Zimny oddech lata

Każdy sezon, a szczególnie ten przesycony wrażeniami i silnymi emocjami, potrzebuje momentu zakończenia, symbolicznej przepaści, w którą chciałoby się rzucić z całym ciężarem leżącym na plecach. Decyzja o ucieczce z miasta jest już podjęta. Okazało się, że podjąć decyzję było chyba trudniej niż doprowadzić teraz do realizacji radykalnych planów. Tyle, że wyprowadzka to milestone projektu na całe życie, a obecnie w plecy sapie i dyszy gorącym oddechem całe to kończące się lato. Co prawda nie czuję jeszcze jesiennego otępienia, ale lepiej być na nie przygotowanym i zawczasu przyjąć do wiadomości, że w końcu nadejdzie. Mam problemy z trafieniem w lekturę, muzykę, obraz, które pasowałyby do tego momentu i go jakoś tłumaczyły. To – zdaje się – dobry moment, aby wykroczyć poza subiektywny świat przeżywany, przestać kontemplować, muskać świat, ale zacząć go tłumaczyć i w końcu lepiej rozumieć. A najlepiej zrobiłaby samotna wycieczka w jakąś prawdziwą dzicz. Krajobrazy z dużymi różnicami poziomów, nieufni mieszkańcy, dużo przyrody i samotności.

Hłasko

Ostatnio sporo myślenia i rozmawiania o literaturze. I – jak zawsze w takich wypadkach – pojawia się, jak na zawołanie – bohater tych rozmyślań, ktoś, kto dostarcza konstrukcji wrażeń nie tyle porządkującej chaos, a raczej nadającej nawet niezbyt pozytywnym stanom jakiś sens. Tym razem to Marek Hłasko nadaje sens jakiemuś idiotycznemi rozedrganiu i chaosowi.

Literatura nie jest w stanie wyjaśnić, przewidzieć. Nie jest w nawet w stanie uporządkować. Daje jednak pewien punkt odniesienia, którego w szczególnie beznadziejnych sytuacjach nie sposób przecenić. A u Hłaski najlepsze wydaje się połączenie siły i słabości, miłości i niechęci, żalu i zwycięstwa. cynizmu i szczerości. Tylko genialna literatura potrafi tworzyć syntezy, z którymi nigdy nie poradziła sobie na przykład filozofia. A ta ostatnia – wydaje się, że niepotrzebnie – próbuje odpowiadać na pytania, na które tacy, jak Hłasko, odpowiedzieli już bardzo dawno. Oczywiście na tyle, na ile da się odpowiedzieć na takie pytania.

Co czytać, Marzycielu?

W sytuacji bez wyjścia, kiedy nie potrafię udzielić odpowiedzi na pytana o zasadniczym życiowym znaczeniu, zwracam się do Ciebie, Marzycielu, z prośbą o radę. Podczas popołudniowo-wieczornej przejażdżki zadałem sobie pytanie, które zadać powinienem sobie już jakiś czas temu. Dzisiaj zadaję je Tobie.

Co czytać? Zapytałem na głos, pytam i Ciebie. Wszystkiego wszak się nie da, choć czyta się wszystko. Kiedy jednak próbuję dokonać świadomego wyboru, dwie rzeczy przychodzą mi do głowy. Czy ograniczenie, kryterium, powinno wynikać ze smutnej świadomości skończonego odcinka czasu na którym Miłosierna Opatrzność nas usadowiła? Czy też – i tutaj na samą myśl o tym przechodzą mnie dreszcze – może czytanie niektórych rzeczy nieść może szkody, powodować regres, siać spustoszenie w tkanej misternie tkance wrażliwości?

Bo choć nawet w najpodlejszej literaturze nie dostrzegam zła i nawet najplugawsze czytanie od nieczytania wyżej cenię, być może się mylę i w pułapki niebezpieczne wpadam, nic o tym nie wiedząc? Być może umysł mój kaleczę, przeskakując z Hayeka do Sierakowskiego, żonglując Dawkinsem na przemian z Tischnerem? Być może, budując dojrzałą strukturę, tworzę chaos? I, być może, stąd ten niepokój?