Zapiexy

DSCF1430 W Grajewie, przy głównej ulicy miasta, jest Zakład Gastronomiczny “Pizzeria”. W eklektycznym wnętrzu są trzy stoły i trzy wielkie automaty dla powiatowych hazardzistów. Można tam poprosić o piwo z nalewaka za pięć złotych, kwaśny jak licho żurek. Pizzy nie mają, ale za to słynne są ich “zapiexy”. Zapiexy to zwyczajne zapiekanki ubrane w niezwyczajną nazwę.

Zdjęcie przedstawia wejście do Pizzerii w Dukli. Dukla to małe beskidzkie miasto, rozsławiome przez Andrzeja Stasiuka, który poświęcił mu swoją najlepszą książkę. Na samym środku dukielskiego rynku stoi nieproporcjonalnie wielki, barokowy ratusz. Wygląda jak wielki, najedzony, śpiący niedźwiedź otoczony skromną, nieśmiałą architekturą małych kamienic.

Te wszystkie małe miasta powiatowe mają w sobie coś absurdalnego, nie pasującego do reszty, coś nie a propos. Wielkie rondo w Krynkach z jedenastoma odnóżami, bizantyjski ratusz w Michałowie, smutny i opuszczony dworzec kolejowy w Grajewie, transformatorownia w polu pod Knyszynem, wielki, pusty plac w Tykocinie, albo ten równie nieproporcjonalnie wielki dworzec w Bielsku Podlaskim, na którym zawsze wieje wiatr i jest zimno, nawet w środku lata. Na tym dworcu pekaesy zawsze robiły dziesięciominutowe przerwy, podczas których kupowało się zapiekanki z pieczarkami i keczupem w budach, których już nie ma. A jeśli są, to na pewno sprzedają tam zamiast tych zapiekanek kebaby i tortille.

Mógłbym tak wymieniać bez końca. Te urocze próby nadania wielkomiejskości na wszystkich prowincjach świata nie przestają mnie fascynować. W Grajewie, Bielsku Podlaskim, Michałowie, Krynkach albo Tykocinie dzieje się wszystko, co powinno człowieka interesować. Wszystko, co zasługuje na uwagę. Wszystko, nad czym trzeba się pochylić. Wszystko, na co warto patrzyć i czego warto słuchać.

Reklamy

Wasilków

Dzisiaj to miasteczko omija groteskowa, jednopasmowa autostrada, ale przez Wasilków najbardziej lubiłem przejeżdżać wtedy, jak jeszcze jej nie było. Wyjeżdżało się z miasta wzgłuż kolejnych cmentarzy: prawosławnego, katolickiego, a gdzieś tam dalej, w jadąc w kierunku Grabówki, można było znaleźć zagubiony cmentarz żydowski. Już bliżej lasu Pietrasze, gdzie grasują harcerze, zboczeńcy i narkomani, stoi umierająca galeria handlowa, gdzie nigdy nie ma problemu z parkowaniem, bo nikt tam nie robi zakupów. Latem organizują tam letnie kino samochodowe, w którym ludzie się pieprzą zamiast oglądać horrory klasy D.

No a potem jedzie się w dół, potem jest łagodny zakręt w prawo i po chwili, szczególnie jak jest ciemno, a jeżdżę tam prawie tylko po zmroku, widać piękny skyline Wasilkowa. Zalew po lewej, w głębi, w samym centrum miasta biała cerkiew. Senne, ciche miasteczko, o ponad wiek starsze od Białegostoku, przecięte zadymioną linią pędzących przez nie tysięcy tirów. Tak je zapamiętałem. Miasto młodych matek uprawiających ekstremalny sport przechodzenia przez przejścia dla pieszych i staruszek ze szmacianymi torbami wchodzących i wychodzących z miniaturowych sklepów spożywczych urządzonych w pożydowskich, drewnianych domkach z betonowym, bielonych wapnem podpiwniczeniem.

Nigdy by mi nie przyszło do głowy, aby pojechać specjalnie do Wasilkowa, bo nie ma tam nic ciekawego do zobaczenia. Można przy rynku skręcić w lewo, albo lepiej w prawo, w drogę na Nowodworce i przez chwilę pokręcić się wśród tych drewnianych domków, ale to straszna nuda. Ale by dotrzeć do jakiegokolwiek celu, trzeba zazwyczaj minąć podobne, nic nie znaczące miejsca. Tak, Wasilków jest takim miejscem, choć nie zasłużył sobie niczym, by pomyśleć o nim cokolwiek szczególnego.

Ulubione miejsce, do którego nie powinienem przyjeżdżać

Olecko. Surogat małego miasteczka. Miejsce, gdzie mieszkańcy ubierają się w sklepach z używaną odzieżą, gdzie na spacery chodzi się z nudy, a nie z przyjemności, a taksówki kosztują sześć pięćdziesiąt, niezależnie od długości kursu. Jedno Tesco, jedna Biedronka – wszystko, czego do szczęścia potrzeba. Zniszczony, zabity deskami dworzec kolejowy, z którego ostatni pociąg odjechał z dziesięć lat temu.

Dwa bezpośrednie kursy do Białegostoku przywożą i zabierają codziennie kilkoro pasażerów, a jak wysiadłem dzisiaj z autobusu, cały prowizoryczny dworzec spojrzał na mnie takim wzorkiem, jakim patrzy się na przybysza.

W drodze z dworca do Rynku obrośnięty trawą i pokrzywą ewangelicki cmentarz, pełen butelek po alkoholach, zużytych prezerwatyw, opakowań po chipsach. Między powalonymi, obsikanymi i obsranymi nagrobkami z ledwie widocznymi gotyckimi napisami, spacerują miejscowi z psami. Jedna z niewielu pamiątek po Margrabowej.

W wielkim rynku – gotycki kościół ze strzelistymi wykończeniami, a przy nim drewniany krzyż broczący krwią Chrystusa. Wokoło rynku socrealistyczne kamienice, a w ich parterach kilkanaście sklepów z belgijskimi ciuchami, równie tyle aptek, lombardy, szybkie pożyczki, poczta, banki, dwa kebaby z wieprzowiny i kurczaka.

Tutaj każdy wygląda jak uczeń zawodówki, bezrobotny albo emeryt.

Pusta ścieżka wzdłuż jeziora, przycumowane do drewnianych pomostów łódki i żaglówki obsypały już pierwsze liście. Podłużne, rynnowe Jezioro Oleckie jest piękne i jednocześnie niezmiernie smutne. Nie dopłyniesz do niego z Ełku. Olecko jest takim mazurskim Tykocinem – fascynującym miejscem bez mieszkańców, bez turystów, bez historii, bez siebie.

Do baru Koala, na rogu Rynku i Jeziornej, przychodzą od wcżesnego popołudnia ludzie, którym trudno wysiedzieć z domu. Niektórzy biorą flaki albo schabowego z frytkami, bo jak weźmiesz sielawę, to mogą cię wziąć za turystę. Ale tylko niektórzy coś zamawiają. Większość siada jak najbliżej okna, podpiera ręką brodę i zza tandetnych plastikowych ozdób i sztucznych kwiatów patrzy na przejeżdżające auta. Aby minęła kolejna godzina, aby skończył się kolejny dzień.
Olecko to jedno z moichnulubionych miejsc, ale nie powinienem przyjeżdżać tu właśnie teraz.

Osobowym do Warszawy

Październik to najlepsza pora na melancholijne, jesienne podróże pociągami osobowymi. Pociągi pośpieszne wywołują nieprzyjemny przeskok w wyobraźni. Wsiada się w jednym dużym mieście, wysiada w drugim, a pomiędzy tymi dwoma momentami jest tylko przyroda przesuwająca się za szybami wagonu. Pociągi osobowe, zatrzymujące się co kilka kilometrów, bez przedziałów, ale za to z prawdziwymi pasażerami, dają autentyczną interakcję z ludźmi, z przyrodą, z jesienią.

Konduktorzy znają co drugą gębę, przymykają oko na piwo z puszki, zza służbowej miny wyłazi wszystkimi stronami podlaska dobroduszność. Jest zaskakująco bezpiecznie, nawet kiedy biegają wokół ciebie nadpobudliwi szesnastolatkowie wracający z łapskich, szepietowskich czy małkińskich zawodówek i techników. Dziewczęta ze zniszczonymi farbowaniem włosami, zajmują się swoimi paznokciami, piszą w ponaddźwiękowym tempie esemesy albo puszczają sygnały do swoich przyjaciółek i chłopaków.

Zdecydowanie fajniejsza od jazdy „tam” była podróż powrotna. Było leniwe niedzielne popołudnie. W Warszawie Wileńskiej do pociągu wsiedli robotnicy po nocnych zmianach i powoli, aż do Małkini, ubywali, rozchodząc się do swoich podwarszawskich domów. W Małkini jak zwykle wszystko było zawieszone w powietrzu i uregulowane zgodnie z rozkładem pociągów. W całodobowym barze przy samych torach chłopcy i dziewczęta kupowali Fantę w butelkach zwrotnych i siedzieli na ławce, założę się, że przez cały dzień.

A potem nadjechał pociąg. Odjazd czternasta zero siedem. Kilkanaście kilometrów za Małkinią  w Czyżewie , wsiedli pierwsi studenci. To był ich pierwszy październikowy weekend w domu, a może jechali do szkoły po raz pierwszy tej jesieni? W przedziale było ciepło, słońce dostawało się do środka ciepłymi, jesiennymi błyskami. Gdzieś dwa siedzenia przede mną ktoś z telefonu puszcza jesienno-prowincjonalny Happysad, piosenkę o tym, że nie przechodzą mu już dreszcze i że nie brakuje mu już powietrza i że do końca ich dni….Dziewczyna obok rozwiązuje krzyżówkę, konsumując wściekle trzymany w ozdobionej tipsami dłoni długopis z napisem „Cefarm”. Naprzeciwko mnie zasuszony staruszek w przetartej, wysłużonej niebieskiej czapeczce Castoramy, zdaje się nie robić nic innego, niż tylko wypatrywać mijanych kościołów, by w odpowiednim momencie zdjąć nakrycie głowy i się przeżegnać. Obok studentka próbuje czytać Robinsona Crusoe’a. Ja też próbuję czytać, ale nie wychodzi.

Zgoda przenika wszystko, ludzie godzą się na siebie, przyroda godzi się na ludzi, a oni na nią. Wszystko jest, jakie jest i wszystkim jest z tym „jest” dobrze.

Z rzeczy bardziej przyziemnych, kontynuuję moje nieudolne wprawki publicystyczne, które chciałbym tutaj kronikować. Napisałem do Porannego tekst o samotności Białegostoku wśród innych ośrodków miejskich i niemiejskich w regionie. Mam raczej syntetyczny umysł, ale w tym wypadku okazało się, że podjąłem temat tak szeroki, że z koniecznośći zmieszczenia się w dziewięciu tysiącach znaków ze spacjami, nie uniknąłem błędu powierzchowności. Tekst został przyjęty nieźle, choć spotkał się z delikatną krytyką w ostatnim magazynie Porannego. Niestety, nie pamiętam nazwiska autora i nie mogę znaleźć tej polemiki w sieci.

Zająłem też głos w debacie Gazety Wyborczej „Czy warto studiować w Białymstoku?”, postulując budowę międzyuczelnianej egalitarnej i nowoczesnej biblioteki. Uważam, że byłby to świetny pomysł na Białystok – miasto akademickie. Argumenty można poznać klikając na odnośnik z tym tekstem. Polecam również dyskusję na forum o moich propozycjach. Zawsze uważałem białostockie fora internetowe za miejsce ujawniania się wszystkich cech typowych tutejszym mieszkańcom, którzy uwolnieni od konieczności ujawniania swoich personaliów wylewają hektolitry jadu na wszystko i wszystkich. Ogromnie się cieszę czytając te fora, bo zazwyczaj potwierdzają się moje przypuszczenia co do tutejszej obyczajowości. Żeby być sprawiedliwym, zdarzają się też merytoryczne głosy, spośród których najbardziej sobie cenię te krytyczne.

Górzno

Kilkugodzinne wizyty w nowych miejscach nie dają prawa do wypowiadania się o tych miejsach w sposób pozbawiony wątpliwości. Z takich krótkich podróży, wakacyjnych szwędactw, przywozi się jednak coś nie mniej cennego: pojedyncze, nieuporządkowane wrażenia, szybkie, ale głębokie obrazy, pojedyncze widoki.

Wjazd do Górzna jest spektakularny. Najpierw trzeba z pięćset czterdziestki czwórki łączącej Lidzbark z Brodnicą skręcić w lewo, a potem wijącą się wśród jezior i lasów drogą przejechać jeszcze kilkanaście kilometrów. Chwilami ma się wrażenie, że to góry. Z nieomal serpentynowych zakrętów co chwila widać po lewej stronie Jezioro Górzneńskie. Położone w dole, otoczone lasami, niebieskie, jest absolutnie cudowne.

Wjeżdżając do Górzna ma się wrażenie, jakby to było miasto śródziemnomorskie. Wąskie uliczki prowadzące do sennego rynku otoczone są białymi, niskimi budynkami z gankami wprost na ulicę. Na tych gankach przesiadują mieszkańcy, ospale patrzący za z rzadka przejeżdżającymi autami. Położenie tego zamieszkałego przez około tysiąc mieszkańców miasteczka powoduje swoisty społeczny mikrokosmos. Po jednej stronie rynku – sklep spożywczy ze stolikami na zewnątrz. Starcy siedząc przy tych stolikach obserwują niewielki ruch, popijając lokalnego Kasztelana. Po drugiej stronie rynku – kościół na niewielkim wzgórzu. Pomiędzy tymi dwoma biegunami fontanna, drewniana scena i niewielki skwerek. Żadnej knajpy, kilka sklepów z używaną odzieżą, których pracownice stoją przy wyjściu, paląc papierosa. Niemal rozkoszna senność.

Aby dojść do Jeziora, należy pójść ulicą Freta, obok kościoła, a następnie skręcić w lewo, mijając Jezioro Młyńskie. Kilkaset metrów w dole jest bardzo starodawne, urocze kąpielisko, kilka pensjonatów agroturystycznych.

Jestem absolutnie oczarowany Górznem. Stanowi ono ekstrakt tego, co najlepsze w polskiej prowincji. Znakomite miejsce, aby się nudzić, marnować czas, żyć bez zegarka i bez pieniędzy.