Nazywamy się Szypułki i jesteśmy odpadami po truskawkach

SONY DSC

Wiejskie festyny, małomiejskie biesiady, potańcówki w parkach i na placach mówią największą prawdę o tych mieszkańcach Polski, którzy przez cały tydzień szykują się na tę jedyną w roku imprezę. Rozmawiają o tym od poniedziałku do piątku w fabryce, w sklepie mięsnym, w autobusie. Rozmawiają tam, gdzie są wszyscy i rozmawiają tam, gdzie nikt nie widzi. Chłopcy rozmawiają, jak się dobrze najebać, dziewczęta rozmawiają, jak się dobrze ubrać. Wójt wybiera zawsze złą gwiazdę wieczoru, a sprzedawcy miodu z pasieki biją się o miejsce blisko sceny. Czasy są napięte, sytuacja jest niepewna.

Pojechałem dzisiaj na Święto Truskawki do Korycina, bo lubię te wszystkie festyny z jakimś owocem, miodem, smalcem albo wędliną w roli głównej. Truskawek było mało, a te, które były, przyjechały aż z Zielonej Góry. Były wielkie jak jabłka z Kauflandu i nie miały szypułek, jakby dorastały lewitując nad ziemią za pomocą energii ze słońca. Obok otoczonego niczym zalewu rozstawione były karuzele i roller-coastery o skali niespotykanej na innych odwiedzanych przeze mnie imprez w regionalnej skali. Dalej była scena, na której występował akurat zespół lolitek z gitarami prowadzony przez brodacza z Domu Kultury.

– Jak się nazywacie? – zapytał kruczowłosy konferansjer z mikrofonem, gwiazda podlaskich estrad, rudą grubaskę z warkoczykami i w okularach, lokalnego outcasta, obiekt drwin całego gimnazjum?
– Nazywamy się Szypułki i jesteśmy odpadami po truskawkach, specjalności naszej gminy – odpowiedziała dziewczynka i mocno uderzyła po strunach smutnym e-molem.
– A co nam zaśpiewacie, Agatko?
– Chyba Moniko – odbiła piłeczkę Monika
– Tak już mam, że mylę Moniki z Agatami, heheh – odpowiedział obleśnie zmieszany konferansjer – co nam zagracie?
– Piosenkę spod celi „Chryzantemy złociste” – odpowiedziała Monika, odgarniając z piegowatego, pulchnego czoła rude włoski. Tłum odpowiedział szumem podekscytowania i oczekiwania.

Szypułki rozpoczęły występ, a ja poszedłem w stronę straganów. Tłum falował i nucił znaną wszystkim piosenkę o kurwie, która zdradziła mężczyznę i o chryzantemach, których nikt nie podlewa. Szedłem w stronę stoisk z różnymi rzeczami zrobionymi z cukru. Na wielkim na dwadzieścia metrów straganie rozłożone były kształty na patyku, z których każdy przypominał coś innego. Były tam konie z cukru, wieżowce z cukru, cukrowe buraki i cebule z cukru. Obok leżały zegarki z cukru i Zenek Martyniuk z gitarą, której struny były wysypane cukrem pudrem. Wszystko to pachniało ciężarem tej cukrowej masy, a za ladą stał ogorzały Litwin.

– Czy jest tu coś, co nie jest z cukru? – zapytałem.
– Pan poczeka – odpowiedział Litwin, odwrócił się i zaczął grzebać w kartonach. Na zielonych, materiałowych spodniach, wprost na dupie, miał wielką, mokrą plamę, z której ściekał roztopiony cukier. Jak z bałwana.

Postanowiłem szukać prawdziwych truskawek. Obszedłem stragany z serem korycińskim z przeróżnymi dodatkami, widziałem stoisko szmacianych lalek z głowami przyszytymi do łokcia robionych przez głuchonieme dzieci z jakiegoś ośrodka w lesie. Oglądałem się za lokalnymi dziewczętami, ale one wolały stoiska z kebabem i lokalnych chłopaków. Przechadzając się dumnie między straganami z milionem spinnerów i kostek Rubika, nasuwały co chwila te o dwa numery za małe spódnice ku kolanom, ale starczyło ich tylko na kawałek opalonych nad korycińskim zalewem ud. Co raz to ktoś mnie potrącał, jakieś dziecko pojękiwało tęsknie do zagubionych rodziców, jakiś kot w kagańcu i na smyczy, próbował zlizać tłuszcz z pozostawionych w trawie resztek po kebabie.

Minąłem stoisko z truskawkami, gdzie była największa kolejka. Młodzież, dorośli i starcy chętnie kupowali truskawki z Zielonej Góry wielkości świńskiego kopyta, pozbawione szypułek i autentyczności, jak Radiohead po „OK Computer”. Na samym końcu straganów stał przy starym Passacie, osamotniony facet, uderzająco podobny do mnie, z  wielkim smutkiem w oczach, tak wielkim, że nawet ja się zatrzymałem.

– Skąd te truskawki? – zapytałem.
– O stąd, zza zalewu. – odpowiedział
– Po ile?
– Po tyle, co u nich.
– To dlaczego nikt nie kupuje?
– Bo ja nie sprzedaję na kilogramy, tylko na kobiałki.
– Dlaczego tak? Nie ma pan wagi?
– Mam wagę, ja się po prostu kurwa szanuję.

Do miasta wróciłem spokojny.

Reklamy

W końcu decyduję się na sześćdziesiątkę piątkę, czyli najlepsza droga na północ

DSCF3141

Najlepsza droga na północ nie wiedzie przez zapchaną tirami ósemkę. Leżące przy ósemce miejscowości są nudne. Korycin, będący hybrydą podlaskiej wioski z pożerającą unijne fundusze wzorcową europejską gminą, mierzi mnie już swoimi truskawkami i serami. Suchowola? Ach, to bogobojne miasto rodzinne księdza Jerzego, którego największą atrakcją nie jest wcale gigantyczny stalowy fragment ołtarza papieskiego stojący przy nudnym rynku, ale restauracja “Hebron” – od imion małżeństwa właścicieli – Henryka i Bronisławy? Nie lubię.

Najlepsza droga na północ to sześćdziesiątka piątka biegnąca z Białegostoku do Ełku i – dalej – Gołdapi. Przejeżdżałem dzisiaj przez Knyszyn i ze współczuciem patrzyłem na auta mieszkańców tego cudownego miejsca, na auta z rejestracjami – ech – BMN. Knyszyn to wielkie miasto z pięknym rynkiem, prawdziwym starym zalewem i dziesiątkami dumnych, drewnianych, mieszczańskich domów. Niestety, pod tymczasową okupacją Moniek. Mońki to położone kilkanaście kilometrów na północ miejsce – największy polski eksperyment urbanistyczno-administracyjno-socjologicznych.

Mońki to miasto zbudowane na polu po ziemniakach. Dosłownie i w przenośni.

A potem Osowiec, z zamkniętym na cztery spusty barem i pozostałościami po twierdzy. Monumentalnymi fortyfikacjami zjadanymi systematycznie przez głęboką zieleń łąk, brąz bagna i błękit Biebrzy.

Zaraz Prostki i Grajewo. Ale Prostki na potem. W Grajewie skręćmy w prawo, w kierunku Augustowa, i na szerokiej jak szosa do Warszawy drodze pomknijmy w kierunku Rajgrodu. Przed samym miastem drogę przecina jezioro, i tam trzeba wjechać w lewo, w leśną drogę, jedną z najpiękniejszych dróg w okolicy, w drogę, która krążąc wokół jezior i pagórków zaprowadzi Cię do Ełku.

Czarna Wieś będzie jeszcze w Litwie, ale za kilka kilometrów to już Księstwo Krzyżackie. Dachy kryte czerwoną cegłą i tunel wąskiej, asfaltowej drogi z sadzonych gęsto, jeden przy drugim, buków, kasztanów i topoli. Po prawej zarośnięta linia ełckiej wąskotorówki, dalej zbocze prawie górskie i w dole jezioro, raz jedno, raz drugie.

Co jakiś czas popegeerowskie bloki wyrastające jak spod ziemii. Tylko tutaj te symbole rozkładu, ze zdewastowanymi obejściami, bielizną na sznurkach, lepionymi z czego się da chlewikami i zardzewiałymi dziesiątkami anten satelitarnych na tych dwupiętrowych klockach, leżą w miejsach, które wyglądają najpiękniej na świecie. Tylko tutaj slumsy mają takie widoki z okien.

A potem jest już Ełk.