Miliony ziaren piasku

DSC04584Znad morza przywozi się miliony ziaren piasku. Znajduję je na dnie kieszeni, między drobnymi monetami, na pustym dnie portfela, we wszystkich kieszeniach kurtki i na dnie butów. Te miliony ziaren piasku, mimo starannej toalety i wielokrotnego prania i szorowania wszelkich zakamarków ciała, znajduje się jeszcze po wielu tygodniach, w najmniej spodziewanych momentach i miejscach.

Miliony ziaren piasku przywiezione znad morza przypominają o tym wyjątkowym momencie, kiedy po wielogodzinnej podróży schodzi się nadbrzeżną skarpą porośniętą pogiętymi od morskiego wiatru sosnami, w kierunku pachnącego solą morza. I kiedy po raz pierwszy od wielu miesięcy stawia się stopę na miękki piasek, mimo skończonych trzydziestu pięciu jesieni, radość i ekscytacją są takie same, kiedy będąc trzy letnim dzieckiem, robiłeś to po raz pierwszy.

Te same od lat rekwizyty Morza Bałtyckiego. Szerokie plaże, które za chwilę zwężają się do obłożonych oblewanymi wodą kamieniami przesmyków. Wygładzone milionami litrami słonej wody korzenie i patyki. Szczątki sieci rybackich miotane przez fale. Drobne muszelki i kawałki zielonego szkła po butelkach wyszlifowane do faktury przezroczystych kamyków. Pozostałości romantycznych ognisk, które chłopcy i dziewczęta spędzali poprzedniego lata. Skonstruowane z przygodnych desek śliskie wejścia na skarpę, po których wchodzą ojcowie niosąc na barana swoich synów. Dumni, że mogą dać im wrażenia, które sami przeżywali po raz pierwszy trzydzieści lat temu.

Miliony ziaren piasku jak miliony wspomnień z czasów, kiedy piaszczysta polana w nadmorskim, sosnowym lesie, była całym światem dla chłopca w krótkich spodenkach i blond włosach opadających na oczy. Jego ręce były pooblepiane żywicą drzew na które się wspinał i ukrywał przed poszukującymi go rodzicami. Z kory tych drzew rzeźbił składanym scyzorykiem łódki, które potem wodował na Morzu Bałtyckim. A potem puszczał plastikowe wiatroloty i latawce, kupowane w kiosku Ruchu. W tych kioskach można było kupić pachnący farbą drukarską Świat Młodych, gdzie drukowali kolejne odcinki Tytusa, Romka i a’Tomka. A wieczorami, uzbrojony w wystrugany karabin, biegał po lesie z kolegami bawiąc się w wojnę, w której nikt nie chciał być Niemcem i Ruskim, tylko każdy chciał być Polakiem.

Reklamy

Cała ta ucieczka to fikcja

Kiedy Marta czytała swój ulubiony fragment Walta Whitmana, stojąc na skraju wysokiej wydmy gdzieś w okolicach jakiegoś małego kurortu między Ustką a Rowami, porwany przez nią z hostelu Korsarz pod Orzyszem, dwudziestopięcioletni mężczyzna trudniący się na co dzień spisywaniem peseli i pilnowaniem, by goście nie wynosili pościeli, sikał z zamkniętymi oczami na zsuwający się pod wpływem wiatru biały piasek. „Na szlak wyruszam – pieszo i beztrosko, Zdrów, wolny, i świat stoi otworem, Długa, brunatna droga wiedzie mnie, dokąd zechcę” – przekrzykiwała sztormowy wiatr Marta. Zwiała właśnie z wyjazdu służbowego firmy, w której zajmowała się sprzedażą nakrętek do butelek napojów gazowanych. Zresztą, ta cała jej ucieczka to fikcja, bo pięćset kilometrów na południe, w bazie jej firmy pod Wołominem, szef ochrony już dawno namierzył satelitarnie Fiata Sciento stojącego pod jednym z domków letniskowych wymarłego o tej porze roku letniska. I jużwielokrotnie próbował dodzwonić się do wyłączonego iPhone’a Marty. Kiedy zatrzymali się przed pensjonatem, właścicielka domku – sześćdziesięcioletnia, znudzona życiem, szara na twarzy kobieta, patrzyła na nich podejrzliwie: ona, zadbana, umalowana trzydziestolatka w szpilkach i gustownej czarnej garsonce, takiej samej jak noszą wszystkie przedstawicielki handlowe, on, młodszy od niej, nieogolony, w adidasach, dresowych spodniach i skórze identycznej z naturalną, na pierwszy rzut oka wydawali się dziwną parą. Dziwne było też, że ona zapłaciła te pięć dych za noc, bo to przecież mężczyźni płacą, nawet jeśli pieniędzmi kobiety. Trudno o turystów na przełomie listopada i października, a żyć za coś trzeba – pomyślała, pokazała pokój, obróciła się jeszcze wracając do swojej chałupy i poszła oglądać telewizję.

On, opierając się plecami o wyszlifowany przez słone morze pień drzewa, przez całą noc słuchał, jak Marta, z twarzą ku wichrowi ze strony morza, recytowała z pamięci całe fragmenty Whitmana. Kiedy o szóstej zaczęło się robić jasno, powycierali ze swoich spodni i sukienek ziarna piasku, choć on jeszcze przez wiele tygodni znajdywał pojedyncze ziarenka w kieszeniach. Wstali, wzięli się za ręce i bez słów wspięli się na wydmę. Przeszli przez sosnowy lasek, gdzie już za chwilę zobaczyli swój niewykorzystany domek i służbowe auto Marty.

Po drodze nie wymienili ani słowa.

Kiedy podjechali pod hostel Korsarz i kiedy on wyszedł z samochodu, właściciel wybiegł ze złością i zdziwieniem. Marta szybko odpięła pas, wyjęła ze skórzanego portfela kilka stów, podbiegła do szefa, wcisnęła mu w rękę zwitek banknotów, uśmiechnęła się do chłopaka odwróciła się, odpaliła silnik, ruszyła, na chwilę włączyła awaryjne, po czym z piskiem opon pomknęła na południe.

Do Rowów 0,4 km

Nadmorskie kurorty najlepsze są po sezonie. Wtedy, gdy nie ma tam już prawie w ogóle turystów, pensjonaty i smażalnie są pozamykane na cztery spusty, a znad morza wieje jak diabli. Trzeba się będzie wybrać na Hel tego października albo listopada, marca albo kwietnia. Tymczasem, korzystając z najgorętszego w historii pomiarów temperatury lata, wyjeżdżamy tłumnie nad Morze Bałtyckie. Tłumnie – smażąc się, dusząc i gotując w niekończącym się, stukilometrowym korku od Elbląga do Wejherowa, kurzu robót drogowych i setek świateł Małego Trójmiasta. Rumi, Redy, Wejherowa – niekończących się suburbi jak z amerykańskiego filmu o przedmieściach.

Przed wyrzeźbionym w drewnie kierunkowskazem „Do Rowów 0,4 km” ktoś elokwentnie dopisał: „komuniści oraz żydzi”. Kogo jednak obchodzi polityka w tym trzydziestopięciostopniowym upale? W piasku, po którym idziemy na plażę, można by usmażyć jajecznicę. Niestrudzeni chłopcy targający na plecach z ogromne plecako-lodówki sprzedają zimne napoje, gotowaną kukurydzę i popcorn. Przebywanie na plaży odbywa się według rytmu: smażenie, płukanie, smażenie, płukanie itd.

Pomimo wszystko, letnie nadmorskie kurorty takie jak te Rowy mają w sobie sporo krótkotrwałego uroku. Wieczorem, kiedy jest trochę chłodniej, całe turnusy, już przezornie w swetrach, wychodzą jeszcze raz na plażę, aby fotografować zachód słońca. Niektórzy siadają na piasku z wędzonym łososiem, serem i butelką kadarki. Dzieciaki rzucają frisbee, bliżej wydm ktoś gra na gitarze, nieliczni zażywają ostatniej tego dnia kąpieli. Potem wszyscy się rozchodzą po dziesiątkach barów i restauracji. Rodzice próbują usypiać swoje dzieci w namiotach i przyczepach kempingowych, aby – chociaż to już po północy – wyskoczyć na jeszcze jednego ze znajomymi.

Pomimo zgiełku, nieuporządkowania i pstrokacizny dziesiątek bud z kebabami, lodami włoskimi i z automatu, parawanami, dmuchanymi kaczkami, wyrobami z bursztynu i tatuażami z henny, takie miejsca mają w sobie sporo krótkotrwałego uroku. Poddając się urlopowemu szaleństwu, odurzony jodem, z morskim piaskiem między palcami stóp i we wszystkich kieszeniach spodni oraz koszul, daję się obrabować na wadze dorsza w obfitej panierce, uśmiecham się stratowany przez barbarzyńców na rowerach po 2 zł za godzinę, pozwalam się wyprzedzać w kolejce po ziemniaczane czipsy na patyku, smakujące jak przeterminowany papier.

Poddębie

dscf0628Za każdym razem, gdy zbliża się wyjazd na Otryt, przywołuję wspomnienia drugiego ważnego „inicjacyjnie” miejsca. Przez prawie dziesięć lat, co roku, na prawie trzy wakacyjne miesiące, jeździliśmy z rodzicami do Poddębia koło Ustki.

Po raz pierwszy byliśmy tam około 1985 roku. Poddębie nazywało się wtedy jeszcze Poddębie. Dopiero kika lat później jakiś szalony językoznawca doszedł do wniosku, że powinno być „pod dąbem” a nie „pod dębem”.

Tak czy inaczej, zbyt wielu dębów tam nie pamiętam. Sosny na suchej, wydmowej glebie natomiast tak. Do tej pory mam słabość do takich piaszczysto-iglastych lasów.

To były obozy harcerskie, ale ja jedziłem tam jako dziecko opiekuna (drużynowego, zastępcy komendanta, komendanta). Pamiętam, że z końcem czerwca pakowaliśmy nasz cały dobytek i w jakichś urągających wszelkiemu bezpieczeństwu warunkach, w jakichś tarpanach czy żukach, podróżowaliśmy przez całą Polskę. Zabieraliśmy grupę harcerzy, która pomagała rozstawiać obóz przed przyjazdem całej reszty. 

Właśnie ten okres wspominam najfajniej. Cała wielka piaszczysta polana była dla mnie. Wtedy obszar tego obozu wydawał mi się wielki jak wszechświat. Kiedy pojechałem tam przed dwoma laty okazało się, że to w rzeczywistości mała polanka. Na samym jej środku stawiało się maszt. Z wiaty po lewej stronie zdejmowało się deski, wyjmowało przewilgocone wiosną materace, łóżka i prycze i wiata stawała się stołówką. Między drzewami po prawej harcerze, czasami przy pomocy żołnierzy z okolicznej jednostki, stawiali wojskowe namioty (eremy?). Tam, na miękkim jak poduszka podłożu rosła wysoka trawa, której nie spotkałem nigdzie indziej.

dscf1617Dalej, w głębi, porozstawiane były domki gospodarczo-mieszkaniowe. Przechowywano tam namioty i narzędzia, w innych mieszkała wyższa kadra zarządzająca obozem. Do jednego z nich przywieźliśmy raz komputer, przy którym zmarnowałem jedne wakacje grając w F19.

Ta polana to był taki kosmos, którego można było nie opuszczać przez całe wakacje. Za namiotami drużyn było boisko do badmintona i stały sosny, na które można się było wspinać. Te drzewa są wręcz idealne do tej zabawy z powodu prawie prostopadłych gałęzi. Pewnym problemem jest żywica, która łatwo przylepia się do rąk i trudno ją potem zmyć, ale kto by się przejmował brudnymi dłońmi w wieku pięciu lat?

W rzeczywistości musiałem się strasznie nudzić, kiedy w obozie było tylko kilkanaście osób, zajętych przygotowywaniem się do turnusu, jednak teraz wydaje mi się, że to musiało być fascynujące. Z podobnymi wiekiem dzieciakami bawiliśmy się w chowanego, wyłudzaliśmy od pracujących przy rozstawianiu namiotów żołnierzy guziki i odznaki, a pomagający nam osiemnastoletni harcerze wydawali się nam niezwykle dorosłymi osobami.

Chociaż do morza było kilkaset metrów, nikt się tym za bardzo nie przejmował. Wiatroloty puszczaliśmy na polanie dopóty, dopóki nie zaczepiły o którąś z sosnowych gałęzi, ścigaliśmy się na bosaka po niezwykle rozgrzanym piasku, ukrywaliśmy między materacami w wrewnianej wiato-stołówce, podkradaliśmy z kuchni wyroby mięsopodobne. A wieczorami w pobliskim lesie organizowaliśmy zabawę w wojnę, z udawanymi pistoletami zrobionymi z zepustych namiotowych stelaży ale za to z naprawdę prawdziwymi emocjami.