Codziennik 178 – Ivy

„Never kidnap a boyfriend because the last kidnapper was killed and dropped”, powiedziała mi dzisiaj tę sentencję uroczo zazdrosna Ivy w języku cebuańskim. W oryginale brzmi to mniej więcej tak: „yaw gyud pangilog ug uyab kay ang last nga nangilog gipatay raba ug gihulog”. Uwielbiam ten język.

Codziennik 177 – Jednak można

Można mimo wszystko cieszyć się życiem. Czerpać radość ze spaceru po lesie. Doceniać piękno przyrody. Być usatysfakcjonowanym z ładnej pogody. Jarać się każdą znalezioną kurką. Mogą nie boleć plecy. Można cieszyć się maszrumingiem. Dzięki, mamo, dzięki, Ivy

Codziennik 115 – Katana

„Uciekamy tłukąc szyby w całym mieście
Znowu dopaść chcą, dogonić bestię
Czasem myślę, żeby wrócić tu
Tysiąc zbędnych słów, milion zbędnych słów”

 

 

Codziennik 96 – Śniadanie we dwoje

IMG_20191031_093425.jpg

Andżelina

angela

Każde lato ma swoją piosenkę. Letnie piosenki przypominają o sobie dopiero wtedy, kiedy nadchodzi jesień. Od czerwca do września są skromnymi towarzyszkami tych wszystkich zajęć, które można wykonywać tylko o tej porze roku.

Latem władzę nad rzeczywistością przejmują dwudziestolatkowie. Z bezpiecznego dystansu obserwuję letnie przejęcie władzy nad światem przez chłopaków i dziewczęta poczętych w tych czasach, gdy my z kolegami i koleżankami z liceum wchodziliśmy w dorosłość. 

Latem nie rządzi policja, Kościół, politycy ani straż pożarna. Latem rządzą dwudziestolatkowie. Kiedy zaczyna się druga połowa czerwca, przestaję oglądać wiadomości, zawieszam czytanie gazet, rezygnuję z przejmowania się głodującymi w Afryce, powstrzymuję się przed kontaktami z osobami w moim wieku.

Im jestem starszy, tym bardziej doceniam młodzież. Nie tę, którą byłem dawno temu, z ubiegłego wieku, ale tę współczesną. Tę, która właśnie zakończyła kolejny letni sezon władzy nad światem.

To było najcieplejsze lato, jakie pamiętam. Nie spędziłem go tak, jak byśmy obaj chcieli z moim trzyipółletnim najwspanialszym mężczyzną na świecie, ale każdego gorącego wieczora patrzyłem na słońce zachodzące nad nieczynną fabryką włókienniczą, myślałem o tym, jak to będzie za kilkanaście lat, kiedy Mały będzie już duży i gdy będę mógł nadrobić to wszystko, co teraz jest nam zabierane.

Jakim będzie facetem, gdy już dorośnie? Tego nie wiem. Chciałbym, by był uśmiechniętym, otwartym i ciekawym świata facetem, odpornym na zło. Chciałbym, aby w obliczu zła zachowywał dystans. Nie walczył ze złem bez potrzeby, bo zazwyczaj walka ze złem skutkuje tylko zapaskudzeniem duszy. A wywabić plamy na duszy jest bardzo trudno. Już wiem, że złu lepiej ustąpić miejsca i pójść własną drogą.

Chciałbym, aby wypielęgnował w sobie i zachował jak najdłużej tę młodzieńczą radość cieszenia się prostymi rzeczami, która mi gdzieś uciekła i której próbuję się uczyć na nowo. Na przykład przyjemność smaku soku z pomarańczy ściekającego po brodzie i skapującego po nagiej klatce piersiowej kiedy będzie siedział na pomoście plaży miejskiej w Olecku po dniu spędzonym na pływaniu, graniu w siatkówkę na piasku i poznawaniu jakichś Hanek, Ig, Andżelin albo Zosiek. Siedział i patrzył na zachód słońca.

angela3Przyjemność ekscytującego drżenia w sercu, kiedy w jednej ręce będzie trzymał tę skapującą sokiem po łokciach ćwiartkę pomarańczy, a lewą przysuwał ku opierającej się rękami o drewniany pomost, siedzącej obok brunetki o imieniu Zosia, patrzącej na zachodzące słońce, ale tak naprawdę niecierpliwie czekającej, aż ten wysoki niebieskooki blondyn dotknie opuszkiem palca jej spalonej od słońca skóry pokrytej delikatnym meszkiem oświetlanym ostatnimi promieniami tego kończącego się dnia.

Przez ostatnie cztery miesiące mój balkon był przez cały czas otwarty, więc całą dobę słyszałem gwar miasta wziętego pod władanie dwudziestolatków. Słyszałem te wszystkie samochody z otwartymi na oścież oknami i szyberdachami, śmigające sto dwadzieścia przez centrum z głowami dziewcząt krzyczącymi niezrozumiałe słowa przeciwko gorącemu wiatrowi. Widziałem poranne powroty do domów dzieciaków zmęczonych całonocnymi przygodami po tym, jak wraz ze świtem zamykano ostatnie ogródki na Lipowej, a oni szli z radością na buziach ku swoim mieszkaniach w brudnych  wieżowcach przy Rzemieślniczej. Widziałem też pierwsze wrześniowe randki licealistów i licealistek, spacerujących po szkole, z plecakami, po zbombardowanych przez kasztany chodnikach Alei Piłsudskiego.

Te wszystkie drobne wrażenia, te delikatne przebłyski nieodległych zdarzeń i obrazów, te nie dające się opisać zapachy są cenniejsze niż wszystkie napisane i przeczytane książki, wszystkie nakręcone i obejrzane filmy, wszystkie nagrane i wysłuchane piosenki. Cała literatura, kinematografia, cała muzyka, to tylko nieudolne próby opisania tego wszystkiego, próby z z góry skazane na klęskę.

angelina2Zapach jeziora na chwilę po zmierzchu wdychany z wilgotnego pomostu, kiedy obok siedzi dziewczyna, którą bardzo chcesz poznać, ale się wstydzisz. Smak pierwszego pocałunku z tą dziewczyną kilka dni później, kiedy siedzisz na ławce w Parku Zwierzynieckim, ona siedzi ci okrakiem na kolanach, a w buzi ma poza twoim językiem gumę do życia Huba-buba. Zapach włosów tej dziewczyny, kiedy stoicie razem na urwanym moście, a dokoła szaleje burza z piorunami.

Nic z tego nie da się opowiedzieć, opisać, zagrać na scenie ani na gitarze. Te rzeczy można tylko przeżywać jak się ma dwadzieścia lat i krótkotrwałą władzę nad światem.