Włoscy turyści na Placu Nowym

DSC01403

Nie zrobiłem więcej zdjęć. Było zimno. Minus piętnaście i wiatr, wyrywający z okienka stojącej przed dworcem starej lokomotywy – baru szybkiej obsługi serwetki z półprzezroczystego papieru.

Klasy drugie, pociągi regionalne, teelki, polskie busy i ekspresy podlaskie załadowane po brzegi ludźmi w czapkach, z wielkimi plecakami wciąganymi do przedziałów, wyrywanymi do góry, aby wsunąć je na stalową półkę. I z satysfakcją klepnąć na wywalczonym łokciami siedzeniu.

W pierwszej klasie posłowie i bogaci Białorusini pubierani jak biedota. I ci, którzy nie zdołali się wepchnąć do drugiej, stoją na zimnym korytarzu, patrząc na w pół puste przedziały liczą na wyrozumiałość konduktora.

Szepietowo, Czyżew, Małkinia, Tłuszcz. Im bliżej do Wschodniej, tym nazwy mijanych miejscowości coraz brzydsze. W Łochowie na szczęście się już nie zatrzymuje. Wschodnia, od kiedy pamiętam zimna i niechętna aktywności turystycznej, teraz ma kilka peronów wyposażonych w elektroniczne tablice. Jak stara prostytutka, która pomalowała tylko jedną połowę twarzy.

Katowice, Tychy i Kraków. Hostel na Szlak 24. Mroźny spacer. Ulica Długa zalana jest słońcem. Więc w tym blasku promieni odbijanych od rozmrażających się i ociekających wodą sopli są Planty, jest Stolarska i jest Rynek.

Niedziela. Taksówką na Plac Nowy. Biała kawa i zapiekanki w Singerze, do którego chyba z 10 lat temu przyprowadził mnie B. Stoliki z maszyn do szycia, stary piec kaflowy w kącie daje poczucie ciepła. Siedzimy w kącie, czytamy faszystowskie pisemka i patrzymy na włoskich turystów, którzy ze niezrozumiałym smutkiem błądzą po tym Kazimierzu, jakby coś tu zgubili, a przecież to nieprawda.

Reklamy

Osobowym do Warszawy

Październik to najlepsza pora na melancholijne, jesienne podróże pociągami osobowymi. Pociągi pośpieszne wywołują nieprzyjemny przeskok w wyobraźni. Wsiada się w jednym dużym mieście, wysiada w drugim, a pomiędzy tymi dwoma momentami jest tylko przyroda przesuwająca się za szybami wagonu. Pociągi osobowe, zatrzymujące się co kilka kilometrów, bez przedziałów, ale za to z prawdziwymi pasażerami, dają autentyczną interakcję z ludźmi, z przyrodą, z jesienią.

Konduktorzy znają co drugą gębę, przymykają oko na piwo z puszki, zza służbowej miny wyłazi wszystkimi stronami podlaska dobroduszność. Jest zaskakująco bezpiecznie, nawet kiedy biegają wokół ciebie nadpobudliwi szesnastolatkowie wracający z łapskich, szepietowskich czy małkińskich zawodówek i techników. Dziewczęta ze zniszczonymi farbowaniem włosami, zajmują się swoimi paznokciami, piszą w ponaddźwiękowym tempie esemesy albo puszczają sygnały do swoich przyjaciółek i chłopaków.

Zdecydowanie fajniejsza od jazdy „tam” była podróż powrotna. Było leniwe niedzielne popołudnie. W Warszawie Wileńskiej do pociągu wsiedli robotnicy po nocnych zmianach i powoli, aż do Małkini, ubywali, rozchodząc się do swoich podwarszawskich domów. W Małkini jak zwykle wszystko było zawieszone w powietrzu i uregulowane zgodnie z rozkładem pociągów. W całodobowym barze przy samych torach chłopcy i dziewczęta kupowali Fantę w butelkach zwrotnych i siedzieli na ławce, założę się, że przez cały dzień.

A potem nadjechał pociąg. Odjazd czternasta zero siedem. Kilkanaście kilometrów za Małkinią  w Czyżewie , wsiedli pierwsi studenci. To był ich pierwszy październikowy weekend w domu, a może jechali do szkoły po raz pierwszy tej jesieni? W przedziale było ciepło, słońce dostawało się do środka ciepłymi, jesiennymi błyskami. Gdzieś dwa siedzenia przede mną ktoś z telefonu puszcza jesienno-prowincjonalny Happysad, piosenkę o tym, że nie przechodzą mu już dreszcze i że nie brakuje mu już powietrza i że do końca ich dni….Dziewczyna obok rozwiązuje krzyżówkę, konsumując wściekle trzymany w ozdobionej tipsami dłoni długopis z napisem „Cefarm”. Naprzeciwko mnie zasuszony staruszek w przetartej, wysłużonej niebieskiej czapeczce Castoramy, zdaje się nie robić nic innego, niż tylko wypatrywać mijanych kościołów, by w odpowiednim momencie zdjąć nakrycie głowy i się przeżegnać. Obok studentka próbuje czytać Robinsona Crusoe’a. Ja też próbuję czytać, ale nie wychodzi.

Zgoda przenika wszystko, ludzie godzą się na siebie, przyroda godzi się na ludzi, a oni na nią. Wszystko jest, jakie jest i wszystkim jest z tym „jest” dobrze.

Z rzeczy bardziej przyziemnych, kontynuuję moje nieudolne wprawki publicystyczne, które chciałbym tutaj kronikować. Napisałem do Porannego tekst o samotności Białegostoku wśród innych ośrodków miejskich i niemiejskich w regionie. Mam raczej syntetyczny umysł, ale w tym wypadku okazało się, że podjąłem temat tak szeroki, że z koniecznośći zmieszczenia się w dziewięciu tysiącach znaków ze spacjami, nie uniknąłem błędu powierzchowności. Tekst został przyjęty nieźle, choć spotkał się z delikatną krytyką w ostatnim magazynie Porannego. Niestety, nie pamiętam nazwiska autora i nie mogę znaleźć tej polemiki w sieci.

Zająłem też głos w debacie Gazety Wyborczej „Czy warto studiować w Białymstoku?”, postulując budowę międzyuczelnianej egalitarnej i nowoczesnej biblioteki. Uważam, że byłby to świetny pomysł na Białystok – miasto akademickie. Argumenty można poznać klikając na odnośnik z tym tekstem. Polecam również dyskusję na forum o moich propozycjach. Zawsze uważałem białostockie fora internetowe za miejsce ujawniania się wszystkich cech typowych tutejszym mieszkańcom, którzy uwolnieni od konieczności ujawniania swoich personaliów wylewają hektolitry jadu na wszystko i wszystkich. Ogromnie się cieszę czytając te fora, bo zazwyczaj potwierdzają się moje przypuszczenia co do tutejszej obyczajowości. Żeby być sprawiedliwym, zdarzają się też merytoryczne głosy, spośród których najbardziej sobie cenię te krytyczne.