legenda, którą o stosunkach białoruskich na Podlasiu mówi więcej, niż niejeden traktat socjologiczny. Miejscowi opowiadają, że w tym uroczym miejscu istniał niegdyś wielki majątek zarządzany przez greckokatolickiego dziedzica. Traktował on prawosławnych poddanych okrutnie, próbował nawrócić ich na obrządek unicki. Ci modlili się żarliwie do Matki Bożej, która na znak, że słucha ich modlitw, objawiła na lipie swą ikonę – Ikonę Pokrowy Przenajświętszej Dziewicy.

Puchły to niezwykłe miejsce. Wieś jest położona na skrzyżowaniu trzech dróg. Na zachód są Ciełuszki i Kaniuki, na północ – Soce i Ryboły, a jadąc na wschód, dojedzie się do Trześcianki. Od południa Puchły oblewa melancholijna o tej porze Narew. To skrzyżowanie, z którego można pojechać, gdzie się chce, to zwykły piaszczysty ‚skrajdróg’ z drewnianym krzyżem, na którym wznieca się tuman piasku przy każdym przejechaniu. Ponoć do dziś na tym skrzyżowaniu pojawia się wieczorami duch okrutnego greckokatolickiego dziedzica.

W takim miejscu białorusko-ukraińskie tarcie czuje się bardzo mocno. Bo przecież to, co na północ od Puchł, to definitywnie białoruskość, a to, co za rzeką, to już dialekty poleszucko-ukraińskie. Fajnie by było zamieszkać w takim miejscu. Kiedy wysiadłem z samochodu pod monumentalną jak na tak małą miejscowość cerkiew, dostałem wszystko, czego oczekiwałem. Przede wszystkim ciszę i zapach bliskiej rzeki. Przypadkowych ludzi mówiących „dzień dobry” i błogosławiony jak Przenajświętsza Dziewica spokój. Byłoby świetnie mieć to na codzień i w większych ilościach.

Ostatnie lipcowe szwędactwo

To była wycieczka pod znakiem opuszczonych domóstw i starców na przydrożnych ławeczkach. Potrzebowałem jak największego zmęczenia i jak najmniej myślenia o czymkolwiek ważnym. Potrzebowałem kilkunastu litrów paliwa i jak największej ilości krajobrazów za szybą samochodu.

Południe tego regionu jest jednocześnie podobne i zupełnie inne od wschodu, od okolicy Krynek, w których ostatnio tak często bywałem. Za Supraślem zaczyna się puszcza, a dalej – zdegradowane, wyludnione, często zaniedbane i smutne miejscowości, które wszelcy bogowie opuścili.

Kiedy przejechałem przez Juchnowiec Kościelny, minąłem Wojszki i przejechałem przez brukowaną ulicę wiodącą do mostu na Narwi. Tam krótki kawałek dziewiętnastką i skręciłem w miejscowość Hryniewicze Duże. Stamtąd łatwo było się dostać do Orli. Chciałem jeszcze raz zobaczyć to żydowskie miasteczko. Zanim tam dotarłem, przejechałem przez trzy absolutnie zachwycające wioski: Rzepniewo, Knorozy i Zubowo. Położone kilka kilometrów od Bielska Podlaskiego, absolutnie zadbane i przyjazne. Uśmiechający się starcy siedzący na przypłotowych ławeczkach, dzieciaki zabawiające się na środku rzadko uczęszczanej ulicy. Zapach przydomowych ogrodów, a kiedy się wyjeżdża poza granice – odurzający, absolutnie zachwycający zapach skoszonego siana.

Przecinając drogi Bielsk Podlaski-Narew i Bielsk Podlaski-Hajnówka, wjeżdża się na obszar bardzo egzotyczny. Przypominają o tym kolorowe krzyże z napisami cyrylicą, cukierkowe domy w Pasynkach, prawosławne cerkiewki i kaplice. Miejscowości zamieszkałe w większości przez ludność prawosławną różnią się od tych „katolickich” czystością, porządkiem, dbałością o design, o przydomowe ozdoby i ogrody. W prawosławnych miejscowościach domy stoją bliżej siebie, a ich uporządkowanie jest rozkosznie przewidywalne.

Docieram do Orli. Chcę zobaczyć z bliska tę ocalałą wielką synagogę w samym centrum. Nie wysiadam jednak z samochodu. Zawsze, gdy tam jestem przed zmierzchem, kiedy na placu przed budynkiem kręcą się szczeniaki na rowerach i lokalni pijaczkowie, czuję niepewność, czy powinienem wysiąść. Ci przesiadujący na orlańskim skwerku, będącym kiedyś dużym rynkiem, najprawdopodobniej nie lubią obcych. Można ich rozumieć, wprowadzili się tutaj w zasadzie dwa pokolenia wstecz. Czują się niepewnie w tej nowej sytuacji. Dużo przyjemniej jest w okolicznych wioskach, gdzie ludność zamieszkuje je od stuleci.

Wracam przez Ploski, piękne Kiejniki z wielką cerkwią w samym centrum. Wreszcie rozumiem, co łączy wszystkie miejsca, które dzisiaj odwiedziłem: starcy na ławkach, kilkuletnie dzieciaki przeskakujące przez ulicę i opuszczone, drewniane domy. Były wszędzie, gdzie się pojawiłem. Czwartkowe popołudnia mijają tym ludziom na długich rozmowach przed swoimi domami i dziecięcych zabawach, bieganiu wokół domu, jeżdżeniu na rowerze. To życie obracające się wokół bardzo prostych spraw, nie ograniczone planem dnia, czy brakiem pieniędzy. Wracam do cywilizacji przejeżdżając obok wielkiej fabryki maszyn w Narwi. Ta miejscowość to prawdziwy fenomen, bo- z jednej strony – tradycyjna, żydowsko-prawosławo-katolicka. Z drugiej strony większość mieszkańców, a prawie wszyscy mężczyźni, pracują w tym Pronarze. Zastanawiam się, czy taka dominacja nie uderza jakoś w specyfikę takiego miejsca.

Dwieście kilometrów, pożądane zmęczenie. Piękny zachód słońca nad mostem w Narwi. Szaleniec za kierownicą w Zabłudowie, galeria Biała na horyzoncie, kiedy wjeżdżam do miasta.