Codziennik osiemdziesiąty drugi – syngonium

20191019_105041.jpg

Rosnące na wewnętrznym oknie między kuchnią a łazienką syngonium używam jako narzędzie codziennej, spontanicznej medytacji przy gotowaniu lub zmywaniu naczyń. Rośliny, a jest ich tutaj kilkadziesiąt, są bardzo wdzięcznymi istotami przy treningu uważności.

Polska nazwa syngonium to „zroślicha”. Zrastać. Jednocześnie wrastać w to miejsce, ukorzeniać się w tym miejscu, zrastać się, ale też wyrastać ku światłu, ku temu, co lepsze.

Przypatrywanie się im w skupieniu, obserwowanie ich nieruchomego rozwoju. Jesiennego przygotowywania do hibernacji, wiosennego, gwałtownego rozwoju.

Sąsiedzi, którzy z różnych powodów czasami do mnie zaglądają, prawdopodobnie patrzą na te kwiaty i myślą: „na pewno pedał”. Nie pedał.

Codziennik siedemdziesiąty czwarty – krzątanie się

DSC_6564

Słownikowa definicja „krzątać się” mówi, że znaczy to „poruszać się energicznie, zajmując się jakąś pracą”. W moim domu krzątanie oznaczało raczej niespieszne wykonywanie typowych spraw domowych: robienie prania, odkurzanie, gotowanie itp.

W zasadzie od zawsze gardziłem takimi czynnościami. Uważałem je za stratę czasu. Stosowałem zasadę gruntownego, forsownego sprzątania, mycia, prania i odkurzania co dwa tygodnie. Dokładnie jak mój ojciec.

Ostatnio jednak polubiłem to krzątanie w tym „slołlajfowym” sensie. Traktuję je jako formę medytacji i wyciszenia. Zmywanie naczyń, jeśli poświęci się mu więcej uważności, staje się piękną, nie wymagającą myślenia, lecz aktywującą wszystkie zmysły czynnością.

Piszę to dlatego, że prawie całą środę, która niedługo się skończy, poświęciłem temu tej medytacji, którą nazywam sprzątaniem. Zrobiłem pranie, kwiaty podlałem i pozbyłem zwiędniętych liści. Przesadziłem i powiesiłem przy oknie melisę oraz miętę. Skończyłem pasteryzację ostatnich słoików z papryką. Posprzątałem kuchnię. Odkurzyłem mieszkanie i przeniosłem na te zimne dni doniczki ze szklarni na balkonie do domu.

Czekam tu na mojego Syna.

Codziennik czterdziesty drugi – dzwoni Syn

 

SzósDSC05196.jpgta rano. Dzwoni telefon.

Syn.

– cześć stary gruby cepie, nie obudziłem?

– nie – odpowiadam zaspany

– przeproś babcię Terkę, że nie mogę jej złożyć życzeń osobiście, ale obaj wiemy, jak jest – mówi

– spoko – mówię półprzytomny.

– weź jedź do sklepu i jakieś kwiatki jej kup, takie które lubi, goździki albo inne róże daj – że niby ode mnie – czaisz?

– spoko, już jadę

– dzięki, to nara, muszę kończyć, bo mnie zaraz przyczają te wiedźmy tutaj.

– ok, już jadę.

Codziennik trzydziesty czwarty – Piękno

róża.jpg

Nawet na drodze ku piekłu, róże mogą sprawić, że się uśmiechniesz. Są delikatne, efemeryczne, bezkompromisowe. Nikt nie może zmienić ich natury. To prawda, możesz je zniszczyć, ale nic Ci to nie da; nie jesteś w stanie zmusić ich, by poddały się Twojej woli.

Kwiaty budzą w nas potrzebę, by je ochraniać, by je doceniać i by chronić ich piękno. Świat jest zbyt okropny, zbyt gwałtowny. Musi być w nim coś delikatnego, coś, czym można się opiekować. Coś, co można podnieść wyżej ponad brutalność świata. Kiedy składamy kwiaty na ołtarzu, znaczy to bardzo wiele. Pieniądze są zbyt wulgarne, jedzenie zbyt przyziemne. Tylko kwiaty są bez skazy. Ofiarując je, ofiarujemy czystość.

Serdeczność kwiatów wzbudza miłosierdzie, współczucie i zrozumienie. Jeśli to piękno jest delikatne, tym lepiej. Życie jest ulotne. Powinniśmy poświęcić nasz czas, aby przeżywać piękno w środku doczesności.

Deng Ming-Dao „365 Tao: Daily Meditations. Chapter 51 – Beauty”, tłum. własne

Codziennik dwudziesty siódmy – parapet i pelargonie

pelargonie

W mojej kuchni jest wielki, granitowy parapet. Dziewczyna, która spędziła w tym mieszkaniu dzieciństwo, a potem sprzedała po śmierci babci, opowiadała, że spędziła na tym parapecie całe dzieciństwo, patrząc na przyblokowe życie. Z tego okna widać piękną żydowską kamienicę, w której teraz mieszkają koty. Bliżej, na podziemnym schronie przeciwatomowym, stał drewniany dom państwa Skowrońskich, obok był chlewik i sad, po których pozostała tylko mirabelka, sięgająca swoimi gałęziami prawie drugiego piętra. W kwietniu obsypie się białymi kwiatami i będę miał w kuchni obłędnie.

W kwietniu i maju znowu urosną mi na tym parapecie zioła. Bazylia, mięta, tymianek, cząber, rozmaryn, melisa i co tam jeszcze wymyślę. Znowu mój parapet, przy którym robię jedzenie, stanie się zielony i pełen zapachów życia. Teraz większość ziół pogubiła liście albo umarła. Za mało słońca, niedostateczność mojej opieki z powodu corocznego, długotrwałego przygnębienia spotęgowanego brakiem mojego syna, suche powietrze z żeliwnych kaloryferów, w których nie da się ustawić ogrzewania?

Albo może – po prostu – zwykły cykl naturalnego, cyklicznego umierania i rodzenia się na nowo.

Pierwsze nadzieje tego, że wiosna w końcu nastąpi, że coś się zmieni, że ktoś (ten ktoś wie, o kogo chodzi) w końcu zrozumie, że życie nie polega wyłącznie na niszczeniu i deptaniu tego, co ktoś inny wytrwale, na nowo odbudowuje z deptanych po raz kolejny zgliszczy, to przygotowanie nowej roślinności do domu.

W ubiegłym roku zakochałem się na powrót w pelargoniach i przypomniałem sobie ich niezmienną obecność na parapetach w domach moich dziadków. Przypomniałem sobie ich żywotność, wytrzymałość, a przede wszystkim ten ziemisty zapach pelargoniowych liści.

Zapach, którego większość nienawidzi, a ja kocham.

Więc pierwszą nadzieją wiosny, ciepła i dawno nie widzianego w okolicach Białegostoku dobra, są górne pędy pelargonii, które wiosną przeniosły się na klatkę schodową wprost z balkonu. Sąsiadka z naprzeciwka pomogła mi je fachowo ponacinać, a teraz siedzą sobie w pojemniczkach na parapecie zanurzone w wodzie, nastawiają swoje mechate liście ku pierwszym promieniom ciepłego słońca i czekają, aż w wodzie pojawią się pierwsze zalążki korzeni.

Potem trafią do ziemi, by wciąż na parapecie czekać mniej więcej połowy maja. Wtedy w Polsce kończy się pora mrozów i pelargonie będą mogły trafić na balkon, a widok z tymi pelargoniami będzie dawał nadzieję, że po roku rozłąki syn i ojciec będą się mogli znowu spotkać, źli ludzie spokornieją, głupi ludzie zmądrzeją, a zazdrośni ludzie powstrzymają swoje zazdrości. Choć trochę, choć na chwilę, choć odrobinę. To nam wystarczy.

To nam wystarczy, abym mógł mu pokazać mój dom, widok z mojego okna, mógł go posadzić na granitowym parapecie, aby zza szyby liczył i nazywał zaparkowane pod oknem auta. Abyśmy mogli z balkonu, zza tych pelargonii, wspólnie obserwować ruch uliczny i patrzeć na niebo.

Nalewka jak letnie słońce

Choć dopiero lipiec to jej miesiąc, to tego lata kwiaty pojawiły się już w połowie czerwca. Dostałem z Oliszek całą torbę tych drobnych, delikatnych kwiatków, pachnących jak marzenie. Zalałem je siedemdziesięcioprocentowym płynem i odstawiłem w spokojne miejsce na dwa miesiące. Teraz zostało tylko przygotowanie miodnego syropu i połączenie go z przecedzonym, szmaragdowo-złotym płynem wyglądającym jak słońce. Powstały z tego dwie butelki o przepięknej kolorystyce i jeszcze piękniejszym zapachu. O smaku przekonam się najpewniej najwcześniej za pół roku, a najlepiej za rok.

SONY DSC

Chwalcie łąki umajone, czyli kilka screenshotów z majowych szwendactw