Fabryka Miłości Nastolatków

To zabrzmi strasznie, ale na pierwszy koncert rock’n’rollowy poszedłem piętnaście lat temu. Z dzisiejszej perspektywy to był prawdziwy cud, bo wcześniej w odtwarzaczu magnetofonowym królowały kupione na bazarze, podrobione kasety New Kids On The Block. Więc nie wiadomo, co by się stało, gdyby nie King i Pani z Dołu. T.Love dwa lata wcześniej wydali „Pocisk Miłości”, który był takim zachłyśnięciem się wolnością. „King” był bardziej gorzki, jakby w ciągu roku, dwóch okazało się, że powodów do radości nie ma w tym kraju za wiele.

Więc na ten swój pierwszy koncert poszedłem w czasach „Kinga”, ale pamiętam tylko piosenki z „Pocisku Miłości”. No ale przede wszystkim – jak na to teraz patrzę – to były kompletnie inne czasy. Godziną rozpoczęcia nikt się nie przejmował. Ludzie stali godzinami w mroku przed klubem ACK, pod tą kościelną skarpą. Były jakieś absurdalne rewizje robione przez ochroniarzy w dresach ze streczu. Muniek miał skórzane spodnie i za dużą flanelową koszulę w czerwono-czarną kratę (potem nosili to wszyscy grunge’owcy w Polsce). Z sufitu kapał pot, a na sali było ze trzy razy więcej ludzi, niż to przewidują najbardziej liberalne przepisy BHP na świecie. Dzieciaki były zuniformizowane: glany, ale jeszcze nie Martensy, flanelowe koszule, a pod spodem czarne koszulki z nazwami ulubionych zachodnich zespołów. Miałem wtedy niecałe czternaście lat, ale średnia wieku na sali nie była dużo większa.

Piszę o tym dlatego, że parę dni temu poszedłem znowu na koncert T.Love, prawie dokładnie w tym samym miejscu. Jedyne, co się nie zmieniło, to te dzieciaki. Po raz pierwszy od wielu lat zobaczyłem w Białymstoku te glany i te koszulki z zespołami w takich ilościach. Są podobne do tych sprzed lat, z tą różnicą, że mają więcej pieniędzy i luzu. Uniformizacja była o wiele mniejsza, mniej też wyczuwało się ciśnienia na „robienie wrażenia”.

A sam zespół widziałem w międzyczasie kilkanaście razy. W tym obecnym składzie tylko Pęczak zastąpił Benedka. Chłopcy się zestarzeli, a „powołanie” zastąpił „zawód”. Ta sama songlista w każdym mieście, wszystko zaplanowane co do minuty. Nawet bisy były takie, jak wszędzie. Fabryka Miłości Nastolatków. A na widowni dużo ludzi po czterdziestce, rodzice ze swoimi dziećmi. A najsmutniejsze, że kulminacyjnymi kawałkami kończącymi gig nie są już, jak zwykle „Warszawa” i „King”, ale „Irisz” i „Stokrotka”.

… a za to już można się obrazić.

np: The Rolling Stones – Brown Sugar „Sticky Fingers (Remastered)
Reklamy

Czeremcha

O tak, zgubiliśmy się maksymalnie i że aż wstyd, jadąc na koncert Kroke w Czeremsze. Dojechaliśmy prawie do Częstochowy prawosławia, świętej góry Grabarki. Musieliśmy wrócić do Milejczyc i stamtąd, zasięgając rad zamieszkałej tam ludności, jechać przez Rogacze, zapadłe Miedwieżyki, szutrem przez las, aż do samej Czeremchy. Jadąc już przez wieś i poszukując miejsca, gdzie odbywał się koncert, mijaliśmy stada zdrowo już wciętej młodzieży.

Na niewielkiej scenie, przy Gminnym Ośrodku Kultury, grał zespół NHS z Białorusi. Z zachwytem obserwowałem atmosferę wiejskiego festynu. W strefie dozwolonego alkoholu trwała zażarta konsumpcja. Dla wielu była to jedna z niewielu w roku okazji, aby się bez wyrzutów sumienia i obawy o społeczny ostracyzm mocno napić. Korzystali z tego bez skrupułów. Podczas gdy na scenie całkowicie charyzmatyczna i obdarzona wielkim głosem młoda dziewczyna absolutnie uroczo śpiewała piosenki przy akompaniamencie bardzo niewyraźnych młodzieńców, na terenie festynu trwał pokaz mody. Grupki panien i kawalerów przemieszczały się z miejsca na miejsce przekonując mnie ostatecznie, że nie ma nic wspanialszego jak taki wiejski lans. Jest coś genialnego w tych wiejskich podchodach, w tym skomplikowanym ceremoniale odmów i spojrzeń, w tych grupowych przemarszach to w jedną, a to w drugą stronę. Dziewczęta spacerują zazwyczaj parami. Chłopcy tworzą większe stada, a gdy stężenie alkoholu we krwi już na to pozwala, dochodzi do dłuższych spojrzeń, w najlepszym wypadku – wspólnych tańców.

Z rozkoszą obserwowałem te tańczenia podczas występu grupy Czerwie. Czekałem jednak oczywiście na Kroke. Kiedy czterech schludnie ubranych mężczyzn zaczęło grać, płynnie przechodząc od zwyczajowej rozgrzewki do regularnego koncertu, rozbawiona i roztańczona publiczność na długo zamilkła. Jeśli wierzę w jakiekolwiek duchy, to Kroke musi być tym medium, które je wywołuje. Boję się zawsze, że tak przejmujące manifestacje żydostwa, jakimi jest muzyka krakowskich artystów grożą wypadkami agresji. Tym razem tak nie było. Publiczność się cofnęła, artyści sprawiali wrażenie zawstydzonych. Pod sceną, jako jedna z nielicznych, dziewczyna o delikatnych rysach i wystających kościach policzkowych, w skórzanej kurtce, dżinsach i trampkach, z rękami w kieszeniach, patrzyła ze skupieniem na muzyków. W pewnym momencie wydawało mi się, że cała publiczność ucieka wzrokiem od sceny, poza tą dziewczyną. I że nad Czeremchę przylatują duchy nieżyjących, żydowskich mieszkańców tej miejscowości i pobliskiej Orli. A muzyka, bardzo przestrzenna, transowa, ani nie wesoła, ani nie smutna, ale na pewno bardzo dramatyczna,  zawiązawszy z tą dziewczyną jakiś tajemny pakt, zachęcała te duchy do odwiedzin tego piwnego festynu, kilkanaście kilometrów od ruskiej granicy.

Publiczność tańczyła, muzycy grali, ale najbliżej sceny stała przez cały czas tylko ta dziewczyna w skórzanej kurtce, z rękami w kieszeniach. Wydawało mi się, że musiała się tam znaleźć i jest najdoskonalszym elementem tej całej sytuacji, jakimś niezwykle ważnym ogniwem łączącym muzykę Krokę z tym festynowym tłumem, z tym miejscem i z tą całą sytuacją.

Współczesny kwintet zgiełku

Ludzie wydają się ciekawi do momentu, kiedy nie zaczniesz z nimi rozmawiać. Magia dużego, anonimowego zgromadzenia zazwyczaj upada, kiedy ci ludzie przestają być anonimowi. Kiedy okazuje się, że ci mili ludzie słuchający z tobą muzyki, pijący piwo i uśmiechający się do siebie, okazują się nie przypominającymi nikogo znajomego starymi znajomymi, kolegami z pracy, studentami i kogo tam jeszcze można sobie pomyśleć. Jeszcze gorzej, kiedy nieznajomi, sprawiający wrażenie miłych i inteligentnych już po pierwszych słowach po zapoznaniu sami skutecznie obalają to wrażenie.

Dlatego należy docenić wartość tego, co pewien niezły kapłan i dużo gorszy poeta nazwał „ludźmi ze ściany wieczoru”. Wczoraj, podczas koncertu Contemporary Noise Quintet orkiestra publiczności grała nie gorzej niż zespół. Publiczność była rozgadana, muzyka stanowiła tło dla dobrej atmosfery. Wszystko grało, kiedy muzykę, publiczność, papierosowy dym i wysoką temperaturę traktowało się jako całość. Przed sceną publiczność na krzesłach, sofy okupowane były przez półleżących, poprzyklejanych do siebie jak sardynki w oleju słuchaczy. Dużo dobrze ubranej młodzieży, sporo chłopaków w garniturach i dziewcząt w pilsowanych spódnicach. Na scenie pulsujący, transowy jazz z wiodącymi saksofonem i trąbką, brzmiący trochę bałkańsko, ale bardziej komedowo. Bardzo gęsta atmosfera, odrobinę taka, jak w imprezowych scenach „Niewinnych czarodziejów”. Zgromadzeni stanowili niezwykle barwną, udaną ścianę wieczoru. Nie sądzę, aby ten zdolny kapłan i mniej zdolny poeta wymyślił ludzi ze ściany wieczoru w podobnych okolicznościach, prawdopodobnie po prostu jazz pobudza te same ośrodki w mózgu co traktaty Świętego Jana od Krzyża.

Sentymentalny

To była całkowita nieodpowiedzialność ze strony mojego ówczesnego opiekuna, żeby puścić trzynastolentniego szczeniaka na koncert. Ale chyba był szczęśliwy, że miejsce w kasetowym magnetofonie do tej pory okupowane przez New Kids On The Block zajęła najbardziej zarżnięta kaseta w życiorysie tego sowieckiego sprzętu. Słuchałem jej od rana do nocy. Strona A, strona B.

A potem poszedłem na swój pierwszy koncert w życiu. Nie wiem, czy to miejsce jeszcze istnieje. U stóp kościoła św. Rocha mieścił się klub ACK. Pamiętam straszne tłumy, jakąś straszną euforię, kiedy wszystko się zaczęło. Myślę, że to był pierwszy moment, w którym zrozumiałem, że człowiek posiada emocje. Rock’n’roll to wielkie oszustwo, ale wtedy tak nie uważałem.  Teraz wydaje mi się to karykaturalne i śmieszne, ale wtedy było najważniejsze i bardzo, ale to bardzo poważne. Wtedy była ta głupia koszula w kratę, pot skapujący z sufitu klubu, szesnastoletnie długowłose dziewczęta w glanach, dżinsach i koszulkach na ramiączkach, które wówczas wydawały się dorosłymi kobietami i w których się błyskawicznie zakochiwałem.

Niżej jest zapis, jak to się zaczęło. Po wszystkim nie miałem pieniędzy na taksówkę i, trzynastoletni szczeniak, z piskiem w uszach, wracałem na nogach o jakiejś nieprzyzwoicie późnej lub wczesnej porze, dokładnie tak, jak wczoraj.