Władza

Power to the people Painting by Sophie Sarti | Saatchi Art

Władza zawsze wzbudzała moją niechęć. Unikam jej, jak tylko mogę. Zawsze, przy krótkich okazjach, gdy byłem tak zwanym „szefem”, tak naprawdę żadnym szefem nie byłem, bo nie potrafiłem wydawać poleceń, a dążyłem do dyskusji nad problemem. W związku z tym, moim podwładni mnie nie szanowali, bo ludzie potrzebują wykonywać polecenia szefa. To moja wielka wada, że nie potrafię wydawać poleceń.

Z przerażeniem obserwuję ludzi chełpiących się choćby okruszkami władzy, którą w jakiś sposób posiedli. Władzy nad petentem w urzędzie, władzy nad dzieckiem, władzy nad tym, kogo wpuścić do klubu. Ci ludzie, otrzymawszy choć odrobinę kontroli nad innymi, wysysają tę okazję do decydowania di sucha, do cna, do końca.

Popadam w smutek, gdy widzę tych ludzi głodnych władzy, spragnionych kontroli nad innymi jak żebrak głodny chleba. Każdy potrzebuje pożywienia, każdy potrzebuje miłości i wsparcia, ale czy władza jest na tyle słodkim narkotykiem, aby masturbować się nią, krzywdząc przy okazji niewinnych ludzi?

Stare panny

Najgorsze sąsiadki to te trzydziestoparoletnie, stare panny ze znaczną nadwagą, żyjące ze swoimi matkami. Zazwyczaj mają krótkie włosy i różnorodne wady wzroku. Przechodząc klimakterium, plują jadem w każdym kierunku. Szukają za wszelką cenę konfliktu. Są skłócone z całym światem. Nienawidzą mężczyzn. Staram się unikać takich kobiet.

Najlepsze sąsiadki to dziewczyny na emeryturze, trzymające w domu koty albo psy. Samotne wdowy uprawiające przyblokowe ogródki, pogodzone ze światem, mimo chorób i starości, czerpiące radość z życia. Z tymi dziewczętami się przyjaźnię.

Uwielbiam, jak zapraszają mnie na pączki i herbatę do swoich staroświeckich mieszkań i opowiadają o swoich życiowych tragediach. W zamian za te zwierzenia, kupuję ich licznym kotom drobiowe lub wieprzowe wątroby.

Mieszkam w bloku pełnym starców. Brakuje mi tu tylko dzieci. Tych starych panien jest mało, ale te, które są, wyjątkowo ochoczo się panoszą, zatruwają przestrzeń swoimi obsesjami, nudą, potrzebą konfliktu. Staram się ich za wszelką cenę unikać.

Najgorsza emanacja samotności to właśnie te pretensje o byle bzdurę, to rozpaczliwe poszukiwanie punktów spornych, to narzekanie na wszystko, co się przytrafia. To ta wykrzywiona, polska mina, wyrażająca maksymalne zdegustowanie.

Pani Ela Etcetera

DSC_0077

Twierdzi, że kruki żyją do pięciuset lat, koty dożywają setki i lubią czekoladę, a nawigacją GPS w samochodach sterują amerykańscy kosmonauci w statkach krążących po orbicie. Jest fanatyczką radzieckiej literatury pięknej i filozofii, a także niekonwencjonalnych metod leczenia. Pani Ela Etcetera (imię i nazwisko zmienione) jest jedną z tych starszych pań sprzedających pod sklepami rachityczny aloes w plastikowych doniczkach, ser domowej roboty, pigwę w plastikowych pojemnikach po lodach i świeże mleko od krowy w butelkach PET. Poznaliśmy się na jednym z takich bazarów, jak po Opałkiem albo przy ulicy Jurowieckiej.

Zaprosiła mnie do domu z obietnicą pokazania mi jej kolekcji kwiatów doniczkowych, jednak to, co zobaczyłem, przerosło moje wszystkie oczekiwania. Pani Ela Etcetera mieszka sama w trzykondygnacyjnym budynku na jednym z białostockich osiedli domów jednorodzinnych. Mieszka w urządzonej staromodnie, lekko zakurzonej przestrzeni pełnej nie tylko wydrukowanych po rosyjsku książek i stert radzieckich czasopism, ale przede wszystkim setkami kwiatów. Kwiaty są wszędzie – każdy centymetr wolnej płaskiej przestrzeni okupują kwiaty – dziesiątki begonii, wilczomleczy, paproci, hoi, pelargonii, zwartnic, żyworódek, gruboszy, platyceriumów, psianek, kalatei, rosiczek, sitniczek, krotonów, szefler, juk, dracen, eszeferii w plastikowych doniczkach, w każdym pomieszczeniu. A wokół domu ogród też pełen kwiatów, warzyw, owoców. A obok kurnik. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego.

Kupuję od pani Eli Etcetery kwiaty, jednak w praktyce wygląda to tak, że dając jej 20 złotych wychodzę z dziesiątką doniczek. Zabieramy ją czasami na grzyby i zawsze podczas tych wycieczek dowiaduję się masy ciekawych rzeczy, bo pani Ela Etcetera jest bardzo zażywną i uwielbiającą mówić kobietą, nadużywającą słowa „etcetera” jak mechanik słowa „kurwa mać”, kochającą dzielić się swoją wiedzą o zdrowiu („do poduszki włożyć trochę liści paproci – sen się poprawi”), historii najnowszej (połączenie radykalnego rusofilstwa z antysemityzmem), kulinariach („hubę z lasu do wody włożyć i gotować dwie godziny, smakuje jak karkówka”) i literaturą (uwielbienie dla sowieckiej literatury lat 60. XX wieku), ale w tym całym swoim szaleństwie i gadulstwie jest na swój sposób urocza. Zaś przede wszystkim jest w niej taki ogromny entuzjazm do świata i radość ze wszystkiego, na co się co się natyka. Tego jej zazdroszczę. Z tych wyjazdów przywozi, poza torbą pełną muchomorów i innych blaszkowców, których bałbym się dotknąć przez rękawiczkę, wiadra pełne mchów, traw, kamieni i innych darów lasu, które potem sadzi i układa w swoim ogrodzie.

Pani Ela Etcetera jest bardzo wdzięczna za to, że zabieramy ją na te grzyby. Czasami, nienachalnie i z wyczuciem dzwoni do mnie z pytaniem, co słychać, co u mojej mamy. Nie pytam za wiele o jej przeszłość, ale wyczuwam, że sporo w życiu przeszła, a teraz doskwiera jej samotność. Dlatego tak chętnie dzieli się tymi kwiatami i z tak wielką, godną pozazdroszczenia radością, przyjmuje zaproszenie na grzyby.

Jak będziecie przechodzić obok tych starszych kobiet, sprzedających aloes w doniczkach za 5 złotych, kupcie tę jedną doniczkę (sok aloesu świetnie goi rany) i pogadajcie z nimi przez chwilę o jakichś bzdurach. Zapytajcie, jak zrobić nalewkę z pigwy albo gdzie znalazły takie ładne zielonki. Sprawicie im w ten sposób ogromną radość, bo samotność to straszna sprawa.

Dzisiaj pani Ela Etcetera dała mi dziesięć doniczek kwiatów, które wsadziłem do doniczek po letnich ziołach. Moje mieszkanie nie dorównuje pod względem zieloności domowi pani Etcetery, ale dzięki takim ludziom i ich pozytywnym osobowościom staje się coraz bardziej zielone i nie tak puste, mimo, że bez Syna.

Marcin Kołodziejczyk – B. Opowieści z planety prowincja

Byłoby niezmiernie przykro, gdyby ta świetna książka przeszła przez polską scenę literacką bez echa, ale kiedy szuka się informacji czy recenzji na jej temat, trudno znaleźć coś wartego uwagi. A szkoda, bo “Opowieści z planety prowincja” to współczesna kontynuacja twórczości piewców polskiej prowincji i przedmieść, takich jak zapomniany Marek Nowakowski.

Echa autora “Benka Kwiaciarza” odnaleźć można w proletariackim języku, na który Kołodziejczyk jest bardzo wyczulony. Krótkie zdania, ubogie słownictwo, bogactwo bluzgów – składają się na te opowiadania, które w większości składają się dialogów-opowieści.

Są to historie o polskiej prowincji, o świecie, z którego istnienia nie zdaje sobie sprawy większość mieszkańcow wielkich miast, przemieszczających się międzi nimi autostradami i pociągami Inter-City. Bohaterowie opowiadań Kołodziejczyka to gastarbaiterzy, robotnicy najemni, bezrobotni, matki na zasiłku z GOPS-u albo zwykli złodzieje. Żyją za kilkaset złotych miesięcznie, z których większość przeznaczają na tanie alkohole, produkty z Lidl’a i Biedronki. Spędzają swoje życie przed telewizorem. Poruszają się kolejkami podmiejskimi albo dwudziestoletnimi autami sprowadzonymi z Niemiec.

Marcin Kołodziejczyk nie wchodzi ani w rolę piewcy polskiej popegeerowskiej prowincji, ani nie jest kolejnym Stasiukiem, czerpiącym z rozpadu, biedy i marazmu powód do ochów i achów. Jest bardzo wnikliwym obserwatorem, wyczulonym na język, rytuały, obyczaje i styl życia tych ludzi. To właśnie człowiek jest w centrum zainteresowania autora. Czy dobry, czy zły, na to pytanie Kołodziejczyk nie odpowiada, pozostawiając to czytelnikom.

Za późno na dworcu? Odrzucona karta kredytowa? Wszystko to wina nadprecyzji.

Zbyt wielkie przekonanie o precyzji własnych przekonań i przewidywań (overprecision) może mieć poważne konsekwencje w wielu dziedzinach życia: na giełdach akcyjnych, w pracy lekarzy, bukmacherów, pilotów i kierowców. W codziennym życiu może prowadzić do sporów w zwykłych dyskusjach.

Z badań Alberta Mannesa i Dona Moore wynika, że owa “nadprecyzja” jest nie tylko powszechna, ale stanowi ważną część tego, co określamy mianem “przesadnej pewności siebie” (overconfidence). Ta ostatnia wynika z wysokiej skuteczności naszych codziennych przewidywań.

Badanie pokazało, że im bardziej jesteśmy pewni co do przewidywań w warunkach niepewności, w tym mniejszym stopniu jesteśmy skłonni do zmiany naszych przewudywań w momencie zmiany warunków lub zwiększenia kosztów ewentualnego błędu.

Jednym słowem, przeceniamy wartość wiedzy, którą – naszym zdaniem – posiadamy i nie doceniamy wiedzy, której – naszym zdaniem – nie posiadamy.

Wyniki badania opublikowano w Psychological Science, periodyku the Association for Psychological Science.

Zjawisko “nadprecyzji” zazwyczaj bada się za pomocą pytań o oszacowanie, z pewnością np. 90%, pewnej wartości liczbowej, na przykład długości rzeki. Niestety, tego typu metoda nie zawsze jest skuteczna i niekoniecznie odzwierciedla szacowania, których dokonujemy w codziennym życiu. Przybycie na dworzec kolejowy na 15 minut po planowanym odjeździe nie jest tym samym, co przybycie 15 minut wcześniej.

Mannes i Moore stworzyli trzy narzędzia badające asymentryczną naturę codziennych oszacowań. Uczestnicy badania próbowali odgadnąć temperaturę w losowo wybranych dniach, a dokładność przewidywań była nagradzana czymś w rodzaju loterii z nagrodami. W niektórych przypadkach, losy przyznawano tym, którzy odgadli temperaturę dokładnie lub prawie dokładnie. W inych przypadkach tym, którzy trafili, lub wskazali zbyt wysoką wartość. W jeszcze innych tym, którzy trafili, lub wskazali zbyt nisko.

Okazało się, że badani dopasowywali swoje przewidywania do antycypowanej wypłaty po otrzymaniu (lub nie) wygranej. To było do przewidzenia.

Interesujące było jednak to, że badani dopasowywali swoje przewidywania w stopniu niewspółmiernym do posiadanej przez nich wiedzy o lokalnych temperaturach powietrza, tak, jakby byli zbyt mocno przeświadczeni i swoich możliwościach przewidywania.

Dopiero, gdy badani wprowadzili wygórowany czynnik w postaci dwuipółkrotnego przemnożenia możliwego błędu, zdołali przezwyciężyć skłonność badanych do nadprecyzji.

Zjawisko to tłumaczy wiele sytuacji, w których skłonność do zbytniej wiary do własnych możliwości szacowania prowadzi do mniej lub poważnych problemów. Spóźnień na lotnisko, odrzuconych kart kredytowych i wielu innych sytuacji, kiedy pozostawianie sobie zbyt małej przestrzeni na błąd prowadzi do kłopotów.

A. E. Mannes, D. A. Moore. A Behavioral Demonstration of Overconfidence in Judgment. Psychological Science, 2013; DOI: 10.1177/0956797612470700