Alter ego Bukowskiego

Wróciłem do czytania Bukowskiego z bardzo błahego powodu: zrobiło mi się głupio, gdy zdałem sobie sprawę, że wybitnie młodsze i mniej ode mnie zdegenerowane życiem dziewczęta, z którymi prowadziłem niezobowiązujące, lekkie rozmowy o niczym, te dziewczęta, co do których mam pewność bodaj co do wszystkiego, znajdują upodobanie w pięćdziesięcioletnim, zmęczonym życiem, zgorzkniałym i cynicznym Hanku Chinaskim.

Nie będę ukrywał, że upodobanie dziewczyn do epatującej seksem i wulgarnością prozy Bukowskiego jest moim zdaniem emanacją niebezpośrednio wyrażanych, ukrytych pragnień i fantazji czytelniczek. Nie jest to przecież żadne odkrycie. Hank Moody z „Californication” to nie kto inny, jak nieco ulepszona, wygładzona, ocieplona wersja Chinaskiego, a – idąc dalej – wreszcie samego Bukowskiego.

W naszej kulturze od kobiet wymaga się większej powściągliwości i subtelności w wyrażaniu uczuć. Na całe szczęście, przyroda wyposażyła panie – i tutaj mężczyźni są produktem niższej jakości – w szereg zdolności manipulowania zachowaniami inych, wywierania wpływu i, wreszcie, osiągania celów. Kobiety są wytrwałe, uparte i bardzo konsekwentne.

Dlaczego o tym piszę? U Bukowskiego mężczyzna próbuje okazywać czułość, ale jedyne, co mu wychodzi to szklanka szkockiej z lodem. I tenże mężczyzna się tego wstydzi. Swoje katastrofy z kobietami albo mitologizuje, albo sięga po następną kolejkę. Mężczyzna u Bukowskiego wie, że jest słaby i wie, że tylko jedna kobieta na świecie może mu pomóc stanąć na nogi.

Kobiety, również te najmądrzejsze i najpiękniejsze na świecie, są, mimo naturalizmu stylu tej prozy, przez Bukowskiego i jego autoportret traktowane z religijnym poświęceniem. Rezultat też jest mocno religijny, jak w wierszu Świetlickiego o tym, że „mówi się kocham, bo chce się odzewu”. Mężczyzna może zrezygnować z tych wszystkich krótkotrwałych wzmocnień, tych buzi, wspólnych wycieczek, spacerów, obiad i kolacji, jeśli ma przed sobą cel najistotniejszy. Dla kobiety, która czuje, że tym celem jest ona, może być to bardzo trudne,dlatego decydują się na to albo te bezdennie głupie i brzydkie, albo te najmądrzejsze i najpiękniejsze na świecie. Spotkałem każdą z nich, a potem długo myślałem, co kieruje nimi w ich decyzjach, motywach i celach.

Przeczytałem Bukowskiego i wiem, że jest to zagadka nierozwiązana, bo one same tego nie wiedzą. Często pytają mnie o to, dlaczego tak postąpiły, a ja ich wtedy zawsze proszę o dziesięć dni dla domysłu. A potem nie odbieram telefonu.

Reklamy

Piąta piosenka o jesieni, czyli Janusz Laskowski Hope Forever

Jedna z miejskich legend głosi, że Janusza Laskowskiego, białostockiego barda wszechczasów, ojca disco-polo, spotkać można przy odpowiednim szczęściu w taksówce. Trudno go przeoczyć, bo do dzisiaj nosi tę ponadczasową fryzurę „długo z tyłu, krótko na przedzie”, którą doprowadzał dziewczęta do wielokrotnych orgazmów. Przyjaciel prowadzący knajpę zdradził mi, że jakiś czas temu pan Janusz wpadł do Labalbalu na kawę i proszę sobie wyobrazić, że zgromadzeni tam dwudziestolatkowie oddali Mistrzowi należny hołd. Były oklaski, ktoś mi mówił, że pociekła niejedna łza.

„Żółty jesienny liść”, „Świat nie wierzy łzom”, „Łaga czigi”. Te i wiele, wiele innych piosenek Laskowskiego sprawiło, że już za życia jest on legendą. Geniuszem, który za pomocą najprostszych możliwych środków wyrazu, trzech prostych dźwięków zaczerpniętych z muzyki żydowskiej, cygańskiej, ludowej, i naiwnych wierszy przesyconych symboliką rodzinnego domu, wspomnienia, matki, ciepłego chleba, żółtego jesiennego liścia spadającego z drzewa, potrafił dotrzeć do wielu serc.

Nie wstydzę się swojej miłości do tej muzyki. Przypomina mi o wielu miejscach na mapie mojego miasta, których już nie ma. Blokowisko, na którym się wychowywałem, powstało na przełomie lat 70. i 80. na miejscu małej wsi. Ślady po niej można było znaleźć jeszcze przez dobre 20 lat. Stara drewniana chata między blokami, pozostałości po sadach owocowych  u zbocza, na którym stała szkoła podstawowa nr 38, kopiec, w którym przechowywano ziemniaki nieopodal zajezdni autobusowej na rogu Jarzębionowej i Gajowej… No i całe Bojary – niby nie wieś, bo już przed wojną dzielnica białostockiej inteligencji, ale miejsce z wyglądu rustykalne. Małe drewniane domki, przy nich sady, gdzieniegdzie studnie, drewniane płoty ze sztachet, brukowane ulice Wiktorii, Poprzeczna, Kraszewskiego na których jest tak spokojnie, że gówniarze na samym środku urządzają regularne rozgrywki piłkarskie.

Zawsze myślałem, że piosenka o żółym jesiennym liściu, jest – jak większość jesiennych piosenek – przepełniona smutkiem, nostalgią i tęsknotą. Wczoraj wydarzyło mi się jednak coś, co przywróciło nadzieję, że ta jesień może być jednak szczęśliwa. Otworzyłem okno, do środka wpadł ciepły, aromatyczny, wilgotny wiatr. Wysłuchałem, co na ten temat ma do powiedzenia Artysta, wysłuchałem tego polskiego fado o nadziei, cierpliwości, potrzebie bycia silnym i wartości czekania i przez chwilę zrobiło się trochę lepiej.

Może nie dziś, nie jutro, ale wkrótce – i to przez całe życie

Plik:Casablanca, Trailer Screenshot.JPGNie ma większego filmu o rozstaniach i powrotach niż „Casablanca” Michaela Curtiza. Niewiele jest większych przyjemności od oglądania wielkich filmów pod gołym niebem. Dzisiaj, za osiem złotych będzie można obejrzeć Bogarta i Bergman w miejscu, które jeszcze kilka lat temu było rozklekotanymi deskami, gdzie studenci uniwersytetu i licealiści „Jedynki” pili tanie wina rozmawiając o dziewczynach.

Mimo hollywoodzkiego rozmachu, polityki, historii i wojny jest to historia wręcz intymna, nieoczywista. Taka, że nie wiesz, co myśleć. O tym, że można kochać i nie tęsknić i o tym, że można nie kochać tęskniąc. Humphrey Bogart – mężczyzna, który poświęca miłość pięknej kobiety wyłączne ze względu na zasady, który popada w nieszczęście na własne życzenie i podejmuje decyzję, która jest najlepszą z możliwych, choć jednocześnie rujnuje życie kobiety, która go kocha. Każdy mężczyzna powinien obejrzeć ten film i każdy powinien wyjść wzruszony.

„Maybe not today, maybe not tomorrow, but soon and for the rest of your life.” – mówi Bogart do Bergman w jednej z ostatnich scen tego filmu. Rozstanie przenika nadzieja na ponowne spotkanie, a obietnica zlewa z odmową.

A tę piosenkę zagrał kiedyś mój przyjaciel A. na Otrycie anonsując ją jako najpiękniejszy wiersz o odmowie. Potem znalazłem go w internecie z obrazkami tego wielkiego filmu.

Szykujmy się na wieczór wzruszeń.

Palcie ryż każdego dnia

Nie wiem, naprawdę nie wiem, dlaczego akurat w tych osobistych okolicznościach sięgnąłem po tego bohatera licealnych, niedojrzałych doświadczeń. Nie mam pojęcia dlaczego sięgnąłem po książkę tego przez całe życie nadwrażliwego i egotycznego wiecznego chłopca, który nie tylko nie potrafił nigdy radzić sobie z kobietami, ale i radzenie z samym sobą przychodziło z wielkim trudem.

Czasami takie przypadkowe decyzje czytelnicze okazują się strzałem w dziesiątkę. Tym razem mam wątpliwości, czy ten wybór był dobry, bo ciężkie lektury raczej nie powinny trafiać w ciężkie czasy.

Tego Hłaskę czytałem na wypchanym słomą sienniku, dwa kilometry od ruskiej granicy, w absolutnym spokoju. Telefon wyłapywał częściej białoruskich niż polskich operatorów. Wokół szalały świerszcze, wieczorami dołączały do nich komary. Czytałem spokojnie, świadomie i cierpliwie. Spokojnie, z opanowaniem chłonąłem ciężar tej historii, jej zgorzkniałość, twardość i bezkompromisowość. Hłasko po emigracji okazuje się mówić o tym samym zupełnie innym językiem. Owo to samo, to oczywiście miłość, w „Palcie ryż każdego dnia” potraktowana z powagą i chłodem wartym uczuć naprawdę najważniejszych.

Mizoginizm Hłaski w „Palcie ryż każdego dnia” osiąga poziom sięgający nieprześcignionego mistrza tej praktyki Otto Weiningera. Nienawiść Hłaski do kobiet i wiara w męską przyjaźń jest wręcz przerażająca. Bo wiadomo, że radykalizm w tych sprawach zawsze kończy się twardym lądowaniem. Jednak czasami trudno to opanować i lgnie się do tych, którzy dramatyzują, radykalizują, siejąc spustoszenie głównie w sobie samych. Na każdej stronie tej książki czuje się cholerny żal, zgorzknienie, niewiarę w człowieka i świat. To bardzo ciężkie, ociekające śmiercią, zdania. Nie jestem pewien, czy „Palcie ryż każdego dnia” jest w stanie zrozumieć ktoś, kto nigdy w życiu nie przeżył prawdziwej katastrofy.

Nie linia, nie okrąg, lecz łuk

W wypadku przejściowych trudności z zaśnięciem, najlepszym wyjściem wydaje się oddanie rozważaniom nad poezją obłąkanego piechura Hölderlina. Oto krótki epigram pod tytułem Lebenslauf (Bieg życia), który, w przekładzie Antoniego Libery brzmi następująco:

Wysoko duch mój mierzył, ale szybko

Miłość i ból zaczęły go w dół ściągać

Tak życie zatoczyło łuk i oto

Wracam do punktu, z którego wyszedłem

Bieg życia nie jest więc według Poety ani skończoną drogą, z początkiem i końcem, nie jest prostą, bez początku i końca, nie jest również półprostą, z początkiem, acz bez końca. Bieg życia nie jest też Wiecznym Powrotem, jak chciał Nietzsche i inni Mistrzowie Wschodu. Życie nasze jest napiętą cięciwą łuku, która drży naciągana przez ponadczasowe siły. Miłość i Ból, grając ze sobą w nierozstrzygalną grę, raz to wprowadzają ją w drżenie, raz to sprowadzają spokój. Życie jest drżeniem łuku na wszystkich jego fragmentach, przechodzącym z góry na dół, nie dającym spokoju i jednocześnie zachłannie pochłanianym. Metafora życia jako łuku jest bardzo „pociągająca”.