Piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów

Marzyciel z „Auto da feEliasa Canettiego w uroczym domu w Supraślu, na samym skraju Puszczy. Z dnia na dzień jest coraz chłodniej, coraz bardziej szaro i smutno. Można by rzec, że  to wszystko domaga się, jak powiedziała mi niedawno znajoma, porządnej flaszki. Najlepiej Żołądkowej Gorzkiej – napoju najbardziej polskiego z polskich, choć z litewskim rodowodem. I najbardziej jesiennego z jesiennych. Kiedy wychodziłem z domu Gospodarza dzisiejszego spotkania i szedłem w kierunku samochodu, najbardziej w głowie zapadł mi zapach takiego miejsko-wiejskiego ganka, a potem mroźne powietrze pomieszane z zapachem dymu z kominów. Mróz dopadł szyby auta, zacieraliśmy z zimna ręce, kiedy grzał się silnik. Nalepiej mieli ci, którzy spróbowali łąckiej śliwowicy Krzysztofa. Kiedy przejeżdżaliśmy obok pięknie oświetlonego supraskiego kościoła, było już znośnie. W Białymstoku, na rogu Św. Wojciecha i Warszawskiej, drobna dziewczyna prowadziła pod rękę dwóch całkowicie nieprzytomnych, wielkich chłopców, a już w centrum, w okolicach Malmeda i Lipowej, piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów, pożeranych na ulicy, przy niedbale zaparkowanych samochodach, z sosem lejącym się po brodach coraz lepiej ubranych studentek i studentów.

Reklamy

Co czytać, Marzycielu?

W sytuacji bez wyjścia, kiedy nie potrafię udzielić odpowiedzi na pytana o zasadniczym życiowym znaczeniu, zwracam się do Ciebie, Marzycielu, z prośbą o radę. Podczas popołudniowo-wieczornej przejażdżki zadałem sobie pytanie, które zadać powinienem sobie już jakiś czas temu. Dzisiaj zadaję je Tobie.

Co czytać? Zapytałem na głos, pytam i Ciebie. Wszystkiego wszak się nie da, choć czyta się wszystko. Kiedy jednak próbuję dokonać świadomego wyboru, dwie rzeczy przychodzą mi do głowy. Czy ograniczenie, kryterium, powinno wynikać ze smutnej świadomości skończonego odcinka czasu na którym Miłosierna Opatrzność nas usadowiła? Czy też – i tutaj na samą myśl o tym przechodzą mnie dreszcze – może czytanie niektórych rzeczy nieść może szkody, powodować regres, siać spustoszenie w tkanej misternie tkance wrażliwości?

Bo choć nawet w najpodlejszej literaturze nie dostrzegam zła i nawet najplugawsze czytanie od nieczytania wyżej cenię, być może się mylę i w pułapki niebezpieczne wpadam, nic o tym nie wiedząc? Być może umysł mój kaleczę, przeskakując z Hayeka do Sierakowskiego, żonglując Dawkinsem na przemian z Tischnerem? Być może, budując dojrzałą strukturę, tworzę chaos? I, być może, stąd ten niepokój?

Drogi Marzycielu,

było mi smutno i czułem się trochę jak gość podczas dzisiejszego spotkania w sali czterdzieści siedem, gdzie literaci, naukowcy i dziennikarze rozprawiali o popularnych książkach. Czy powinienem się czuć jak gość tam, gdzie rozmawiają o książkach?

Pełniąc dobrowolnie wybraną rolę gościa, jedyną radość wzbudziła we mnie obecność tych, którzy od niedawna uczestniczą w naszych tajnych działaniach. Kiedy przemawiali, miałem ochotę wstać i krzyknąć: „Oto Oni! Oto prawdziwi Marzyciele!”. Hamował mnie tylko lęk przed zdemaskowaniem, przed ujawnieniem naszej ukrytej struktury.

Bo kiedy jeden ze Starców (mogę tak mówić, wszak lat trzydzieści ukończył ów Pan już kilka Wiosen temu) orzekł nie bez drżenia w głosie, iż „najlepszy wytwór kultury popularnej jest gorszy od najgorszej książki Orzeszkowej„, poczułem, że ziemia się trzęsie, a mądry Biskup Manichejski zsyła na to miejsce i tego Starca gromy wiecznego potępienia.

Starzec ów broni „mądrych intelektualistów”, jego wyznawczyni każe „uczyć talentu”, a zgromadzona młodzież wyje, czy to z bólu, czy ze śmiechu….

Więc dziękuję Ci Marzycielu, że zesłałeś tego popołudnia proroka, wieprza przed Perłę, znakomitego Falbankiewicza, który jako jedyny miał odwagę powiedzieć, że „Orzeszkowa to haft pierwszej wody„. Był Falbankiewicz Wittgensteinem tego popołudnia twierdząc, że nad niedorzecznym lub oczywistym należy umilknąć.

Nie było Cię dzisiaj Marzycielu i jednocześnie byłeś. Ach, jak miło, jak rozkosznie było patrzeć na starców w młodzieżowych koszulkach zza Uralu, za stołem z kwiatami wyściełanym zielonym obrusem, z pasją i wściekłością dekonstruowanych przez to marzycielstwo. „To jest problem waszego pokolenia, to jest ta starość, to jest wasz problem…„, mówiono, a za zielonym obrusem było milczenie i lęk.