Jeszcze goździki poproszę

No więc jesień równa się goździki. Nie pamiętam, kto mi sprzedał ten patent z goździkami. Kiedy robi się zimno, kupujesz w spożywczym całe opakowanie. I wkładasz do bocznej kieszeni kurtki, torby, czegokolwiek. I jak wychodzisz z domu, a wiatr zaczyna przeszywać twoje ciało, wkładasz jedno takie maleństwo pod język. Po kilku chwilach staje się miękkie, a po buzi rozlewa się rozkoszny, słodko-gorzki smak. Smak, który działa antyseptycznie, przeciwbólowo, odświeżająco. Ale przede wszystkim sprawia, że zaczynasz ogarniać tę jesień wszystkimi zmysłami. I już rozumiesz, jak ponuro i jednocześnie uroczo polska jest to pora roku. „A u was nuda i bieda, myszy, deszcz i Polska”, czytasz u Gałczyńskiego. A potem przypominasz sobie te wszystkie gorzkie lektury, tego Hłaskę i Świetlickiego, te naiwne polskie zespoły rockowe, te teksty nasuwające się na usta przy każdej okazji, każdym nieodebranym telefonie, niejednoznacznym esemesie, nieobecności wśród aktywnych na Facebooku, przy każdej kawie pitej w knajpie. Czujesz zapach tych słów w grzanym winie w Lalkach, w woni orzechówki, kiedy niedługo przed północą zamawiasz pięćdziesiątkę tylko po to, aby ją powąchać, zarzucić płaszcz, wcisnąć w uszy słuchawki i wyjść w ogarnięte mgłą miasto. I wreszcie to coś pomiędzy infantylnością, szczerością i głębokim strachem przed rozczarowaniem przestaje ci przeszkadzać, bo wiesz, że rodząc się w tym kraju zostałeś skazany na te wielomiesięczne, smutne miesiące słoty i marazmu, kiedy jedyną pociechą są te drobne, krótkotrwałe przyjemności. Te kilkanaście minut spędzonych razem w samochodzie, ten zapach wódki orzechowej, to grzane wino w Lalkach, ten smak goździka pod językiem.

Reklamy

Muzyczne nadwiślańskie milestones

Koniec roku to czas różnych podsumowań. Grudzień sprzyja przeróżnym bilansom, a w czasach, kiedy wszystko mierzy się jakąś wartością, bilansowi można poddać praktycznie cokolwiek. Na Podlasiu czasu na bilanse jest szczególnie dużo, bo tutejsze Godowe trwa od przesilenia zimowego do prawie połowy stycznia, w związku z równouprawnieniem dwóch dominujących tutaj wyznań.

Korzystając z dobrodziejstw internetu postanowiłem przywołać sobie najsilniejsze momenty muzycznego „zapętlenia”, w które zdarzyło mi się kilkukrotne wprawić. Chodzi o czas, w którym przyczepia się do ciebie jakaś piosenka, a nie tylko tak, że chodzi po twojej głowie przez wiele dni i nie chcę się odczepić, wystukuje rytm Twoich kroków i podsuwa swoje frazy w codziennych rozmowach. Chodzi o te piosenki, które nie tylko pozostają tu i teraz, ale słuchane z perspektywy lat przywołują najbardziej osobiste i ważne wspomnienia, nastroje, sytuacje.

W moim przypadku pierwszą taką piosenką był „King” zespołu T.Love. Oczywiście dla czternastolatka ta cała subtelna warstwa socjologiczna opowieści o ousiderze z Częstochowy, który na bakier ma i  z czarnym i z czerwonym, stanowi terra incognita. Płyta „King„, której słuchałem podczas długich i gorących wakacji w Olecku, zarzynając prosty walkman połykający co kilkanaście przesłuchań magnetyczną taśmę, strona A, strona B, otworzyła mi oczy na fakt, że jest inna muzyka od piosenek New Kids On The Block. To właśnie po tym gorącym lecie w Olecku, z dzikością w sercu, znajomą motorniczego panią z dołu, jesienią poszedłem na pierwszy w życiu koncert już wtedy ulubionego zespołu. Gdzieś tam zresztą już pisałem o tym magdalenkowym wydarzeniu.

Dopiero jakiś czas później zdałem sobie sprawę, że „King” to opowieść o polskiej  rzeczywistości początku lat dziewięćdziesiątych. Kiedy bodajże w dziewięćdziesiątym drugim przyjechał do Polski papież, został przywitany jak na Polaków nader chłodno. Euforia po Okrągłym Stole się skończyła, kto miał się dorobić, już się dorobił, ludzie czuli, że „po czerwonym przyszedł czarny”, w telewizji Niesiołowski z Zawiszą prowadzili krucjatę przeciwko prezerwatywom. Było smutno i straszno, trochę jak w filmie Balanga, który pojawia się w teledysku do Kinga. I tak jak wolę ten „uniwersalistyczny” T.Love śpiewający o miłości i pozytywnej energii, a Staszczyk-publicysta do dzisiaj mnie nieco mierzi, tak do Kinga mam ogromny sentyment do dzisiaj.

„King” i parę innych piosenek T.Love to żelazny repertuar wszelkich ognisk z gitarą. Takich imprez było sporo w liceum, między innymi niezapomniane całonocne późnoletnie klasowe wypady do Ogrodniczek. Z tymi szczeniackimi, szesnastoletnimi wygłupami, niezmiennie kojarzy mi się nieco już dzisiaj zapomniany film PasikowskiegoSłodko-gorzki„. Debiutująca w nim Anita Werner, dzisiaj zimna i zdystansowana dziennikarska, w tym filmie również była zimna i zdystansowana wobec zakochujących się w niej bez opamietania chłopców, ale działało to zupełnie inaczej, niż teraz. Strasznie bym chciał zobaczyć ten film jeszcze raz. A wspomnienia związane z tą piosenką są dokładnie takie, jak fabuła filmu: licealne zauroczenia, mur szkoły, osiemnaste urodziny spędzane na szkolnym boisku, ogniska z tanim winem, z których wracało się porannymi autobusami, razem z pracownikami rannych zmian jadącymi do pracy. Oni – zaspani, z drugim śniadaniem w plastikowych reklamówkach, my z tymi boobijanymi o drzewa gitarami, nogawkami w błocie, cali przesiąknięci zapachem ogniska.

O Grabażu przeczytałem po raz pierwszy w książce „Dzieci Rewolucji” Staszczyka, kiedy o Pidżamie Porno jeszcze mało kto słyszał. Potem wydali Złodziei Zapaliczek i Styropian, z którego pochodzi ta piosenka. Uważam, że pod względem lirycznym piosenka „Gdy zostajesz u mnie na noc” to absolutne mistrzostwo świata. Od oryginalnej wersji wolę taką mniej znaną, wolniejszą, nagraną z akompaniamentem skrzypiec. To, oczywiście, też licealne czasy, w których nie miało się czasu na taksówki i trudno było o własne mieszkanie. Stąd może wracając o trzeciej nad ranem na nogach z piątkowo-sobotniej lalkowo-strychowo-mandalowej krucjaty, psychoanalityczny mechanizm projekcji przywoływał na myśl „gdy zostajesz u mnie na noc”. Pobożne życzenie licealisty mieszkającego z rodzicami, którego największym sukcesem jest wywalczenie prawa wracania do domu kiedy się chce.

Z nastepną piosenką mam ogromny problem, podobnie jak problem mam z zespołem, który ją wykonuje. Bo jak można powiedzieć „chciałbym umrzeć z miłości” nie narażając się o banał? A może właśnie o to chodzi, aby nie tyle otrzeć się o trywialność, ale wejść w nią całym impetem? Bo, przy całej swojej banalności, ta piosenka jest niesamowicie prawdziwa i piękna. Arturowi udało się w tej piosence opowiedzieć o sprawach ostatecznych bez ryzykownego wspinania się na wyżyny wysublimowanych metafor, nawiązań literackich itp. To dobra piosenka wtedy, kiedy nie chcemy myśleć ani o sobie, ani o problemach ludzkości, ale po prostu o tym Drugim, tej Drugiej, tym Drogim, tej Drogiej.

Nigdy nie miałem awersji do wartości takich jak naród, ojczyzna, Polska. Obok religii, więzi narodowe są jedynym spoiwem trzymającym to nasze społeczeństwo. Bez tego wszystko rozpierzchłoby się w pył. Powstanie Warszawskie jest najlepszym przykładem: skoro gigantyczną rzeź i spektakularną w skali świata porażkę narodową przyjmujemy za mit fundujący naszą narodową tożsamość, to świadczy to przecież między innymi o braku jakichkolwiek innych spoiw, jak kapitał społeczny, zaufanie, etos przedsiębiorczości, humanitaryzm.

Niedawno przeczytałem w Newsweeku, że zdenerwowanym kierowcom stojącym w korku uaktywniają się gadzie ośrodki w mózgu. Podejrzewam, że podobne, gadzie, instynkty, wywołują w nas wzruszenia narodowe: podczas meczów piłkarskich, skoków Adama Małysza czy też słuchania piosenek o powstaniu warszawskim Lao Che. Słuchałem tej płyty podczas moich podróży do Niemiec i prawdopodobnie uruchamiały się w mojej głowie podobne mechanizmy odczuć patriotycznych, które uruchamiają się kibicom pod Wielką Krokwią patrzących z dumą na szybującego Małysza. Nie sądzę jednak, aby było w tym coś złego. Podejrzewam wręcz, że Lao Che zrobiło tą płytą więcej dla tworzenia się tożsamości narodowej Polaków, niż większość obecnych polityków, poetów i pisarzy razem wziętych. Oczywiście, można się zastanawiać, na ile „witamy w krainie, w której Fryco ginie” wykrzyczane przez tysiące uczestników festiwalu w Kostrzyniu nad Odrą, było manifestacją dumy, a na ile oznaką resentymentu wobec sąsiadów zza rzeki. W każdym razie, moje subiektywne odczucia podczas słuchania tej piosenki są subiektywnie szczere i głębokie.

Lao Che i Pezet to zupełnie różne światy muzyczne, w tym jednak przypadku zaskakująco ze sobą zbieżne. Pomyślałem, że na studia właśnie idą ludzie urodzeni w roku 1989, nie posiadający żadnych, nawet podświadomych, doświadczeń związanych z PRL-em. „Szósty zmysł” Pezeta to jeden z lepszych socjologicznych obrazów pokolenia tkwiącego w rozkroku – z dzieciństwem zanurzonym w szarzyznę kolejek po mięso, oczekiwaniem na nienadany Teleranek, wychowanym na 5-10-15 w telewizji, napojach sprzedawanych z foliowych torebek, w które wbijało się z atencją  słomki i wiele innych peerelowskich reminiscencji życia w niedostatku, recesji bez końca. Dzieciństwo w PRL-u, ale młodość już w „nowych” czasach. „Pierwsze nowe pokolenie skażone PRL-em”. Pamiętam fragment filmu LatkowskiegoBlokersi„, gdzie Pezet naśmiewa się z artykułu dra Pęczaka, socjologa piszącego w Polityce o młodzieży. Trochę to przewrotne, ale w tej piosence Pezet wykazuje się zmysłem socjologicznym na wysokim poziomie, a poza tym – co wszyscy wiedzą – jest wielkimi hiphopowym poetą. A każdy, kto nie wierzy w „szósty zmysł” dzisiejszych polskich trzydziesto- i dwudziestoparolatków, niech sprawdzi, jak się bawią („czysta wódka, cały stół w ogórkach, browar i gorzka żołądkowa, ja zostaję tu do jutra”), popatrzy na ten świetny teledysk i przekona się, jak podobne są te dzisiejsze noce do długich nocy naszych rodziców.

A potem zacząłem jeździć samochodem, co momentami stawało się moim nałogiem. Z tego nałogu wyniosłem korzyści dwojakiego rodzaju: zawodowe i osobiste. Po pierwsze więc, odkryłem piękno prowincji. Małych wsi i miasteczek, w których wszystko zastyga i to, co ich mieszkańcy nazywają nudą, okazuje się fascynujące i wciągające. Takich miejsc są w Polsce tysiące, a w moich okolicach – setki. Wielki i senny rynek w Krynkach, gdzie można siedzieć godzinami łuszcząc pestki. Skrzyżowanie w Dwerniczku, skąd w prawo można pojechać do Zatwarnicy (tam droga się kończy) a w lewo, drewnianym mostem, do Dwernika. Na tym skrzyżowaniu można posiedzieć przy blaszanej wiacie wsłuchując się w szum Sanu za plecami, a jak to się znudzi, pójść kilkadziesiąt metrów pod górę do jedynego w swoim rodzaju bieszczadzkich sklepów (każdy, kto był, wie o co chodzi). Jest też ścieżka wzdłuż zalewu w Supraślu, gdzie wieczorami spacerują zakochani, a latem świerszcze grają tak głośno, jak chyba nigdzie.

Z takimi jesiennymi, małomiasteczkowymi nastrojami kojarzy mi się zespół Muzyka Końca Lata, a szczególnie piosenka „Żabi”, o tym, jak idziesz asfaltem pełnym porozjeżdżanych żab z jakiegoś niewinnego spotkania z dziewczyną i wszystko ci ją przypomina, a euforia zauroczenia na pewno nie da zasnąć w nocy. Mam wielki sentyment do tego prowincjonalnego zespołu z Mińska Mazowieckiego, ponieważ świetnie lustrują moje odkrycie wartości prowincji i poznanie we własnym wnętrzu tego czasami ukrywanego prowincjusza.

Zakochanie się w polskim zadupiu to nie ostatnia korzyść z wielogodzinnych samochodowych szwędactw. Druga jest bardzo indywidualna i osobista. Bo tak jak dzielę się z innymi moją miłością do Siemiatycz, Krynek, Supraśla czy Tykocina, tak samochód jako krótkotrwałe lecz skuteczne lekarstwo na przytłoczenie bieżącymi sprawami i problemami jest maścią na specjalne, indywidualne zamówienie. Czasami nie da się zrobić nic innego poza spontaniczną, kilkunastogodzinną samotną ucieczką. W góry lub nad morze. Najlepszym akompaniamentem dla takich wypraw były i są piosenki autystycznego Lesława z Komet. Takie, jak „W dżinsach i w swetrze”, gdzie dostajemy nagromadzenie elementów o ekstremalnym natężeniu emocjonalnym. Jest tu wszystko, co kojarzy się z wycieczką do nadmorskich kurortów poza sezonem. Na Helu jest teraz, późną jesienią lub zimą, najprzyjemniej. Są opustoszałe hotele i pensjonaty, przenikliwy wiatr i żadnych ludzi. Jest piasek w spodniach i wiklinowe kosze, w których nikt się nie opala. Najlepsze okoliczności, aby w grubym swetrze, z butelką wina „popatrzeć na gwiazdy przed snem”.

 

Mowa tutaj o muzycznych milestones. Pewnie podobną listę można by ułożyć, myśląc o ważnych miejscach. Bez wahania takim miejscem w moim przypadku są Bieszczady, a Otryt – szczególnie. Kłopot w tym, że z Bieszczadami wiązana jest tradycja muzyczna, z którą się zupełnie nie utożsamiam. Więcej, mógłbym wobec środowisk tak zwanej piosenki turystycznej wytoczyć kilka oskarżeń. Po pierwsze, trudno mi znaleźć jakąkolwiek płaszczyznę korespondencji pomiędzy estetyką zespołów w rodzaju Starego Dobrego Małżeństwa a specyfiką Bieszczad. Te góry są nieprzyjazne, ponure, szorstkie w kontakcie, myśląc zarówno o przyrodzie, jak i o ludziach. Tymczasem środowisko poezji śpiewanej opowiada o czymś zupełnie innym, niż Bieszczady w moim odczuciu są. Po drugie – i to zarzut poważniejszy, bo już nie subiektywny, uważam, że stworzony w latach osiemdziesiątych XX wieku mit Edwarda Stachury i całe środowisko jego wyznawców, bezwzględnie i bez skrupułów zabiły jego poezję, filozofię i muzykę. 

Dlatego mam tylko jedną piosenkę, którą śpiewam jadąc na Otryt. I ta piosenka najlepiej chyba pasuje do tego miejsca nie tylko dlatego, że ta góra jest jednym z bohaterów piosenki. KSU nie należą do moich ulubionych wykonawców, ale tutaj udało im się przekazać magnetyzującą moc Bieszczadów, którym łatwo jest dać się  uwieść, choć ich urok jest szorstki i – na szczęście – trudno o amatora dla tej panny.

 

Audycja

Dwunastego grudnia kolega zaprosił mnie do radia. Dostałem do dyspozycji dwie godziny eteru. To był smutny grudniowy wieczór, ponury i śliski zimnym deszczem. Pora i okoliczności, w których nie pozostaje nic innego, jak wyrzucić z siebie żółć, gorzki jad, marazm tego dziwnego czasu, kiedy od skończonych wakacji jest już dalej niż do znerwicowanych polskich świąt.
Piosenki z zapadłych prowincji Mazowsza i Podlasia. Muzyka końca lata, jesiennych depresji, niezdrowych przeciągów, katarów, gryp, tabletek na gardło, dropsów. Muzyka o niewysłanych listach do wakacyjnych miłości, o Miejskich Domach Kultury, przystankach PKS, sklepach z tanią odzieżą i budach z kebabem. Piosenki o prostych emocjach, jesiennych depresjach i młodzieżowym, słodko-gorzkim nastroju. Wesoło-smutne piosenki o marazmie i niedojrzałości.

Mówienie do mikrofonu, kiedy nad głową zapala się lampka „Antena”, ma w sobie coś magicznego. Jesteś Demiurgiem, zmieniasz świat. Mówisz do mikrofonu, a po drugiej stronie tysiące ludzi robią tysiące różnych rzeczy. Ty mówisz, a tam – po drugiej stronie – ludzie pracują, jadą samochodami, jedzą, śpią, kochają się. I ty jesteś w tym momencie bardzo blisko tych ludzi, nawiązujesz z nimi bardzo intymny kontakt. Niesamowite, bardzo miłe a jednocześnie niepokojące wrażenie.

Początek grudnia to zły czas na wesołe audycje z miłymi prezenterami i optymistyczną muzyką. Lato skończyło się na dobre, dzień jest przerażająco krótki, a do świąt jeszcze dużo czasu. O tej porze roku jest najwięcej samobójstw, najwięcej rozstań.

1. Andy „Nic z tego nie będzie” (2:59)

Spalę wszystkie zdjęcia, a i tak tutaj zostaniesz..

Piosenka „Nic z tego nie będzie” to manifest niedojrzałych miłości, o których już na starcie wiadomo, że „nic z tego nie będzie”. Nieudanych przedsięwzięć, w których kładzie się wszystko na szalę, a przed nieuchronną porażką nic nie jest nas w stanie uchronić. Jak wiele takich „Nic z tego nie będzie”- działań podejmowaliśmy… Życząc miłego odbioru, podejrzewam, że „Nic z tego nie będzie”…

Andy to zespół stworzony z samych dziewcząt, pierwszy rockowy girls-band w Polsce. Lideruje im przystojna blondynka Ania Dziewit, redaktorka pisma kulturalnego „Lampa”. Zresztą wszystkie dziewczęta wyglądają z gitarami bardzo korzystnie. Złośliwi mówią, że zespół lepiej wygląda, niż gra. Dużo w tym prawdy.

2. Usta Krwawiące Miłością „Kot” (2:36)

Gdy czarny kot czekał, by przebiec nam drogę, właśnie w ten bezwietrzny wieczór, właśnie wtedy chciałem powiedzieć Tobie, że uciekam przed tą miłością…

Usta Krwawiące Miłością piszą o sobie „chłopaki w najkach, dziewczyny w adidasach”. Grają olśniewającą muzykę, o której mówią: Melodramatic Popular Songs, Pop Punk, Western Swing. I wbrew pozorów hermetyczności jest to bardzo piosenkowe, słodkie, mądre i emocjonalne granie.

Ilość elementów „depresjojesiennych” jest tutaj znaczna: czarny kot przebiegający nam przed nogami, ucieczka przed miłością, wieczór, plucha. Coś co bardzo chcieliśmy komuś powiedzieć, a skończyło się jak zwykle…

3. Komety „Wyglądasz źle” (4:20)

Tylko na przełomie listopada i grudnia w pewnym sensie w dobrym tonie jest powiedzieć spotkanemu na ulicy lub w autobusie znajomemu: „Stary, wiesz co, wyglądasz dzisiaj naprawdę nienajlepiej”…. O tym opowiada piosenka Komet. Ta niezbyt optymistyczna sytuacja mogłaby wyglądać tak: zatłoczony autobus, jakaś piątka lub dwudziestka jedynka, jadący z blokowiska, jakichś Dziesięcin albo Zielonych Wzgórz do centrum. Dwaj znajomi, którzy stojąc wśród innych na pół śpiących, na pół żywych pasażerów są w stanie powiedzieć do siebie tylko „Wyglądasz źle”. Kiedyś, gdy byłem w liceum, podczas właśnie takiej podróży zimowym, niedogrzanym autobusem do liceum, policzyłem, że w czasie tych czterech lat uczęszczania do III LO w Białymstoku, zmarnowaliśmy w tych autobusach po równe 3 miesiące naszego młodego życia.

4. Komety „Spotkajmy się pod koniec sierpnia” (4:20)

Pozostańmy przy Kometach, by poziom zgorzknienia i marazmu nie osiągnął poziomu niebezpiecznego dla zdrowia, a za oknami naszych domów nie rozległy się echem dźwięki syren karetek pogotowia. Następna piosenka to pewna propozycja, w dużym stopni nawet, choć to nieodpowiednie słowo w tej audycji, propozycja pozytywna: „Spotkajmy się pod koniec sierpnia”, choć prawie wcale Cię nie znam i choć jedyne co Ci mogę zaproponować to spacer po łąkach w pobliżu bloku, w którym mieszkam.

5. Pałac Wujka Leszka „Wakacje” (3:35)

Koniec sierpnia, termin spotkania zaproponowany przez Lesława z Komet, to czas wakacji. Następna piosenka opowiada o wakacjach w Warszawie. Niestety nie jestem w stanie napisać o zespole Pałac Wujka Leszka nic ponad to, że jego wokalistka dysponuje wręcz genialną wadą wymowy, której wiele wokalistek powinno jej zazdrościć. Mam słabość do sepleniących wokalistów. Piosenka mówi o nieudanych wakacjach. Warto pamiętać, że to, o czym teraz tęsknimy, czyli o słońcu i temperaturach powyżej 25 stopni Celsjusza, w rzeczywistości było uciążliwością: koszulą przylegającą do pleców, oślepiającym słońcem, lepkim powietrzem zmieszanym ze smogiem, przykrymi zapachami w autobusach i sklepowych kolejkach itd….

Nigdy więcej wakacji….

6. Andy „Przypływ” (3:32)

Miły ja płaczę, gwiezdny alkohol
Ma posmak cierpki gorzki i przykry
Fala powraca szepcąc ci kocham
To przypływ miły, miły to przypływ

Druga piosenka zespołu Andy, do której słowa stanowi wiersz Władysława Broniewskiego. Do Broniewskiego mam stosunek bardzo osobisty. Przyjaźnie, przywiązania czy nawet miłości biorą się często ze sprzeciwu i przekory, budują się w kontraście wobec rzeczywistości. I ja tego Broniewskiego odkryłem i polubiłem z przekory wobec utartego przekonania, że jest to pisarz komunistyczny. Poza tą jego zaangażowaną poezją, która notabene również ma swój urok w tej swojej czterowersowej rytmice, żołnierskim tempie, Broniewski pisał również piękne teksty o sprawach o wiele bardziej uniwersalnych niż polityka.

Piosenka „Przypływ” mówi o tej znanej wielu nam, jeżeli nie wszystkim, fali gorąca, która otacza nas w momentach nagłego i radykalnego zetknięcia z Nieoczekiwanym.

Kochać to znaczy dotknąć zobaczyć, a Ciebie nie ma. Te słowa napisane przez Broniewskiego mówią po raz kolejny o niezrealizowanej potencjalności, o czymś, co na pozór bliskie, a w rzeczywistości dalekie. O czymś, co realizuje się w sztuce: w nie napisanych wierszach i nienagranych piosenkach.

7. Maki i Chłopaki „Albatrosy” (2:28)

Siedem dziewcząt z Albatrosa, ale ty najpiękniejsza, najpierw sto lat samotności, potem parę godzin szczęścia.

Taka postawa niezdecydowania, nieśmiałości, wstydu, widoczna jest w twórczości zespołu Maki i Chłopaki. Zespół powstał we wrześniu 2005 roku w Mrozach, (na Mazowszu, w pobliżu rzeki Witówki). W składzie są trzy osoby, których nazwisk nie ma sensu wymieniać, bo i tak nic Państwu nie powiedzą. Zespól gra proste bigbitowe piosenki. W sferze tekstowej dominują opowieści „o ciężkich losach współczesnych Janków Muzykantów, co zamiast skrzypiec maja gitary na prąd”.

Hej dziewczyny z Albatrosa, czemu chłopcy przez was nie śpią? Z zamkniętymi oczami trafię z Olszowej na Leśną…

W tej piosence pojawia się motyw lokalny. Podmiot liryczny wspomina o „dziewczętach z Albatrosa”, co jest aż nazbyt widocznym nawiązaniem do twórczości białostockiego barda Janusza Laskowskiego. Zaś rzeczony „Albatros” to kultowa restauracja z dansingiem na reprezentacyjnej ulicy Mostowej. Augustów jesienią sprawia przygnębiające wrażenie. Pustki na ulicach pełnych zabitych deskami restauracjach, mieszkańcy miasta w popłochu uciekający przed pędzącymi przez centrum ciężarówkami i zaoczni studenci-autostopowicze przy skrzyżowaniu na Białystok.

8. Muchy „Kołobrzeg-Świnoujście”

Nie wiem, czy oglądaliście film Andrzeja Wajdy „Niewinni czarodzieje”. Jeśli nie, to wyobraźcie sobie Warszawę lat 60-tych XX wieku, Tadeusz Łomnicki i Krystyna Stypułkowska. Oczywiście barwy czarno-białe, obskurne mieszkanie w starej kamienicy. Powiedzmy drugie lub trzecie piętro. On i ona spotykają się. Jej ucieka pociąg i jemu też… I sprawa robi się poważna… Aby tę interesującą sytuację ubrać w niezbędne konwenanse, postanawiają spisać umowę: Punkt pierwszy: kieliszek wódki, prezentacja imion. Punkt drugi: pierwszy pocałunek. Punkt trzeci: chwila inteligentnej rozmowy. Punkt czwarty: łóżko, tapczan….

9. Muzyka Końca Lata „W środę wieczorem” (3:45)

Z lat 60-tych przenieśmy się na początek XXI wieku. I rozpocznijmy od tapczanu lub łóżka, który jak się okazuje jest świetnym punktem wyjścia różnych życiowych intryg i historii. Następna piosenka, którą wykonuje zespół Muzyka Końca Lata, zaczyna się od w środę wieczorem kochali się i podejmuje temat emigracji zarobkowej Polaków, czyli sprawy na wskroś aktualne. On – zmuszony do emigracji zarobkowej zostawia Ją – spodziewającą się dziecka – w kraju z obietnicą powrotu.

10. Radio Bagdad „Londyn Wzywa” (3:37)

Kontynuujmy wątek emigracji „za chlebem”. Kolejna piosenka to polskojęzyczna adaptacja słynnego London Calling The Clash. Piosenkę wykonuje zespół Radio Bagdad. Co prawda niektóre z aspektów poruszanych w piosence nie są już zbyt aktualne, bo do Londynu nie jeździ się już autobusami, ale lata tanimi liniami lotniczymi i nie ma już kłopotów z paszportem na granicy, ale ten marszowy rytm piosenki, proletariackie zawadiactwo, brzmi bardzo autentycznie. Londyn czeka na falę nim ruszy polskich twarzy ściśniętych w autobusach… I przez cały czas Londyn przyciąga jak magnes żeliwo….

11. Płyny „Ne positiva situacione” (3:17)

Multo praca dla euro pana codzień tyram w baru od rana. Ta napisana grecko-polskim piosenka opowiada o doświadczeniach polskiego gastarbeitera na Cyprze. Nie wprowadza to podmiotu lirycznego w dobry nastrój, stąd tytuł Ne positiva situacjone.

12. Miłka Malzahn „Cień” (4:12)

Dwunaste nagranie audycji przypadło bardzo wyjątkowej i niedocenionej postaci polskiej sceny: Miłce Malzahn, która poza śpiewaniem uroczych poetyckich piosenek zajmuje się prowadzeniem audycji w Radio Białystok. I muszę przyznać, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, gdy usłyszałem Miłkę na antenie naszego radia. To bardzo przyjemne pomyśleć, że tak wrażliwe i wyjątkowe osoby chodzą ulicami mojego miasta.

Piosenka „Cień” kontynuuje wątek niezrealizowanej potencjalności, niedokonanych planów, myślenia o tym, co ktoś inny myśli o tym, co Ty pomyślisz…

13. Los Trabantos „Rabatki”

Kontynuując wątek niezrealizowanych sympatii, wracając jednakowoż na prowincję i liryczny banalizm, proponuję utwór „Rabatki” drugiego w dzisiejszej audycji girls-bandu „Los Trabantos”. Zespół jest sławny nie tyle z powodu swoich ujmujących banalizmem tekstów, ale z tego, że basistka zespołu Ula Jabłońska jest uważana za najpiękniejszą na świecie osobę grającą na basie.

14. Płyny „S-ex”

Metodologia obserwacji socjologicznych nakazuje patrzeć na te same zjawiska z różnych punktów widzenia. Zespół „Los Trabantos” ukazał zjawisko miłości z perspektywy niezrealizowanej, nieszczęśliwej miłości. Grupa, którą za chwilę usłyszymy, proponuje spojrzenie na prawie to samo z diametralnie innej perspektywy. Choć uprawiam z tobą seks, wkrótce będziesz moim eks – deklaruje podmiot liryczny. I jest w tej deklaracji nie tylko feministyczna siła kobiecego poczucia własnej wartości, ale również tkwiący głęboko tragizm tej wyjątkowej, choć jakże powszechnej sytuacji.

15. 19 Wiosen „Nożem uczył uczciwości” (5:12)

Z Warszawy przenieśmy się do Łodzi. Zespół 19 Wiosen opowie nam historię pewnego nieporozumienia, które z perspektywy socjologicznej udowadnia, że etos i moralność to coś nieobcego nawet środowiskom społecznie wykluczonym. Uwaga na zręczne operowanie Mickiewiczowskim trzynastozgłoskowcem przez autora tekstu i wokalistę, Marcina Pryta.

16. Kawałek Kulki „Kolegi tata” (3:56)

To pierwsza piosenka Kawałków Kulki, którą usłyszałem i która długo za mną konsekwentnie chodziła. Dziecięca opowieść o przedpołudniach spędzanych „na podwórku”, z kluczem do mieszkania zawieszonym na szyi, o tym, jak mama krzyczy z okna „Obiad!”, o zabawach w chowanego i wyprawach na łąki.

17. Muchy „21 dni” (3:19)

Stoję na balkonie, mam zardzewiałe dłonie kochanie
Podarowałaś mi cenne wrześniowe dni,
Te gdy nie chce się być

To piosenka o trzytygodniowym wrześniowym związku, który jak wszystkie wrześniowe związki, kończy się rozstaniem i niezrealizowanymi obietnicami. Powtarzane jak echo pamiętaj co obiecałaś mi kochanie.

18. Komety „W dżinsach i swetrze” (2:13)

Jedynym rozsądnym wyjściem tej ponurej jesieni jest spontaniczny, nieplanowany wyjazd nad morze. W dżinsach i w swetrze, aby w wiklinowym koszu powiedzieć morzu dobranoc…

Żabi Holokaust

To właśnie ta piosenka sprawiła, że miałem kiedyś pomysł na pogrzeb z Muzyką Końca Lata w tle. Muzyka tego zespołu znakomicie pasuje do klimatu jesieni i wiosny, czyli pór przejścia, czasów niewyraźnych, niezdecydowanych, bardzo polskich.