Moc truchleje

Śnieg się topi, moc truchleje. Chodniki pokrywa biała warstwa soli. Spod zasp wyłaniają się puste butleki po ruskich szampanów i resztki sylwestrowych petard. Polscy londyńczycy, irlandczycy i warszawscy słoikowcy już pojechali do swoich zmywaków, korporacji i uniwersytetów. Miasto wraca do swojego zwykłego, nudnego, przewidywalnego rytmu. Dopiero teraz widać, jak jest tu nudno i brudno. Wszystkie samochody rozjeżdżające kałuże na Alei Piłsudskiego są utytłane brudnym brunatnym błotem.

Słoneczne poranki nie rekompensują dotkliwego już o tej porze roku braku światła. Obchodzimy martwy sezon między jednymi a drugimi świętami. Niczego nie opłaca się jeszcze rozpoczynać, niczego nie warto kończyć. Teraz się czeka, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, na co. Tutejsza smutna zgoda na rzeczywistość, nawet jeśli wszystko wskazuje na najgorsze, jest teraz widoczna i dotliwa bardziej, niż kiedykolwiek.

Górzno

Kilkugodzinne wizyty w nowych miejscach nie dają prawa do wypowiadania się o tych miejsach w sposób pozbawiony wątpliwości. Z takich krótkich podróży, wakacyjnych szwędactw, przywozi się jednak coś nie mniej cennego: pojedyncze, nieuporządkowane wrażenia, szybkie, ale głębokie obrazy, pojedyncze widoki.

Wjazd do Górzna jest spektakularny. Najpierw trzeba z pięćset czterdziestki czwórki łączącej Lidzbark z Brodnicą skręcić w lewo, a potem wijącą się wśród jezior i lasów drogą przejechać jeszcze kilkanaście kilometrów. Chwilami ma się wrażenie, że to góry. Z nieomal serpentynowych zakrętów co chwila widać po lewej stronie Jezioro Górzneńskie. Położone w dole, otoczone lasami, niebieskie, jest absolutnie cudowne.

Wjeżdżając do Górzna ma się wrażenie, jakby to było miasto śródziemnomorskie. Wąskie uliczki prowadzące do sennego rynku otoczone są białymi, niskimi budynkami z gankami wprost na ulicę. Na tych gankach przesiadują mieszkańcy, ospale patrzący za z rzadka przejeżdżającymi autami. Położenie tego zamieszkałego przez około tysiąc mieszkańców miasteczka powoduje swoisty społeczny mikrokosmos. Po jednej stronie rynku – sklep spożywczy ze stolikami na zewnątrz. Starcy siedząc przy tych stolikach obserwują niewielki ruch, popijając lokalnego Kasztelana. Po drugiej stronie rynku – kościół na niewielkim wzgórzu. Pomiędzy tymi dwoma biegunami fontanna, drewniana scena i niewielki skwerek. Żadnej knajpy, kilka sklepów z używaną odzieżą, których pracownice stoją przy wyjściu, paląc papierosa. Niemal rozkoszna senność.

Aby dojść do Jeziora, należy pójść ulicą Freta, obok kościoła, a następnie skręcić w lewo, mijając Jezioro Młyńskie. Kilkaset metrów w dole jest bardzo starodawne, urocze kąpielisko, kilka pensjonatów agroturystycznych.

Jestem absolutnie oczarowany Górznem. Stanowi ono ekstrakt tego, co najlepsze w polskiej prowincji. Znakomite miejsce, aby się nudzić, marnować czas, żyć bez zegarka i bez pieniędzy.

Życie w autobusie

Znowu sentymentalnie. To z powodu jesiennej aury, zimy bez śniegu, klasowych spotkań. Podczas niedawnych rozmyślań o tym, co nadać w audycji radiowej, do której mnie zaproszono (szczegółowa relacja tutaj), przypomniałem sobie, jak istotnym elementem codzienności czasów, w których uczęszczałem do liceum, były codzienne podróże autobusem, z białostockich Dziesięcin, zbudowanego na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych socrealistycznego blokowiska, do centrum, na ulicę Pałacową.

Podczas czteroletniej edukacji, zakładając około dwudziestu kilkunastominutowych kursów w obie strony, spędziłem w autobusie białostockiej „piątki” ponad trzydzieści tysięcy minut, co daje ponad pięćset godzin, czyli prawie miesiąc wyrwany z życiorysu.

Do tego należałoby doliczyć przejazdy na uczelnię, byłoby tego drugie tyle. Potem człowiek kupuje samochód, co wydawało się uwalniać go od uciążliwości publicznej komunikacji miejskiej.

Zapomniałem o tym codziennym miejskim zen, zaspanych twarzach w przeludnionych, niedogrzanych pojazdach, oszronionych od wewnątrz tak, że trudno się było niekiedy zorientować, na którym przystanku akurat się jest. Zapomniałem o tych przygodnych, przypadkowych współpasażerach z takimi samymi twarzami, zlewającymi się w jedną, taką samą twarz. Wypadły mi z pamięci te wszystkie barwne rozmowy, kłótnie o miejsce siedzące i utarczki z kierowcami. Straciłem kontakt z rzeczywistością.