Andżelina

angela

Każde lato ma swoją piosenkę. Letnie piosenki przypominają o sobie dopiero wtedy, kiedy nadchodzi jesień. Od czerwca do września są skromnymi towarzyszkami tych wszystkich zajęć, które można wykonywać tylko o tej porze roku.

Latem władzę nad rzeczywistością przejmują dwudziestolatkowie. Z bezpiecznego dystansu obserwuję letnie przejęcie władzy nad światem przez chłopaków i dziewczęta poczętych w tych czasach, gdy my z kolegami i koleżankami z liceum wchodziliśmy w dorosłość. 

Latem nie rządzi policja, Kościół, politycy ani straż pożarna. Latem rządzą dwudziestolatkowie. Kiedy zaczyna się druga połowa czerwca, przestaję oglądać wiadomości, zawieszam czytanie gazet, rezygnuję z przejmowania się głodującymi w Afryce, powstrzymuję się przed kontaktami z osobami w moim wieku.

Im jestem starszy, tym bardziej doceniam młodzież. Nie tę, którą byłem dawno temu, z ubiegłego wieku, ale tę współczesną. Tę, która właśnie zakończyła kolejny letni sezon władzy nad światem.

To było najcieplejsze lato, jakie pamiętam. Nie spędziłem go tak, jak byśmy obaj chcieli z moim trzyipółletnim najwspanialszym mężczyzną na świecie, ale każdego gorącego wieczora patrzyłem na słońce zachodzące nad nieczynną fabryką włókienniczą, myślałem o tym, jak to będzie za kilkanaście lat, kiedy Mały będzie już duży i gdy będę mógł nadrobić to wszystko, co teraz jest nam zabierane.

Jakim będzie facetem, gdy już dorośnie? Tego nie wiem. Chciałbym, by był uśmiechniętym, otwartym i ciekawym świata facetem, odpornym na zło. Chciałbym, aby w obliczu zła zachowywał dystans. Nie walczył ze złem bez potrzeby, bo zazwyczaj walka ze złem skutkuje tylko zapaskudzeniem duszy. A wywabić plamy na duszy jest bardzo trudno. Już wiem, że złu lepiej ustąpić miejsca i pójść własną drogą.

Chciałbym, aby wypielęgnował w sobie i zachował jak najdłużej tę młodzieńczą radość cieszenia się prostymi rzeczami, która mi gdzieś uciekła i której próbuję się uczyć na nowo. Na przykład przyjemność smaku soku z pomarańczy ściekającego po brodzie i skapującego po nagiej klatce piersiowej kiedy będzie siedział na pomoście plaży miejskiej w Olecku po dniu spędzonym na pływaniu, graniu w siatkówkę na piasku i poznawaniu jakichś Hanek, Ig, Andżelin albo Zosiek. Siedział i patrzył na zachód słońca.

angela3Przyjemność ekscytującego drżenia w sercu, kiedy w jednej ręce będzie trzymał tę skapującą sokiem po łokciach ćwiartkę pomarańczy, a lewą przysuwał ku opierającej się rękami o drewniany pomost, siedzącej obok brunetki o imieniu Zosia, patrzącej na zachodzące słońce, ale tak naprawdę niecierpliwie czekającej, aż ten wysoki niebieskooki blondyn dotknie opuszkiem palca jej spalonej od słońca skóry pokrytej delikatnym meszkiem oświetlanym ostatnimi promieniami tego kończącego się dnia.

Przez ostatnie cztery miesiące mój balkon był przez cały czas otwarty, więc całą dobę słyszałem gwar miasta wziętego pod władanie dwudziestolatków. Słyszałem te wszystkie samochody z otwartymi na oścież oknami i szyberdachami, śmigające sto dwadzieścia przez centrum z głowami dziewcząt krzyczącymi niezrozumiałe słowa przeciwko gorącemu wiatrowi. Widziałem poranne powroty do domów dzieciaków zmęczonych całonocnymi przygodami po tym, jak wraz ze świtem zamykano ostatnie ogródki na Lipowej, a oni szli z radością na buziach ku swoim mieszkaniach w brudnych  wieżowcach przy Rzemieślniczej. Widziałem też pierwsze wrześniowe randki licealistów i licealistek, spacerujących po szkole, z plecakami, po zbombardowanych przez kasztany chodnikach Alei Piłsudskiego.

Te wszystkie drobne wrażenia, te delikatne przebłyski nieodległych zdarzeń i obrazów, te nie dające się opisać zapachy są cenniejsze niż wszystkie napisane i przeczytane książki, wszystkie nakręcone i obejrzane filmy, wszystkie nagrane i wysłuchane piosenki. Cała literatura, kinematografia, cała muzyka, to tylko nieudolne próby opisania tego wszystkiego, próby z z góry skazane na klęskę.

angelina2Zapach jeziora na chwilę po zmierzchu wdychany z wilgotnego pomostu, kiedy obok siedzi dziewczyna, którą bardzo chcesz poznać, ale się wstydzisz. Smak pierwszego pocałunku z tą dziewczyną kilka dni później, kiedy siedzisz na ławce w Parku Zwierzynieckim, ona siedzi ci okrakiem na kolanach, a w buzi ma poza twoim językiem gumę do życia Huba-buba. Zapach włosów tej dziewczyny, kiedy stoicie razem na urwanym moście, a dokoła szaleje burza z piorunami.

Nic z tego nie da się opowiedzieć, opisać, zagrać na scenie ani na gitarze. Te rzeczy można tylko przeżywać jak się ma dwadzieścia lat i krótkotrwałą władzę nad światem.

Reklamy

Rośliny są ciekawsze od ludzi

DSC09002.jpg

Rośliny są o wiele ciekawsze od zwierząt, tym bardziej od ludzi. Niewdzięczny kot mi uciekł, o większości kobiet mam zdanie nie nadające się do podawania dalej, dlatego postanowiłem ostatnio zainteresować się roślinami. Czytam, obserwuję, uprawiam.

Na przykład zimą wziąłem od mamy z parapetu uschnięty krzewik chili. Powyjmowałem z niego ziarenka (około 200 sztuk), a uschnięte skórki zmieliłem w młynku do kawy. Wyszedł proszek piekielnie nabuzowany kapsaicyną, który teraz sobie dodaję do zupy albo mięsa, gdy potrzebuję jakiegoś samosponiewierania. A ziarenka kilka tygodni temu poukładałem na wilgotną ligninę i pod kaloryfer. Po tygodniu korzonki zaczęły się wczepiać w ligninę, a u góry zaczęły pojawiać się pierwsze liścienie. Wtedy powkładałem je po 3-4 do kubeczków napełnionych ziemią i zrobiłem takie mini-szklarnie z folii kuchennej. Niektóre pousychały, ale wczoraj te najsilniejsze i najładniej ukształtowane – te z kilkoma listkami – poprzedkładałem już do oddzielnych kubeczków.

Do pięćdziesięciu oddzielnych kubeczków. I rosną. Według planu, jeśli wszystko pójdzie dobrze, po jeszcze jednym przesadzeniu za kilka tygodni, w sierpniu-wrześniu będę miał w domu około pięćdziesiąt drzewek chili, z kilkudziesięcioma papryczkami na każdym. Codziennie rano zraszam je wodą i w napięciem patrzę, jak rosną. Tym, które są słabe, pomagam wrócić do pionu. Te które nie dały rady, eliminuję, by nie zabierały światła innym.

Na listkach niektórych z nich uczepione są jeszcze te ziarenka, z których powstały. To fascynujące patrzeć, obserwować, opiekować się, próbować zrozumieć, ale jeśli większość przetrwa i da owoce, to będę miał problem.

DSC09000.jpg

Bo nie wiem, co ja kurwa zrobię z pięćdziesięcioma krzakami chili w moim dwupokojowym mieszkaniu. Będę je podlewał, pielęgnował, robił im fotografie, przechwalał się ogrodem botanicznym w domu, a potem, jesienią, będą powoli usychały, aż w końcu umrą a ja zostanę, lekko licząc z dziesięcioma tysiącami ziarenek i kilogramem tak ostrego proszku, że nikt poza mną nie będzie chciał nawet na niego spojrzeć. Miłość do roślin kończy się równie tragicznie, jak miłość do rzeczy, jak miłość do zwierząt, jak miłość do ludzi.

Zakochani mężczyźni chadzają wolniej

Mężczyna zwalnia kroku, kiedy idzie z kobietą, którą kocha. Z reguły bowiem mężczyźni chodzą przeciętnie szybciej niż kobiety. Dzieje się tak dlatego, że szybkość poruszania uzależniona jest od cech fizycznych. Używamy naszych mięśni i stawów w taki sposób, aby zminimalizować wydatki energetyczne. Masa ciała i długość kończyn wpływają na szybkość chodzenia i tak się składa, że zarówno jedno, jak i drugie, jest u mężczyzn większe.

Ciekawe i niejasne jest natomiast to, co się dzieje, kiedy mężczyzna i kobieta idą razem. Kiedy jedno z nich zmienia tempo swojego naturalnego kroku, aby zrównać je z krokiem partnera, które z nich dostosuje się do tempa drugiej osoby? Okazuje się, że mężczyzna.

Aby dojść do tego wniosku, naukowcy z Seattle Pacific University w Waszyngtonie badali tempo kroków jedenastu mężczyzn i kobiet, podążających, kolejno, samotnie, z osobą tej samej płci, z osobą odmiennej płci, z “ważnym innym” trzymając się za ręce i z “ważnym innym” bez trzymania się za ręce.

Udało się zaobserwować, że mężczyźni idący w towarzystwie kobiety, w stopniu znacznym zwalniali tempo swojego kroku, dostosowując się do idącej obo nich kobiety. Działo się tak jednak tylko wtedy, kiedy te kobiety były dla mężczyzn kimś ważnym, gdy istniała między nimi jakaś relacja emocjonalna. Spacer ze zwykłymi znajomymi, niezależnie od ich płci, nie wpływał na tempo kroku, ani mężczyzn, ani kobiet. Kobiety tylko nieznacznie przyspieszały, spacerując ze swoim partnerem. Ich zmiana tempa była jednak nieporównanie mniejsza niż w przypadku mężczyzn. Według autorów badania, dostosowywanie tempa kroku ma miejsce wyłącznie w przypadku partnerów w związku.

Z punktu widzenia biologii zjawisko to da się wytłumaczyć w ten sposób, że mężczyźni w większym stopniu są w stanie zakłócić swoją równowagę energetyczną (w tym przypadku polegającą na zwolnieniu tempa poruszania się), aby zachować przy sobie partnerkę. System reprodukcyjny kobiety jest bowiem znacznie bardziej wrażliwy na zakłócenia energetyczne, niż mężczyzn. W społecznościach łowieckich, gdzie dochodziło do częstego przemieszczania się na bardzo długie dystansem, zbyt wielkie wydatki energetyczne mogłby wpłynąć negatywnie na możliwość zajścia w ciążę.

Na podstawie:http://healthland.time.com/2013/10/23/men-walk-slower-when-theyre-in-love/

Mariusz Urbanek – Broniewski. Miłość. Wódka. Polityka

Broniewski. Miłość, wódka, polityka - Mariusz UrbanekPrzeczytałem tę biografię wielkiego polskiego poety z prawdziwą przyjemnością. Mariuszowi Urbankowi udało się napisać rzecz ważną i uczciwą, nie tylko wobec Władysława Broniewskiego, wokół którego dzięki ideologom PRL-u, jak i narodowo-katolickiej prawicy narosło wiele rzadko sprrawiedliwych mitów, jak i wobec wszystkich artystów uwikłanych w historię i politykę, z którymi przyszło się im mierzyć.

Życie Broniewskiego to historia artysty, który tę batalię przegrał.

Dla żyjących współcześnie zaoferowano w szkołach dwie “wersje” Broniewskiego. Według pierwszej był to wielki poeta komunistyczny zaangażowany w umacnianie ustroju komunistycznego w Polsce i wiecznej przyjaźni polsko-sowieckiej. Patron PRL-owskich szkół, którego wiersze przozdabiały akademie ku czci komunistycznych wierszy, autor peanów Rewolucji Październikowej, Stalina i Majakowskiego. Druga “wersja” Broniewskiego, kanoniczna po 1989 roku, to ta, według której ów skompromitowany wiernopoddańczymi gestami wobec komunistów i Sowietów pisarz nie ma miejsca w niepodległej Polsce, a ślady jego świetności w postaci popierś, pomników, nazw ulic i szkół, powinny zostać jak najszybciej usunięte.

Obie te narracje, jak łatwo zauważyć, są nader uproszczone i zarazem krzywdzącego dla Broniewskiego, jako zarówno jednego z najbardziej genialnych poetów poslkich XX wieku, ale może przede wszystkim jako postaci niezwykle ciekawej osobowościowo, równie mocno skomplikowanej i tragicznej. O tym pisze Urbanek.

Propaganda PRL-owska, a za nią narodowy populizm po 89’ roku zręcznie wymazuje kluczowe dla zrozumienia postaci Broniewskiego fakty z jego rcyciekawej biografii. Szlachecko-inteligenckie pochodzenie, udział w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku w Legionach Piłsudskiego, arcynarodową wymowę sławnego wiersza “Bagnet na broń”, odsiadkę w NKWD-owskim więzieniu w 1940-41 roku, a także szereg antysowieckich gestów w okresie późniejszym.

Z pracy wyłąnia się przede wszystkim Broniewski – polski patriota, który próbuje swoją postawą łączyć ideały szlachetczyzny z wiernością sprawie socjalizmu, równości i sprawiedliwości. Ale jest to tylko jeden wycinek tego złożonego obrazu. Broniewski to – wedle tego, co pisze Urbanek –  salony romantyk, którego wyobraźnia, otwartość i potrzeba lojalności wobec przyjaciół, są ważniejsze od wszystkich ideologii. Te zasady karzą mu w rezultacie służyć po 1945 roku sprawie, w którą dawno przestaje wierzyć. To również historia poety, którego gubi słabość do sławy, potrzeba miłości i lęk przed samotnością.

Broniewski – autor jedynych pod względem rytmu i siły czterozwrotkowców – to artysta, dla którego miłość jest ważniejsza od polityki. W imię miłości do najbliższych oraz potrzeby akceptacji, decyduje się na rolę nadwornego piewcy socjalizmu w Polsce po 1945 roku, zdając sobie sprawę z absurdów i niesprawiedliwości tego systemu. Ma prawo go krytykować, bo na własne oczy widział rewolucję bolszewicką.

Urbanek nie zapomina też o tej części twórczości Broniewskiego, która dla mnie osoboście jest ważniejsza od aktywności politycznej. Bohater książki jest genialnym twórcą poezji miłosnej, doskonałym piewcą Warszawy i Płocka, skąd pochodził, obdażonym subtelną wrażliwością poetą polskiej przyrody i krajobrazu.

Broniewskiego gubi ta bezwarunkowa miłość do ideałów, w kóre wierzył, do kobiet, które kochał i do Polski, o której nigdy nie mógł zapomnieć i o której namiętnie pisał. Choć kiedyś uwielbiany, dzisiaj zostaje wyrzucony na śmietnik historii.

Uciec jak najbliżej. Czy bliskość oznacza udany związek?

Zdrowy rozsądek każe sądzić, że najważniejszym warunkiem szczęśliwego związku jest poczucie bliskości z partnerem. Ostatnio okazało się jednak, że istotniejsze od poczucia bliskości jest to, czy jesteśmy tak blisko, jak chcemy być, nawet jeśli obiektywnie nie jest to żadna bliskość.
Dr David M. Frost z Columbia University’s Mailman School of Public Health:
Nasze badanie wykazało, że osoby tęskniące za bardziej intymnym związkiem, w równym stopniu jak osoby potrzebujące większego dystansu, narażone są na ryzyko problemów w związku. (…) Jeśli chcesz, aby twoja relacja z partnerem była zdrowa i satysfakcjonująca, powinieneś starać się wypracować ten stopień bliskości, który odpowiada twoim potrzebom.
Szczegółowe wyniki badania zostaną opublikowane niebawem, w kwietniowym wydaniu Personality and Social Psychology Bulletin.Wzięły w nim udział 732 osoby, kobiety i mężczyźni zamieszkujący Stany Zjednoczone i Kanadę. Co roku, przez trzy lata, wypełniali oni elektroniczny kwestionariusz z pytaniami dotyczącymi stopnia intymności ich związków, zadowolenia z życia uczuciowego, przywiązania, myślach o rozstaniu oraz symptomach depresji.
Edvard Munch „Amor and Psyche”
Różnicę między idealnym a rzeczywistym stopniem bliskości w związku ustalano poprzez wybór przez badanych jednego z sześciu zachodzących na siebie okręgów symbolizujących stopień pokrywania się oczekiwań co do intymności relacji ze stanem faktycznym. Zastosowana metoda jest znaną w psychologii miarą bliskości „Inclusion of Other in Self” (IOS). Wskazuje ona na „wspólność” związku, wspólną tożsamość, podzielane wartości, punkty widzenia, priorytety życiowe, cechy osobowości.
U ponad połowy respondentów (57%) stwierdzono poczucie zbyt dużego dystansu między nimi a ich partnerami. 37% było zadowolonych ze stopnia zażyłości tylko niewielka mniejszość (5%) wykazała się poczuciem zbyt dużej bliskości. Stopień rozbieżności między aktualnym a wymarzonym stopniem intymności był skorelowany z niską „jakością” związku i wysokim stopniem symptomów depresji. Efekt ten występował w równym stopniu w przypadku badanych wykazujących zbyt wysoki, jak i zbyt niski stopień intymności. Zaskakujące, że negatywne efekty „rozbieżności w intymności” występowały niezależnie od tego, jak blisko badani czuli się związani z partnerem. Istotna okazała się nie bliskość, ale rozbieżność.
W trakcie realizacji badania, które – przypomnijmy – trwało 3 lata – niektórzy badani doświadczali nowej sytuacji, w której wymarzony stopień intymności pokrywał się z tym, czego doświadczali aktualnie z nowym lub tym samym partnerem. W tych przypadkach zaobserwowano poprawę zarówno jakości związku, jak i zdrowia psychicznego. Analogicznie, ci, u których pojawiało się poczucie zbyt dużej lub zbyt małej bliskości z partnerem, byli bardziej skłonni do narzekania na swój związek i do myśli o zerwaniu.
Udowodnienie roli dysonansu oczekiwań oraz rzeczywistej bliskości może odegrać ważną rolę w opracowywaniu nowych metod psychoterapii małżeństw i par pozamałżeńskich.
Najlepiej, jeśli przestaniemy zastanawiać się, co stanowi o udanym związku danej pary – stwierdza dr Frost. – Jako psychoterapeuci powinniśmy raczej próbować ustalić, w jak bliskim związku są nasi pacjenci i jak to się ma do ich indywidualnych oczekiwań.
Odkrycie Frosta stanowi też przyczynek do wielu kolejnych pytań, na przykład o to, w jaki sposób indywidualna „rozbieżność intymności” wpływa na partnerów, a także jaki wywiera wpływ na życie seksualne. Można też zastanawiać się, czy opisany powyżej mechanizm  nie ma szerszego zastosowania – nie tylko w relacjach uczuciowych, ale na przykład w interakcjach między współpracownikami, rodzicami i dziećmi, pacjentami i lekarzami, itp…

Alter ego Bukowskiego

Wróciłem do czytania Bukowskiego z bardzo błahego powodu: zrobiło mi się głupio, gdy zdałem sobie sprawę, że wybitnie młodsze i mniej ode mnie zdegenerowane życiem dziewczęta, z którymi prowadziłem niezobowiązujące, lekkie rozmowy o niczym, te dziewczęta, co do których mam pewność bodaj co do wszystkiego, znajdują upodobanie w pięćdziesięcioletnim, zmęczonym życiem, zgorzkniałym i cynicznym Hanku Chinaskim.

Nie będę ukrywał, że upodobanie dziewczyn do epatującej seksem i wulgarnością prozy Bukowskiego jest moim zdaniem emanacją niebezpośrednio wyrażanych, ukrytych pragnień i fantazji czytelniczek. Nie jest to przecież żadne odkrycie. Hank Moody z „Californication” to nie kto inny, jak nieco ulepszona, wygładzona, ocieplona wersja Chinaskiego, a – idąc dalej – wreszcie samego Bukowskiego.

W naszej kulturze od kobiet wymaga się większej powściągliwości i subtelności w wyrażaniu uczuć. Na całe szczęście, przyroda wyposażyła panie – i tutaj mężczyźni są produktem niższej jakości – w szereg zdolności manipulowania zachowaniami inych, wywierania wpływu i, wreszcie, osiągania celów. Kobiety są wytrwałe, uparte i bardzo konsekwentne.

Dlaczego o tym piszę? U Bukowskiego mężczyzna próbuje okazywać czułość, ale jedyne, co mu wychodzi to szklanka szkockiej z lodem. I tenże mężczyzna się tego wstydzi. Swoje katastrofy z kobietami albo mitologizuje, albo sięga po następną kolejkę. Mężczyzna u Bukowskiego wie, że jest słaby i wie, że tylko jedna kobieta na świecie może mu pomóc stanąć na nogi.

Kobiety, również te najmądrzejsze i najpiękniejsze na świecie, są, mimo naturalizmu stylu tej prozy, przez Bukowskiego i jego autoportret traktowane z religijnym poświęceniem. Rezultat też jest mocno religijny, jak w wierszu Świetlickiego o tym, że „mówi się kocham, bo chce się odzewu”. Mężczyzna może zrezygnować z tych wszystkich krótkotrwałych wzmocnień, tych buzi, wspólnych wycieczek, spacerów, obiad i kolacji, jeśli ma przed sobą cel najistotniejszy. Dla kobiety, która czuje, że tym celem jest ona, może być to bardzo trudne,dlatego decydują się na to albo te bezdennie głupie i brzydkie, albo te najmądrzejsze i najpiękniejsze na świecie. Spotkałem każdą z nich, a potem długo myślałem, co kieruje nimi w ich decyzjach, motywach i celach.

Przeczytałem Bukowskiego i wiem, że jest to zagadka nierozwiązana, bo one same tego nie wiedzą. Często pytają mnie o to, dlaczego tak postąpiły, a ja ich wtedy zawsze proszę o dziesięć dni dla domysłu. A potem nie odbieram telefonu.

Piąta piosenka o jesieni, czyli Janusz Laskowski Hope Forever

Jedna z miejskich legend głosi, że Janusza Laskowskiego, białostockiego barda wszechczasów, ojca disco-polo, spotkać można przy odpowiednim szczęściu w taksówce. Trudno go przeoczyć, bo do dzisiaj nosi tę ponadczasową fryzurę „długo z tyłu, krótko na przedzie”, którą doprowadzał dziewczęta do wielokrotnych orgazmów. Przyjaciel prowadzący knajpę zdradził mi, że jakiś czas temu pan Janusz wpadł do Labalbalu na kawę i proszę sobie wyobrazić, że zgromadzeni tam dwudziestolatkowie oddali Mistrzowi należny hołd. Były oklaski, ktoś mi mówił, że pociekła niejedna łza.

„Żółty jesienny liść”, „Świat nie wierzy łzom”, „Łaga czigi”. Te i wiele, wiele innych piosenek Laskowskiego sprawiło, że już za życia jest on legendą. Geniuszem, który za pomocą najprostszych możliwych środków wyrazu, trzech prostych dźwięków zaczerpniętych z muzyki żydowskiej, cygańskiej, ludowej, i naiwnych wierszy przesyconych symboliką rodzinnego domu, wspomnienia, matki, ciepłego chleba, żółtego jesiennego liścia spadającego z drzewa, potrafił dotrzeć do wielu serc.

Nie wstydzę się swojej miłości do tej muzyki. Przypomina mi o wielu miejscach na mapie mojego miasta, których już nie ma. Blokowisko, na którym się wychowywałem, powstało na przełomie lat 70. i 80. na miejscu małej wsi. Ślady po niej można było znaleźć jeszcze przez dobre 20 lat. Stara drewniana chata między blokami, pozostałości po sadach owocowych  u zbocza, na którym stała szkoła podstawowa nr 38, kopiec, w którym przechowywano ziemniaki nieopodal zajezdni autobusowej na rogu Jarzębionowej i Gajowej… No i całe Bojary – niby nie wieś, bo już przed wojną dzielnica białostockiej inteligencji, ale miejsce z wyglądu rustykalne. Małe drewniane domki, przy nich sady, gdzieniegdzie studnie, drewniane płoty ze sztachet, brukowane ulice Wiktorii, Poprzeczna, Kraszewskiego na których jest tak spokojnie, że gówniarze na samym środku urządzają regularne rozgrywki piłkarskie.

Zawsze myślałem, że piosenka o żółym jesiennym liściu, jest – jak większość jesiennych piosenek – przepełniona smutkiem, nostalgią i tęsknotą. Wczoraj wydarzyło mi się jednak coś, co przywróciło nadzieję, że ta jesień może być jednak szczęśliwa. Otworzyłem okno, do środka wpadł ciepły, aromatyczny, wilgotny wiatr. Wysłuchałem, co na ten temat ma do powiedzenia Artysta, wysłuchałem tego polskiego fado o nadziei, cierpliwości, potrzebie bycia silnym i wartości czekania i przez chwilę zrobiło się trochę lepiej.