Wszystkie błędy Katarzyny Bondy – „Florystka”

flor

Przeczytałem „Florystkę” Katarzyny Bondy. Jest to bodaj jedyny na razie kryminał dziejący się w Białymstoku i był to jedyny powód, dla którego zdecydowałem się na lekturę. Jak bowiem wiadomo, tylko jedna kobieta w historii światowej literatury potrafiła pisać kryminały i jej nazwiska nie trzeba wymieniać. Także Polsce była tylko jedna kobieta, której jakoś to wychodziło i jej nazwiska też nie trzeba wymieniać.

„Florystka” to powieść absurdalnie długa i męcząca. Milionowej liczby niepotrzebnych wątków, dygresji i postaci nie sposób niczym wytłumaczyć. Seryjny morderca poszukiwany przez parę kompletnie nudnych i ślamazarnych jak Beata Szydło profilerów jest gdzieś od połowy, czyli około 550 strony książki łatwy do rozszyfrowania.

Jedyne, co ratuje tę książkę przed totalnym potępieniem, to kilkanaście miejsc w Białymstoku i okolicach opisanych przez autorkę.

Dzięki „Florystce” odkryłem „górkę miłości” na Pietraszach, o której wcześniej nie wiedziałem. Główne wydarzenia dzieją się na osiedlu Dziesięciny, gdzie się wychowałem i przeżyłem dwadzieścia kilka lat życia. W zasadzie kluczowe momenty książki: wieżowiec przy Berlinga 19, miejsce zabójstwa Amadeusza i cmentarz „na górce” to miejsca znane mi jak własna kieszeń.

Katarzyna Bonda włożyła dużo pracy, by szczegółowo pokazać realia Białegostoku. Na przykład szlak autobusowej linii numer 16 przebiega – zgodnie z rzeczywistością – przez wszystkie ważne dla książki miejsca. Jest też w Galerii Alfa kwiaciarnia, w której miała pracować tytułowa florystka (nie ma na tym piętrze natomiast sklepu z elektroniką). Tutaj jednak chciałem skupić się na kilku błędach i ciekawostek, które nie mogłyby umknąć każdemu białostoczaninowi.

Na początek ciekawostka. Jedną z głównych postaci „Florystki”, pojawiającym się już na pierwszych kartach, jest pięćdziesięciokilkuletni komisarz Lech Pilecki „człowiek nie imponującej postury, emanujący siłą i pewnością siebie”. Ciekawe, czy Bonda – tworząc tę postać – świadomie nawiązała do znanego białostockiego biznesmena i filantropa o tym samym imieniu i nazwisku i podobnym wieku? Nie będę sam próbował odpowiadać na to pytanie, ponieważ znanego biznesmena znam i nie chcę tej znajomości popsuć jakimś niepotrzebnym zdaniem lub słowem. A, jak wiadomo, biznesmeni białostoccy są osobami wrażliwymi i czułymi na wszelkie aluzje ich dotyczące.

Wróćmy do książki i pomyłek jej autorki. Druga ważna postać „Florystki”, profilerka Lena Pawłowska – nota bene po kłótni z Pileckim – wybiega z gmachu komendy policji przy ulicy Sienkiewicza i zmierza ku rzece. Białka, nad którą leży Białystok, to niewielki ciek osiągający maksymalnie 2-3 metry szerokości i pewnie najwyżej z pół metra głębokości. Czytamy natomiast: „Lena dopiero teraz dostrzegła w oddali awanturę. Cały czas szła wzdłuż rzeki obstawionej gęsto wędkarzami”.

Wędkarze nad Białką? W Białymstoku? Tutaj pani Bonda srodze przesadziła. Domyślam się, że ci wędkarze kłócili się tam po to, by do i tak napuchniętej od zbędnych wątków i postaci dopisać lokalną dziennikarkę, która z opisu Bondy jak ulał pasuje do jednej z najbardziej aktywnych i przebojowych redaktorów białostockich. „Pulchna”, ale ostra jak brzytwa Teresa Olenderek tak tłumaczy problemy, jakie mają mieszkańcy centrum Białegostoku: „Nie cierpię ich. Te luje anektują każdy skrawek plaży (sic!) (…). Nikt w ich pobliżu nie może korzystać z wody”. Plaża i wędkarze nad Białką? Hmm… Dziwne, że Teresa Olenderek nie przyłapała na wędkowaniu prezydenta z synem.

Przenieśmy się teraz z centrum Białegostoku na osiedle Dziesięciny, a konkretnie na cmentarz św. Rocha. Od strony północnej jest on – tak jak to opisała Bonda – położony na stromym zboczu, po którym idą ważne dla opisywanej historii schodki. Oto, jak opisuje widok stamtąd Bonda: „Kiedy profilerzy wspięli się na samą górę, ich oczom ukazał się wspaniały widok na miasto. Panorama budynków osadzonych w rozłożystej zieleni. Teraz Meyer przekonał się naocznie, że parki, skwery i lasy zajmują wiele miejsca w tym mieście”.

Problem w tym, że z miejsca, które opisuje Bonda, nie można zobaczyć panoramy miasta. Znajduje się ono zbyt daleko od centrum i jest położone zbyt nisko wobec całości miasta, by było to możliwe. Z miejsca, o którym czytamy, roztacza się rzeczywiście szeroka panorama, ale panorama dziesiątek bloków i wieżowców zabetonowanego osiedla Dziesięciny, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest zielone. Ot, zwykła zbieranina chaotycznie poustawianych bloków z lat 70-tych i 80-tych, kiedy nikt nie myślał o zieleni miejskiej (podobnie jak teraz).

Z książki „Florystka” dowiedziałem się też, że to „skiny spaliły Kopiluwak”. Mówi o tym młody dresiarz z salonu gier „Vegasso” przy ulicy Gajowej. Hipsterski lokal „Kopiluwak” rzeczywiście działał z powodzeniem około dziesięć lat temu i został zamknięty z powodu pożaru agregatu chłodniczego. O wątku podpalenia nigdy nie słyszałem, ale domyślam się, że autorce chodziło w wplecenie w książkę wątku „nazistowskiego Białegostoku”, po którym biegają ogoleni na łyso chłopcy z zapałkami i podpalają wszystko, co popadnie. W rzeczywistości nikt w Białymstoku nie podejrzewał, że chłodziarkę podpalili skini.

Jeśli znowu jesteśmy w centrum, zwróćmy uwagę na kolejne drobne niedociągnięcie Bondy. Przy opisie Rynku Kościuszki trafiamy na takie oto zdanie: „W oddali majaczył deptak na Lipowej, w środku którego chlupała fontanna”. Fontanna rzeczywiście chlupocze, ale nie na Lipowej, tylko w Rynku Kościuszki, a ulica Lipowa nigdy nie była i nie jest deptakiem. Z ruchu został wyłączony fragment Rynku Kościuszki i tam rzeczywiście mamy coś na kształt deptaku. A po Lipowej samochody – niestety – jeżdżą jak jeździły.

Według autorki „Florystki” Aleja Konstytucji 3 maja jest „przedłużeniem Berlinga w kierunku centrum Białegostoku”. W tym przypadku możemy uznać, że jest to błąd wynikający z częstego wśród kobiet upośledzenia orientacji przestrzennej. Odradzam Bondzie samotne wyprawy do lasu po grzyby. Powiedzmy, że po lasach chodzi dużo skinów.

W książce występuje też szpital psychiatryczny w Choroszczy. I tak, jak opis samego obiektu, jego zaniedbanie i ogólny klimat zostały oddane całkiem realistycznie, to, nie wiadomo dlaczego, autorka zdecydowała, że, cytuję: „szpital psychiatryczny w Choroszczy mieścił się tuż przy rynku miasteczka, oddzielony jedynie murem z czerwonej cegły”. W rzeczywistości szpital ten znajduje się na północnych obrzeżach miasta w miejscu dawnej fabryki sukna.

Jak widać, nawet tak nieudana książka, jak „Florystka” może dostarczyć jakichś inspiracji i dać asumpt do małego „śledztwa” w poszukiwaniu pomyłek popełnionych przez autorkę. Książki zdecydowanie nie polecam, chyba że masz ochotę pobawić się w tropienie innych błędów popełnionych w tym beznadziejnym kryminale….

Reklamy

Wojciech Chmielarz „Żmijowisko”

żmijowiskoDobry kryminał nie musi zachwycać wyrafinowaną fabułą, nieoczywistymi zwrotami akcji, wartkimi dialogami ani zaskakującym finałem, aby zasługiwał na miano dobrego kryminału. Czytam polskie kryminały dlatego, że – wbrew obiegowym opiniom – w tej pociągowo-autobusowej literaturze znaleźć można więcej mądrych i życiowych rzeczy, niż w wielu tzw. „poważnych” książkach leżących w księgarniach na działach z literaturą naukową i specjalistyczną.

Wojciechowi Chmielarzowi udało się coś wyjątkowego. Zawiązawszy ekstremalnie banalnie początek historii, rozwinął ją bardzo fajnie nie tylko pod względem fabularnym, ale pod wszystkimi innymi względami, które dają pewność, że mamy do czynienia z książką świetną w każdym calu. Nie tylko jako kryminał.

Podczas rodzinnych wczasów kilku zaprzyjaźnionych rodzin w ośrodku agroturystycznym przy nadbałtyckim jeziorze, ginie piętnastoletnia Ada – córka jednego z małżeństw. Dziewczyny nie udaje się odnaleźć mimo starań rodziców, policji, dziennikarzy i jasnowidzów. Ojciec dziewczynki, po roku od jej zaginięcia, wraca do ośrodka, gdzie przypadkiem spotyka Adaomę – czarnoskórą modelkę, która rok wcześniej również była uczestniczką tych wczasów. Oboje próbują rozwikłać tajemnicze zaginięcie, ale każdemu z obojga chodzi o coś nieco innego.

Tutaj, z dosyć sztampowego zawiązania akcji, Chmielarz rozwija cały wachlarz kolejnych postaci powiązanych z zaginioną, jej rodzicami i znajomymi uczestnikami spotkania nad jeziorem. I w tym momencie zamiast kryminału dostajemy z rozmachem zbudowaną powieść psychologiczną i społeczną.

Zacznę od ostatniego. Uwielbiam, gdy ktoś z taką lekkością i wyczuciem opisuje współczesne społeczeństwo polskie, jak robi to Chmielarz w „Żmijowisku”. Bohaterami są w większości trzydziestokilkulatkowie i ich dzieci. Mamy tu bardzo zgrabny opis nowobogackiej warszawki (modelki, menedżerowie, dziennikarze, PR-owcy), prowincjonalnych Januszy biznesu, millenialsów, a także klasy średniej. Pełen przekrój pokazany, moim zdaniem, bardzo celnie, bez przegięć w żadną stronę.

Przede wszystkim, jak wspomniałem, jest to – poza wątkiem kryminalnym – bardzo dobra, powieść psychologiczna o relacjach męsko-damskich, o związkach, o wychowywaniu dzieci, o konfliktach pokoleń. Napisana bez zbędnego nadęcia, wyrażająca jednak wiele dylematów trapiących ludzi między trzydziestką a czterdziestką. Czy związałem/związałam się z odpowiednią osobą? W jakim stopniu znajomości sprzed lat powracają i czy należy do nich wracać? Czy dobrze wychowuję swoje dzieci? Jakie błędy popełniłem i czy mam jeszcze czas, aby je naprawić? Pytania, które każdy albo sobie już zadawał, albo jeszcze będzie zadawał.

Oczywiście, jako że jest to literatura pociągowo-autobusowa, nie należy się w „Żmijowisku” spodziewać genialnych, błyskotliwych dialogów z wycyzelowanymi puentami, ani też godnych zanotowania w zeszyciku życiowych mott.

Zamiast tego jest kilka rzeczy, które mogą razić. Mnie na przykład raziło to, że jedna z ważnych postaci książki – nastoletni Damian – zawsze dostaje erekcji, kiedy zbliża się do niego jakaś kobieta, niezależnie od jej wieku i stanu pokrewieństwa z Damianem. Jednak ta dosłowność w pisaniu o seksie przez Chmielarza nie wykracza poza ramy lekkiego kryminału i mnie absolutnie nie przeszkadza. Opisy erotycznych doświadczeń bohaterów aż ociekają dosłownością, jednak na pewno nie jest to pornografia. 

Do rozwikłania zagadki tajemniczego zaginięcia Ady Chmielarz prowadzi nas jak na wybitnego twórcę kryminału przystało. Co chwilę pojawiają się nowe postaci, nowe wątki, a na listę podejrzanych wpisujemy co rusz to nowe nazwisko, by co rusz skreślać inne, a po chwili znowu je na nią wpisywać. Tytuł książki okazuje się na koniec kolejnym ślepym tropem. Sam finał jest już mistrzostwem w wyprowadzeniu czytelnika w pole, zabawieniu się z nim w kotka i myszkę, bo na sam koniec, gdy już właściwie wszystko wiadomo, po raz kolejny, choć nie ostatni, czytelnik jest oszukany.

Zagadka zostaje rozwiązana, choć to nie koniec żmijowiska.