Karetka Mietka i inne wiersze

IMG_20151128_181338 (1)

W pewnym momencie osiąga się taką subtelną umiejętność odróżniania spraw, w których ważna jest taka buddyjska dbałość o szczegół, planowanie i wkładanie to, co się robi, serca, mózgu i wątroby od tych wszystkich spraw, na które życie jest za krótkie.

Dlatego przestaje się czytać gazety, dramatycznie ogranicza czytanie książek i blogów – przeróżnych sprawozdań z cudzych żyć, które nigdy nie będą miały nic wspólnego z twoim życiem.

Przystępując do kolejnych zadań, zaczyna się oceniać, na ile zwiększają one zasoby szczęścia, pieniędzy, przyjemności i estetyki, nie mówiąc już o doznaniach własnych, bo one już dawno zeszły na drugi cel w życiu, którego cel jest tylko jeden.

– No, weź, poczytaj mi – mówi w tym swoim małym języku, który polega na podsuwaniu mi bezgłośnie jednej z setek kilkustronicowych książeczek z twardymi kartkami, nie rwącymi się pod mocarnymi palcami siedemnastomiesięcznego brzdąca. Karetka Mietka, Wesoły Piesek, Śmieciarka Jarka, Koparka Marka, ale przede wszystkim, best of the best, wiersze wszystkie Brzechwy.

Wtedy staję się Tomaszem Knapikiem, Krystyną Czubówną, Maciejem Gudowskim i Lucjanem Szołajskim w jednym. Mój głos staje się miękki, aksamitny i donośny. Uważnie akcentuję sylaby. Przepona pracuje jak szwajcarski zegarek. Poszczególne głoski łączą się w słowa, a słowa w zdania w sposób przemyślany i świadomy. Mówiąc jeden wers wiersza Brzechwy o rzeżusze myślę o tym, jak wypowiedzieć kolejny.

Mój syn uwielbia przewracać kartki książki i uwielbia, jak mu się czyta. A jego mama i ja lubimy mu czytać. To jedno z tych zajęć, do których podchodzę z największą pieczołowitością. To jedno z tych zajęć, które robiąc dla dziecka, przypominasz sobie ten etap własnego dzieciństwa, którego nie masz prawa pamiętać.

Co czytać, Marzycielu?

W sytuacji bez wyjścia, kiedy nie potrafię udzielić odpowiedzi na pytana o zasadniczym życiowym znaczeniu, zwracam się do Ciebie, Marzycielu, z prośbą o radę. Podczas popołudniowo-wieczornej przejażdżki zadałem sobie pytanie, które zadać powinienem sobie już jakiś czas temu. Dzisiaj zadaję je Tobie.

Co czytać? Zapytałem na głos, pytam i Ciebie. Wszystkiego wszak się nie da, choć czyta się wszystko. Kiedy jednak próbuję dokonać świadomego wyboru, dwie rzeczy przychodzą mi do głowy. Czy ograniczenie, kryterium, powinno wynikać ze smutnej świadomości skończonego odcinka czasu na którym Miłosierna Opatrzność nas usadowiła? Czy też – i tutaj na samą myśl o tym przechodzą mnie dreszcze – może czytanie niektórych rzeczy nieść może szkody, powodować regres, siać spustoszenie w tkanej misternie tkance wrażliwości?

Bo choć nawet w najpodlejszej literaturze nie dostrzegam zła i nawet najplugawsze czytanie od nieczytania wyżej cenię, być może się mylę i w pułapki niebezpieczne wpadam, nic o tym nie wiedząc? Być może umysł mój kaleczę, przeskakując z Hayeka do Sierakowskiego, żonglując Dawkinsem na przemian z Tischnerem? Być może, budując dojrzałą strukturę, tworzę chaos? I, być może, stąd ten niepokój?

Zapach papieru

Bardzo lubię zapach papieru. Pierwsze pismo, które miałem zaprenumerowane – Świat Młodych – było drukowane za moich czasów na takim szeleszczącym i z dzisiejszej perspektywy zapewne śmierdzącym papierze. Dzisiaj od czasu do czasu udaje mi się wywąchać podobny zapach, który jest jak zapach magdalenki. Dzisiaj przyjemności dostarcza zapach codziennej gazety, otwieranej po raz pierwszy rano, przy porannej yerba mate. Dzisiaj satysfakcję dla moich nozdrzy sprawia paczka z Merlina, otwierana z niecierpliwością. Wiem, że znajdę tam papier, którego dotykała jedna, najwyżej dwie osoby i zapach człowieka przegrywa z zapachem papieru. Moje mieszkanie jest zdominowane przez książki, a ich dyskretny zapach zdominował inne. Zapach tysięcy kart papieru, woń celulozy i farby drukarskiej, zapach spoiwa łączącego strony. Czytanie rozpoczynam od przesunięcia palcem po półotwartej książce, aby wiatr wzbudzony przelatującymi stronami powiał nowym zapachem. Poza zapachem papieru, lubię też jego dotyk.