Nalewka jak letnie słońce

Choć dopiero lipiec to jej miesiąc, to tego lata kwiaty pojawiły się już w połowie czerwca. Dostałem z Oliszek całą torbę tych drobnych, delikatnych kwiatków, pachnących jak marzenie. Zalałem je siedemdziesięcioprocentowym płynem i odstawiłem w spokojne miejsce na dwa miesiące. Teraz zostało tylko przygotowanie miodnego syropu i połączenie go z przecedzonym, szmaragdowo-złotym płynem wyglądającym jak słońce. Powstały z tego dwie butelki o przepięknej kolorystyce i jeszcze piękniejszym zapachu. O smaku przekonam się najpewniej najwcześniej za pół roku, a najlepiej za rok.

SONY DSC

Reklamy

Nad Niemnem

W takie lipcowe wieczory grodzieńska młodzież przychodzi nad Niemen, siada na zboczu skarpy i patrzy, jak płynie rzeka. Niemen przepływa przez miasto głębokim korytem. Po zmroku każda ławka, każdy dojazd do rzeki, każde miejsce, gdzie można usiąść, oblegane jest przez białoruskie dziewczęta i białoruskich chłopców. Ci, którzy przyjechali tutaj autami, puszczają głośno polskie gwiazdki pop. Piją piwo z plastikowych butelek, mówią sobie żarty i głośno się śmieją. Zielone zbocza nad Niemnem żyją przez całą noc gwarem wakacyjnych imprez na świeżym powietrzu. Tak samo jest w centrum. Grodno tętni życiem przez całą dobę. Studenci pierwszego roku szkoły teatralnej wyskakują z niebieskiego trolejbusa gdzieś w okolicachbarokowej katedry św. Franciszka. Tuż obok, idąc w stronę czołgu na betonowym cokole, znajduje się jedyny w mieście całodobowy sklep, zaopatrzony jak przystało na europejskie miasto. W tym miejscu umówisz się na spotkanie, poznasz nowych ludzi, zasięgniesz wszelkiej rady i pomocy. Obok, wprost z metalowego wózka, starsza pani sprzedaje białoruskie pierożki z grzybami i kapustą. Jest głośno i chaotycznie. Wolność jest tuż za rogiem.

DSCF3462_edited

Nagi lipiec

Ten lipiec, gorące poranki. Psy nie mają najmniejszej ochoty na spacer. Leżałyby całymi dniami w zacienionym korytarzu z pytającym spojrzeniem: „ile to jeszcze będzie trwało?”. Przerobiłem już wszystkie odmiany chłodników, a lód dolewany do wody z miętą idzie szybciej niż w nocnym klubie. Po każdym większym posiłku ciało odmawia posłuszeństwa i mogę tylko leżeć, czytać tygodniki, opowiadania Capote’a albo oglądać skradzione z sieci amerykańskie komedie romantyczne.

Ulice są puste. Prawdopodobnie praca, zdaje się, że wczasy, ale podejrzewam, że tysiące obywateli poukrywało się w swoich domach z zimnym piwem, gdzieś w strefie relatywnego cienia. Relatywnego, bo ta ciepła maź zdaje się wchodzić wszystkimi zakamarkami, wszędzie.

Wyjazdy z K. nad zalew do Gródka, małego białoruskiego miasteczka po polskiej stronie granicy. Próbujemy zabić domniemaną zaściankowość nagim pływaniem, ale na nikim nie robi to wrażenia. Czy to już Zachód dotarł do puszczy, przedarł się przez dzikie chaszcze, tam, gdzie pierwszą książkę przeczytano za pierwszego Wałęsy? A może po prostu każdy toczy swoją własną bezkompromisową walkę z tym upalnym lipcem, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone?

Długi spacer

Plan dnia na bieżąco modyfikowany, więc na kilka chwil po dwudziestej pierwszej szybka decyzja o wyjściu na długi, samotny spacer. Przeskakiwanie kałuż i wwąchiwanie się w zapach przydomowych ogrodów na ulicy Dziesięciny. Za szczelnymi parkaniami wściekłe, ujadające psy. Na chodniku, opodal torów przy Generała Maczka, pielgrzymki winniczków, prześlizgujących się z jednej strony ścieżki na drugą. Trzeba iść ostrożnie, z trudem wyszukując miejsce na postawienie stopy. Robi się ciemno, sztuka jest trudna, kilka razy słyszę pod butem niepokojący chrzęst. Ślimaczy holokaust.

Na Andersa pędzące na złamanie karku tiry i beemki na sokólskich numerach. Kończy się zmiana, więc z fabryk po drugiej stronie ulicy wypełzają tłumy styranych robotników z reklamówkami w rękach i podkrążonymi oczami. Woń spalenizny dochodząca z jednego z lokali gastronomicznych. Idę  Sienkiewicza, potem Warszawską, gdzie przy zaparkowanych niedbale autach stoi młodzież i debatuje nad tym, z czego składa się tłumik samochodowy.

W kebabie za Muzeum Wojska drażniące sikorki złe na cały świat, a przede wszystkim na to, dlaczego nie produkuje się fajnych ciuchów w rozmiarze 38. Długa debata o bikini w kolorze różowym (jak się opalę, to nie będzie widać, że mam strój). Obok rozważania nad sensem kupowania dywanu za trzy tysiące (bo wiesz, jak będzie impreza i ktoś mi wyleje piwo na ten dywan za trzy paki, to chyba gnoja uduszę).

Rynek zadziwiająco pusty, jak na piątkową dwudziestą trzecią. Obok Cristalu para z dwusetką czystej w trzymanej przez pospolitą blondynkę butelce bardzo nieprzyjemnie i złowrogo się kłóci. Przekrzykując się, znikają w mrokach skweru z martwą fontanną. Wielcy ochroniarze w wejściu do Prognoz i parkujące co chwila przed klubem taksówki.

Na wiadukcie przy Dąbrowskiego idący kilkadziesiąt metrów przede mną młody jegomość ze staromodnym plecakiem nagle traci równowagę, przelatuje przed łańcuchy po prawej stronie chodnika i majestatycznie stacza się kilka metrów po trawie. Zastanawiam się, czy mu nie pomóc, zatrzymuję się  więc i przez moment patrzę. Widzę błogość i zadowolenie z dotarcia na zasłużony odpoczynek. Lipcowe noce są ciepłe.

Okolice rzeki zasnute mgłą i lekkim chłodem. Watachy osiedlowych chuliganów w okolicach nocnego u zbiegu Gajowej i Berlinga. Wódka rozpijana przez osiedlowych kloszardów na tyłach osiedlowej przychodni. Opustoszały bazar przy osiedlowym blaszaku. Dom.