O tym, jak nie znalazłem Wierszalina

SONY DSC

Stolica nie musi być największa. Stolica musi być spektakularna. Warszawa to miasto wielkie powierzchnią i liczbą ludności, ale małe duchem i pod żadnym względem niespektakularne.

Dla mnie osobiście, stolicą Polski mogłyby być Krynki.

Mogłyby dlatego, że są spektakularne. Spróbujcie wjechać do Krynek od dowolnej strony. Czy to od Supraśla, czy od Jurowlan, czy też jadąc z Grodna albo z Kruszynian, a także piaszczystym leśnym traktem z Gródka przez katolicką dzielnicę, obok kościoła i cmentarza.

Z którejkolwiek strony nie wjeżdżalibyście do Krynek, powita Was zapierający dech w piersi skyline miasta. Szeroka perspektywa, w której znajdą się mniejsze i większe domy, kościoły, cerkwie, istniejące i nieistniejące synagogi. Jadąc do Krynek z Supraśla zobaczycie po prawej zabudowania dawnej dzielnicy fabrycznej, gdzie kiedyś dziesiątki garbarni uczyniły to miasto europejskim potentatem w branży. Jeszcze bliżej zobaczycie pozostałości zespołu pałacowego, po którym pozostał już tylko park i kilka cegieł. W tle, za nim, pozostawiony nieco na uboczu – neogotycki kościół katolicki i cmentarz. W samym centrum widać cerkiew i zieloną plamę największego rynku w tej części Europy. Na wzgórzu, jeszcze przed granicą, jest wzgórze z żydowskim cmentarzem, za którym jest prawosławny cmentarz. A już skrajnie po lewej – krynieńskie blokowisko przy drodze na Jurowlany.

SONY DSC

Kiedy się wjeżdża do Krynek, panorama tego miasta daje wyobrażenie, że oto wjeżdżamy do miasta z wielowiekową tradycją. Żadne tam Marki czy inne, zdychające od smogu i dymu Piaseczna, przez które przejeżdża się jak sardynka w wielokilometrowych korkach. Krynki witają przyjezdnych z daleka piękną, szeroką i dumną panoramą. To wielkie miasto. I z każdej strony wygląda ono spektakularnie.

Jak się jest w Krynkach i ma się trochę czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę czasu, koniecznie trzeba napełnić butelki wodą mineralną, która tutaj płynie z ogólnie dostępnego ujęcia, a także zjeść kawałek kiszki w gospodzie „Pod Modrzewiem”, położonej przy trzecim z jedenastu zjazdów z monumentalnego krynieckiego ronda. A jak się ma trochę więcej czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę więcej czasu, trzeba pojechać do Wierszalina.

Od kiedy przyjechałem tu którejś zimy, podążając za Polonezem takiego jednego popieprzonego pozytywnie doktora, zawsze wracałem do Wierszalina na wyczucie. Na żadnej nawigacji nie ma ani Wierszalina, ani Kolonii Leszczany, ponoć oficjalnej nazwy tego miejsca. Teraz, kiedy siedzę przed ekranem, oczywiście znalazłem tę małą plamkę wśród lasów, ale dzisiaj krążyłem po tych lasach i za nic nie mogłem znaleźć tej leśniczówki przy drodze na Leszczany, gdzie trzeba skręcić i dalej jechać kawałek przez las, by po lewej stronie znaleźć tę polanę. Stoi tam jeden dom i stodoła. W tym domu miał ponoć miejszkać Ilija ze swoimi dwudziestoma kochankami, a na tej stodole miał być ponoć powieszony na krzyżu, aby ponowne przyjście Mejsasza stało się ciałem. Nie stało, bo prorok, usłyszawszy, że jego wyznawcy chcą go przybić do krzyża, najpierw schował się w ziemiance na kartofle, a potem uciekł do Związku Sowieckiego, pozostawiając tysiące swoich wyznawców w oczekiwaniu na ponowne przyjście

Bo wcześniej Ilia był zwykłym chłopem, który zdobył uznanie lokalnej społeczności tym, że zatłukł drewnianym kołkiem okolicznego bandytę szerzącego strach wśród ludzi. Postanowił, że wykorzysta moment sławy i ogłosił się Mesjaszem. Umożliwiło mu to sławę sięgającą miejscowości odległych nawet o sto kilometrów, co w czasach bez, radia i telewizji oznaczało fejm spektakularny. Były lata 30-te XX wieku. Ilja głosił, że koniec świata się zbliża nieubłaganie, a w tym miejscu, którego wczoraj po raz pierwszy nie znalazłem, będzie nowa stolica świata – Wierszalin. Kazał oddawać ludziom pieniądze na budowę świątyni, a co ładniejszym kobietom nakazał mieszkać w swoim domu.

– Te jego kobiety mają niebieskie wstążki – powiedziała stara kobieta sprzątająca grób na cmentarzu w środku lasu, gdzie Ilja zbudował cerkiew dla swojego kościoła – a ten Bazyl, co tutaj leży, tak pięknie śpiewał, mama mi opowiadała.

Rzeczywiście, kilka nagrobków na cmentarzu w lesie opodal Grzybowszczyzny ma niebieskie wstążki. To kobiety, które w latach 30-tych XX wieku miały 20-25 lat. Cmentarz jest zadbany, trawa przystrzyżona, a zbudowana przez Eljasza cerkiew służy teraz prawosławnym, choć skonfliktowany z kościołem ortodoksyjnym prorok przekazał ją w złośliwości katolikom.

SONY DSC

To wszystko, o czym piszę i gdzie wczoraj byłem, odbywało się w wielkim lesie, otulającym Krynki od południa i zachodu. Nie ma tam asfaltowych ani brukowanych dróg. Jeździ się po piasku, błocie albo śniegu. Patrząc nań z góry widać wielkie plamy zieloności, w których gdzieniegdzie chowają się ludzkie osady, w których żyją ludzie utrzymujący się ze zbierania runa leśnego.

W Grzybowszczyźnie mieszkają jeszcze wnuczki tych kobiet, które mieszkały z Ilją. Niewykluczone, że któreś z nich to również jego wnuczki. Wyznają potajemnie kult swojego dziadka, a podczas nabożeństw stoją w ostatnim rzędzie, bo kult Ilji został oficjalnie potępiony.

Latem do domu Ilji przyjeżdżają młode kobiety z Warszawy. Miejscowi chłopi, mówiąc żonom, że idą na grzyby, podchodzą pod tę polanę i z krzaków podglądają, jak dziewczęta ze stolicy biegają nago po  łące, która miała być centrum świata.

 

Reklamy

Psy pilnujące cmentarza

SONY DSC

Od kiedy pamiętam, na krynieński kirkut wchodziłem od wschodu. Przy cmentarzu prawosławnym trzeba było skręcić w lewo i podjechać trochę pod górę. Za osamotnionym gospodarstwem idzie już pod górę mur cmentarza żydowskiego, wzdłuż którego należało iść. Dzisiaj tego wejścia pilnowały trzy agresywne psy. Zrezygnowaliśmy.

Potem przedzieraliśmy się na przełaj, przez chaszcze pełne pokrzyw, ostów, dzikich malin i krzewów najeżonych kolcami. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu. Zrezygnowaliśmy.

SONY DSC

W końcu odkryliśmy ‚oficjalne’ wejście na żydowski cmentarz w Krynkach. Informowała o nim wyblakła tablica, na której nic nie można było odczytać, ale było wiadomo, że coś tam jest. Szło się tam już łatwiej, szeroką ścieżką pod górę. W dole było widać dachy krynieńskich domów i kościołów. Tam, gdzie w murze była pierwsza dziura, ktoś na ścieżce palił kilka dni temu ognisko, a przy macewie po drugiej stronie zapalił wielki, tandetny, srebrny znicz.

SONY DSC

Potem ścieżka skręcała już w głąb cmentarza i znowu trzeba było błądzić ślepymi uliczkami ścieżek w wysokiej trawie, pozagradzanych gałęziami pokrzywy sięgającymi ramion. Prawdziwe chaszcze, wśród których co rusz natykałem się na leżący lub pochylony kamień. Bez inskrypcji, bez niczego, tylko kształtem przypominający nagrobek.

SONY DSC

W końcu dotarliśmy do tej części, która kilka lat temu została poprawiona, w której postawiono macewy, w której jeszcze dwa lata temu ktoś skosił trawę, w której na wyczyszczonych i postawionych macewach ludzie kładli kamienie. Ale tam było tak samo, jak wszędzie.

SONY DSC

Niedostępny, pusty cmentarz, a właściwie wzgórze porośnięte chwastami, górujące nad żywym miastem. A może cmentarze powinny być właśnie takie – nieprzystępne, pilnowane przez wściekłe psy, obce. Opisane w obcym języku, którego nikt już nie potrafi przeczytać? Kim był, co zrobił, kiedy umarł? Czy to ważne?

Zapiexy

DSCF1430 W Grajewie, przy głównej ulicy miasta, jest Zakład Gastronomiczny “Pizzeria”. W eklektycznym wnętrzu są trzy stoły i trzy wielkie automaty dla powiatowych hazardzistów. Można tam poprosić o piwo z nalewaka za pięć złotych, kwaśny jak licho żurek. Pizzy nie mają, ale za to słynne są ich “zapiexy”. Zapiexy to zwyczajne zapiekanki ubrane w niezwyczajną nazwę.

Zdjęcie przedstawia wejście do Pizzerii w Dukli. Dukla to małe beskidzkie miasto, rozsławiome przez Andrzeja Stasiuka, który poświęcił mu swoją najlepszą książkę. Na samym środku dukielskiego rynku stoi nieproporcjonalnie wielki, barokowy ratusz. Wygląda jak wielki, najedzony, śpiący niedźwiedź otoczony skromną, nieśmiałą architekturą małych kamienic.

Te wszystkie małe miasta powiatowe mają w sobie coś absurdalnego, nie pasującego do reszty, coś nie a propos. Wielkie rondo w Krynkach z jedenastoma odnóżami, bizantyjski ratusz w Michałowie, smutny i opuszczony dworzec kolejowy w Grajewie, transformatorownia w polu pod Knyszynem, wielki, pusty plac w Tykocinie, albo ten równie nieproporcjonalnie wielki dworzec w Bielsku Podlaskim, na którym zawsze wieje wiatr i jest zimno, nawet w środku lata. Na tym dworcu pekaesy zawsze robiły dziesięciominutowe przerwy, podczas których kupowało się zapiekanki z pieczarkami i keczupem w budach, których już nie ma. A jeśli są, to na pewno sprzedają tam zamiast tych zapiekanek kebaby i tortille.

Mógłbym tak wymieniać bez końca. Te urocze próby nadania wielkomiejskości na wszystkich prowincjach świata nie przestają mnie fascynować. W Grajewie, Bielsku Podlaskim, Michałowie, Krynkach albo Tykocinie dzieje się wszystko, co powinno człowieka interesować. Wszystko, co zasługuje na uwagę. Wszystko, nad czym trzeba się pochylić. Wszystko, na co warto patrzyć i czego warto słuchać.

Korespondencja

Psy są szczęśliwe. Żyją prawdziwym, prostym psim życiem. Okazało się, że te bestie są bardziej do mnie przywiązane, niż mi się wydawało. Od czasu do czasu wybiegają na harkawicką łąkę, odbywając rytualne kąsanie się po łydkach, uszach i karkach, poganiają mieszkającego na jednym ze słupów bociana, by po chwili z jęzorami obijającymi się o podłogę wrócić do domu z oczami proszącymi o odrobinę czułości. Jest tu prawdopodobnie bardzo pięknie, nie może być inaczej. Trawa i chwasty pozarastały drewnianą werandę. Gdzieś między zaroślami przemyka się rudy lisi ogon, a jedynym hałasem są przychodzące wieczorem z odległości znajdujących się około kilometra najbliższych gospodarstw odgłosy urządzeń dojących krowy.

Oglądam stare polskie filmy i znowu się wzruszam ich staromodnym patosem. Scena ucieczki Maćka w „Popiole i diamencie” i teatralne umieranie Cybulskiego na czarnym ugorze pełnym śmie(r)ci to jakaś taka przewrotna metafora mojej własnej śmieszności. Utarczki Niemczyka z Malanowiczem nakręcone z typowym dla Polańskiego diabolizmem w „Nożu w wodzie” to w gruncie rzeczy bardzo bezwzględna kpina z tego, czym jest męskość, a Jolanta Umecka jest w tym trójkącie jakimś prawdziwym głosem rozsądku.

Poczucie self-esteemu niskie i nic nie wskazuje na to, aby w najbliższej przyszłości miało się to jakoś zmienić. Więc to też okazja do medytacji nad własnymi ułomnściami, słabościami, nad tym wszystkim, co sprawia, że ranię innych, że nie jestem tym, za kogo mnie wszyscy uważają. Że nie potrafię powiedzieć sam do siebie: „ale tutaj pięknie, dobrze i bezpiecznie”, choć w gruncie wiem, że to najpiękniejsze, najbezpieczniejsze i najlepsze miejsce, w jakim mogę się teraz znajdować. Ale nie przychodzi to do mnie samo.

I straszna potrzeba, żeby dzielić się tymi emocjami z tą osobą, która jest Najważniejsza.

Rynek w Krynkach, gdzie przyjeżdżam po zakupy (dieta prosta – makaron ze szprotkami, ziemniaki ze śledziem w oleju), taki sam jak zwykle. To takie dziwne, że miejsce, które jest w oczach statystycznego mieszczucha dupą świata, po przyjeździe z Harkawicz wygląda jak centrum świata. Dzieciaki w czystych podkoszulkach, zakupy kartą kredytową, antykwariat, Gospoda „Pod Modrzewiem”.

Najgorsze są te godziny piąte nad ranem, kiedy budzisz się z poczuciem absolutnej, wszechogarniającej pustki i rozpaczy. Kiedy czujesz, że jesteś w dupie.

Allium i Dianthus

dscf09831W takiej porze, jak ta i w takim miejscu naprawdę ryzykowne jest zbyt długie przesiadywanie nocą przy książce, filmie czy komputerze. Dzień jest naprawdę bardzo krótki, a jeśli się budzisz po dwunastej, zostają ci tylko trzy godziny słońca. Na taką porę roku zaleca się dużo spacerów, mało ciężkiego jedzenia i picia i minimum stresów. Goździki pod język i dużo czosnku w każdej postaci. Ten pierwszy znakomicie odświeża oddech, a drugi najlepiej smakuje spożywany na dwa sposoby: albo na kanapce z chlebem i masłem, koniecznie posypanej solą, albo – a to już prawdziwa uczta – w liczbie trzech ząbków wciśniętych do greckiego, ciężkiego i gęstego jogurtu, rozrzedzonego dobrą oliwą z oliwek. W nocy przetrawiony czosnek ucieka wszystkimi porami w skórze, ale to pora dobra na przetaczanie czosnku przez pory. Podobne, antyseptyczne działanie mają żute bez pośpiechu suszone pączki goździkowca korzennego. Czosnek i goździk to bardzo jesienne smaki i zapachy.

dscf09981Jak pisze Poeta, „potwierdziły się plotki o nadejściu jesieni„, dlatego warto te trzy godziny promieni słonecznych dziennie kierować na ładne i ciekawe miejsca. Spacer nad rzekę jest świetnym pomysłem, jeśli niepokoi Was odchodzące w przeszłość lato. Wtedy najlepiej założyć na uszy słuchawki i zapętlić najważniejszą jesienną piosenkę, jaka powstała:

dscf0953A jeśli niepokoi Was trochę bardziej odległa przeszłość i jako starsi bracia w wierze macie się nieźle na białostockich uczelniach wyższych, prasie, telewizji i muzeach, konieczne odwieźcie jeszcze tej jesieni żydowski cmentarz na ulicy Wschodniej w Białymstoku. Cmentarze żydowskie na Podlasiu mają to do siebie, że nie są złowrogie i niepokojące. Tak jak nie sposób nie chodzić obojętnie po żydowskich kwartałach Tykocina czy Krynek, tak cmentarze w tych miastach, tak jak cmentarz w Białymstoku, pozostawiają gościa całkowicie obojętnym. Dlaczego? Być może dlatego, że ci na cmentarzach umarli w spokoju i spełnieniu, natomiast ostatni żydowscy mieszkańcy miasta nie mają swoich mogił przykrytych kamieniem. Dlatego może wydaje się, że krążą nad miastem i dlatego na cmentarzu jest dużo spokojniej niż w krynieckim Zaułku Szkolnym czy na tykocińskiej Koziej.

Jurowlany

Najpierw – zbyt szybka jazda nocą, ucieczka przed bardzo nieudanym dniem. Dniem zakończonym dwoma niezwykle miłymi zaproszeniami. Więc pogodna rozmowa, a właściwie wsłuchiwanie się w rozmowę mądrzejszych. Czuję się zaszczycony i onieśmielony, a znieczulenie powoli mija. Więc zbyt szybka jazda nocą przez Supraśl i Krynki. Zwierzęta przebiegające przez jezdnię, slalom między jeżami. Mgła, a w mgle świecące się oczy dzikich zwierząt. Za Jurowlanami piękny stary dom, gospodarstwo. Całkowite odludzie, zupełna cisza. Pijemy herbatę, rozmawiamy o nieudanych dniach. Opieramy plecy o rozgrzany kaflowy piec. Kiedy kładziemy się spać i gasimy światło, dociera do mnie ta niesamowita cisza, której nie spotkałem chyba nigdzie indziej. Nawet zamieszkująca dom kuna nie tupie, umożliwiając absolutną, wszechogarniającą ciszę. Ciszę, która zazwyczaj niepokoi, tym razem jednak przynosi spokój. W nocy budzę się kilka razy: jest mi zimno i jednocześnie jestem cały zlany potem. Trudno mi się zasypia, bo znieczulenie nogi przestało działać i każdy ruch oznacza spory ból. Widocznie coś ważnego się śni, prawie nic nie pamiętam. Budzi mnie zapach konwalii i szałwiowego kadzidła. Jest gorąco, wychodzimy na trawę: koc, słońce, gazeta, rozmowa. Odurzający zapach kaczeńców. Spokój, ulga, gdzieś daleko pojawia się szansa na poukładanie.

Gospoda „Pod Modrzewiem”

W Krynkach, liczącym ponad dwa i pół tysięcy mieszkańców zapadłym podlaskim miasteczku bez praw miejskich, jest tylko jedno miejsce, gdzie można coś zjeść. Gospoda „Pod Modrzewiem” mieści się przy jednej z dwunastu uliczek odchodzących od monumentalnego biorąc pod uwagę wielkość miejscowości rynku.

To przestarzały peerelowski pawilon, z wylanymi betonem schodami i dużymi oknami wychodzącymi na porosły drzewami rynek. Wnętrze stanowi duża, remizowa sala, na której stoi kilka szerokich ław i stołów. W głębi ustawiono wysłużony stół bilardowy. Bar, widać że niedawno odnowiony, próbuje nawiązywać do stylu wiejskich dyskotek polsko-białoruskiego pogranicza. Dużo luster i srebra, przy ladzie krzesła barowe obite skóropodobną skają.

Duży „Żubr” z nalewaka kosztuje tu dwa sześćdziesiąt. Frytki – niecałe złoty pięćdziesiąt, a porcja ruskich pierogów – około trzech. Można zamówić obiad z piwem za niecałe dziesięć złotych i obserwować życie mieszkańców tego pożydowskiego miasteczka. Przy jednym ze stolików trzech mężczyzn przy pół litrze „Starogardzkiej” i śledziach w oleju opowiada o przygodach ze służbą celną. Jesteśmy jakieś dwa kilometry od białoruskiej granicy. Ekspedientka, przysłuchująca się rozmowie, stanowczo protestuje słysząc utyskiwania na „ruskich”. My tu ze sobą żyjemy i musimy się kochać, nie nienawidzić – mówi zdecydowanym głosem. Mężczyźni śmieją się z pobłażaniem i po chwili chwiejnym krokiem opuszczają gospodę.

W głębi sali trzech młodych mężczyzn gra w bilard. Nie wiadomo dlaczego, nagle jeden z nich zaczyna śpiewać: Ta ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy, dzisiaj się rozejdziemy, na wieczny czas. Na sali rozlega się śmiech. A mnie przypomina się scena z „Listy Schindlera„, gdzie to ponure i straceńcze tango śpiewa Jacek Wójcicki.

Piosenka o rozstaniu na zawsze. Skomponowana przez Jerzego Petersburskiego, kompozytora pochodzącego ze starej klezmerskiej rodziny Melodystów, piosenka, do której tekst napisał Zenon Friedwald, a którą wykonywał Mieczysław Fogg, odznaczony tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Piosenka, określana mianem „tanga samobójców”, była przecież jednocześnie antycypacją żydowskich artystów tego, co wydarzyło się temu narodowi kilka lat później. Piosenka ta została zaśpiewana przy stole bilardowym w centrum miasta, które przed wojną było lokalnym centrum handlowo-kulturalnym Żydów całego regionu. Kryniecka gmina żydowska była większa od gminy białostockiej. Wszystkich mieszkających w Krynkach Żydów wywieziono do Treblinki w 1943 roku.

Ta ostatnia niedziela zabrzmiała złowrogo. Ale o tym pomyślałem dopiero, gdy wyszedłem na mroźny kryniecki rynek. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nieświadomość, ciężar niektórych słów, sprawiły, że lekki, niezobowiązujący swojskością nastrój prowincjonalnego baru z piwem za dwa sześćdziesiąt nagle prysł. Sprawiły to tysiące nieobecnych żydowskich dusz unoszących się nad tym miastem i gospodą „Pod Modrzewiem”.